Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Alicja Brzyska  28 lutego 2015

Skrajności współczesnej kultury

Alicja Brzyska  28 lutego 2015
przeczytanie zajmie 6 min
Skrajności współczesnej kultury Twitter

Bieg w skrajności – heroizacja czy demitologizacja rzeczywistości historycznej i współczesnej. W takim maratonie biorą udział dzisiejsi polscy twórcy, którzy chcąc zaprezentować Polskę i Polaków, często popadają ze skrajności w skrajność.

Polacy mają tendencję do rozprawiania o swojej historii. To wiemy nie od dziś. Co wie każdy przeciętny obywatel naszego państwa? Na pewno, że już od zarania dziejów biliśmy się z Niemcami, bo Mieszko, bo Jagiełło, bo Bitwa pod Grunwaldem. Później walczyliśmy ze Szwedami, bo Czarniecki, bo Potop Szwedzki, bo Obrona Jasnej Góry. To nie koniec – wojowaliśmy też z Turkami i Rosjanami. W XVIII wieku przyszły rozbiory, ale nawet podczas tych 123 lat niewoli stanęliśmy do walki z zaborcami. W krótkim okresie niepodległości zdołaliśmy powstrzymać bolszewików, o Cudzie nad Wisłą nie trzeba przypominać żadnemu Polakowi. I wreszcie najbardziej chyba kontrowersyjny czas II wojny światowej i Powstania Warszawskiego.

Historię można wykorzystywać na różne sposoby. Wszystko zależy od tego, co chce się osiągnąć. Niektórym polskim artystom przyświeca jeden cel – apologia.

Jak najwięcej momentów historycznych ukazujących wielkość Polaków, jak najwięcej gloryfikacji, wreszcie jak najwięcej ekspozycji „polskich wartości” (Bóg, Honor, Ojczyzna). Taka heroizacja rzeczywistości historycznej, choć również współczesnej, przejawia się w różnego rodzaju tekstach kultury.

Twórca swoim dziełem pragnie przekazać prawdy, wartości, poglądy. Oczywiście aspekt komercyjny jest równie ważny, czasem niestety postawiony na pierwszym miejscu. Co jednak sprawia, że artyści tworzą filmy, książki, spektakle ukazujące heroiczne postawy Polaków? Co sprawia, że powstaje takich tekstów kultury dość dużo, o ile nie najwięcej? Czy to wynik tradycji, czy swego rodzaju pean, pochwała nastawiona na łatwą sprzedaż?

Jerzy Hoffman to niewątpliwie reżyser, który ma doświadczenie w tworzeniu filmów „historycznych”, bowiem to spod jego ręki wyszła cała Trylogia Sienkiewicza. Fakt, że Polacy są nadal oczarowani tym pisarzem, sprawił, że filmy Hoffmana również wysunęły się na czoło  popularności.

Co takiego zrobił Sienkiewicz, że ciągle go czytamy i ciągle jesteśmy nim zafascynowani? Wciąż na nas wpływa, a jak bardzo, to doskonale opisał Gombrowicz w Dziennikach:

Czytam Sienkiewicza. Dręcząca lektura. Mówimy: to dosyć kiepskie, i czytamy dalej. Powiadamy: ależ to taniocha – i nie możemy się oderwać. Wykrzykujemy: nieznośna opera! i czytamy w dalszym ciągu, urzeczeni. Potężny geniusz! – i nigdy chyba nie było tak pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego. To Homer drugiej kategorii, to Dumas Ojciec pierwszej klasy. Trudno też w dziejach literatury o przykład podobnego oczarowania narodu, bardziej magicznego wpływu na wyobraźnię mas. Sienkiewicz, ten magik, ten uwodziciel, wsadził nam w głowy Kmicica wraz z Wołodyjowskim oraz panem Hetmanem Wielkim i zakorkował je. Odtąd nic innego Polakowi nie mogło naprawdę się podobać, nic antysienkiewiczowskiego, nic asienkiewiczowskiego. To zaszpuntowanie naszej wyobraźni sprawiło, że wiek nasz przeżywaliśmy jak na innej planecie i niewiele z myśli współczesnej przenikało w nas.

Czy reżyser Jerzy Hoffman będąc pod natchnieniem „pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego” stworzył film 1920. Bitwa warszawska i postanowił przekazać widzom kolejną porcję obrazu heroicznych rodaków? Czy chciał po prostu zostać przyjętym w masowym kinie popularnym, dotrzeć do tych „drugorzędnych”?

Niezależnie od celu, jaki przyjął reżyser, film nie powstał zbyt dobry. Scenariusz, montaż, gra aktorska – wszystkim tym elementom można sporo zarzucić. Może dlatego dzieło szybko zostało uznane przez wielu krytyków za jedno z gorszych w historii polskiego kina. Najważniejsze jest jednak to, jak w filmie zostali ukazani Polacy na tle tych ważnych, historycznych wydarzeń.

Główne postaci to oczywiście bohaterowie wątku miłosnego – Ola i Janek. Natomiast na drugim planie pojawią się m.in.: Marszałek Józef Piłsudski, gen. Wieniawa-Długoszowski, Władysław Grabski, czekista Bykowski. Wszyscy oni (oczywiście z wyjątkiem ostatniego) marzą o silnej i wolnej Polsce, dlatego pragną uratować kraj (i jednocześnie całą Europę) przed Armią Czerwoną. W związku z tym wszyscy polscy obywatele (zgodnie z zamysłem władzy) też chcą ocalić ojczyznę i stanąć do walki. Mężczyźni biorą co mają pod ręką (nawet jeśli to tylko kosy, a raczej aż kosy – bo niektórzy maszerują bez żadnej broni), kobiety czule żegnają swoich bohaterów (ale po ich odejściu pamiętają – urządzają zbiórki charytatywne!), dzieci na siłę chcą się zapisać do wojska (nawet jeśli muszą kłamać i podawać fałszywy wiek). Jednak to nie wszystko. W imię Polski walczy również ksiądz Ignacy, który prowadzi atak z krzyżem w ręku. Cóż, tak głosi legenda. I film Hoffmana.

Poświęcenie dla ojczyzny nie zna granic, jak wynika z ekranizacji. Najlepszym potwierdzeniem tych słów jest obraz Nataszy Urbańskiej z karabinem maszynowym. Skoro nawet aktorka teatrzyku rewiowego bohatersko strzela do wrogów w trakcie bitwy to wszystko jest możliwe. Nawet Cud nad Wisłą.

Kultura masowa i jej twórcy starają się nam opowiedzieć o historii w sposób jednoznaczny – zdecydowanie apologetyczny. Taka obrona polskich wartości, które powstały już dawno temu i które kojarzą się Polakom głównie z walecznością, katolicyzmem, obrazem Polaka –Sarmaty pełnego cnót i oczywiście odpowiedniego pochodzenia, ma swoje uzasadnienie. Po pierwsze, schlebia społeczeństwu, które może nie ma najlepszego państwa, najlepszej gospodarki, najlepszej władzy, ale ma wspaniałą historię. Jakby ten fakt miał coś zmieniać we współczesnym życiu. Po drugie, kino popularne jest nastawione na zysk. Jeśli zrobi się film, który ukazuje naród w złym świetle, kto go będzie chciał oglądać? To trochę tak, jakby się rzucać na głęboką wodę. Wybiera się opcję łatwiejszą, opcję z koloryzowaniem historii, gdyż wtedy ma się zapewnionych odbiorców. Bynajmniej nie chodzi o to, że Polacy nie mogą być dumni ze swojej historii, byłoby to nieprawdą, aczkolwiek nie ma też chyba większego sensu taka heroizacja przeszłości, bo po co?

Ostatnimi czasy sztukę tworzą ludzie, którzy chcą walczyć z tą idealizacją rzeczywistości i historycznej, i współczesnej. Wydawałoby się, że w końcu dostaniemy coś, co będzie odzwierciedlało prawdę i nie będzie gloryfikacją pewnych wydarzeń i ludzi. Nic bardziej mylnego. Dostajemy teksty, które można śmiało nazwać antypolskimi, dostajemy sztukę, która neguje wszystkie, wpajane od młodości Polakom, wartości.

Ta skrajność jest zdumiewająca tym bardziej, że kino takiego pokroju nie może liczyć na wielkie zyski, takie spektakle teatralne czy książki nie mogą oczekiwać afirmacji. Na co więc liczą artyści? Może po prostu chcą powalczyć z tym, co się przedstawia na skalę masową, może chcą się poczuć przewodnikami narodu i ukazać nasze odwieczne wady i kompleksy? Tylko dlaczego znów robią to skrajnie, tyle że w drugą stronę.

Okazuje się, że faktycznie Henryk Sienkiewicz jest jednym z najbardziej popularnych pisarzy naszego kraju. Artyści wciąż odwołują się do jego tekstów. Przykładem może być spektakl Jana Klaty w Teatrze Starym, pt. Trylogia. Oto afisz reklamujący inscenizację:

Marzy mi się Polska niepodległa. Polska silna i sprawiedliwa. Polska mądra i waleczna. Polska godna swoich bohaterów. Marzy mi się Trylogia w teatrze, na scenie. Wielki spektakl o naszym kraju i o naszych bohaterach, polskich, walecznych i odważnych. Spektakl grany na scenie krakowskiej albo warszawskiej. Chociaż krakowska wydaje mi się ważniejsza, bo przecież Kraków to nasz matecznik narodowy, skarbiec i jednocześnie grobowiec. Spektakl z najlepszymi aktorami, w wielkiej inscenizacji, z muzyką, światłami i w kostiumie. Spektakl błyskotliwy i przenikliwy. Spektakl przeszywający widzów niczym przenikliwe spojrzenie Matki Boskiej. Spektakl, który będzie mówił do rodaków, więcej, który będzie krzyczał: Polacy, Polacy, to o nas, to my, wszyscy razem i każdy z osobna, to my, Polacy. Marzy mi się Zbaraż, Częstochowa, Kamieniec – na scenie. I Skrzetuski, Kmicic i Wołodyjowski razem, wspólnie. Marzy mi się. I śni. Mnie – Henrykowi Sienkiewiczowi.

Od 21 lutego 2009 roku na Dużej Scenie Starego Teatru spełnienie marzeń Henryka Sienkiewicza.

Gdyby twórca naszej polskiej mitologii żył i zobaczył, co reżyser, obecny dyrektor Teatru Starego w Krakowie, Jan Klata, zrobił z jego Trylogią prawdopodobnie złapałby się za głowę. Zdecydowanie ta wizja nie byłaby spełnieniem marzeń Sienkiewicza.

Teoretycznie podczas inscenizacji mamy do czynienia z tekstem Sienkiewiczowskim. Jednak miejsce akcji rozgrywa się najpewniej w szpitalu (być może psychiatrycznym), bohaterowie to starcy, schorowani ludzie, którzy tylko udają, że walczą, do pomocy mają barykady z poduszek i łóżek. Pojedynkują się natomiast za pomocą wyimaginowanych szabli, a kiedy czują się zmęczeni, odpoczywają na szpitalnych łóżkach. To nic, ponieważ bronią swojej rzeczywistości, tej która istnieje w ich głowach. Nad całym tym światem czuwa jednak Madonna przemawiająca ze sceny, głośno i dobitnie. Wszystko byłoby dobrze, ale ostatecznie bohaterowie Sienkiewicza zostają zamordowani z rąk Azji poprzez strzał w tył głowy (można domyślić się odniesienia do zbrodni katyńskiej). Być może to niedołęstwo i głupota spowodowały, że postaci na scenie poniosły klęskę, być może to wina wszystkich stworzonych mitów, które zatrzymują odpowiedni rozwój społeczeństwa, być może to ślepa wiara w  swoje zalety i chęć pozostawienia wszystkiego losowi, sprawiła że Wschód pokonał nas niejednokrotnie. I wciąż pokonuje.

Trylogia Sienkiewicza to dla każdego Polaka jak Biblia dla chrześcijanina. Nic więc dziwnego, że kiedy w 2009 r. odbyła się premiera spektaklu, wybuchły polemiki. Klata bowiem oprócz tego, że podjął dyskusję z tekstem Sienkiewicza, to również z ekranizacjami Hoffmana.

Ironia, jaka wydobywa się z inscenizacji, sprawia że jedni oburzają się na tak jawną demitologizację powieści Sienkiewicza, inni popierają, bo przecież potrzebujemy walki z tymi jawnymi mitami narodowymi, z mitem obrony Częstochowy, z mitem Kmicica i Wołodyjowskiego. Najwyraźniej czas na zburzenie wszystkich mitów.

Jeśli popatrzymy na ten maraton polskich twórców, ich zaangażowanie w tworzenie tekstów o narodzie, historii, tradycji, to możemy myśleć, że biorą udział w zawodach – kto stworzy bardziej „prawdziwy” obraz Polski i Polaków, kto lepiej przedstawi sytuację historyczną, kto opowie się za naszymi wadami, a kto za zaletami. W takim razie kto wygrywa w tym maratonie? Ci, co stoją po stronie tradycji, mitologii, odwiecznie zakorzenionych poglądów, czy może ci, którzy próbują z tymi poglądami walczyć, ci którzy demaskują rzeczywistość dawną i dzisiejszą? Istnieje domniemanie, że wszyscy działają w imię Polski. Ale to tylko domniemanie.