Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Klinowski: Będę głosować na Andrzeja Dudę

przeczytanie zajmie 10 min
Klinowski: Będę głosować na Andrzeja Dudę http://www.burmistrzklinowski.pl/

 

Z burmistrzem umówiliśmy się wieczorem na Wydziale Prawa UJ. Zapytaliśmy, jak się czuje w roli włodarza miasta i co skłoniło go do działalności politycznej.

Jak osoba tak młoda i bez dużego doświadczenia politycznego może odnieść sukces, wygrać w wyborach samorządowych? Prościej – jaka jest Pana recepta na sukces?

Ciężka praca przez cztery lata, rzeźbienie dzień w dzień. Ostatnie dwa lata to była niekończąca się kampania wyborcza – referendum za odwołaniem poprzedniej burmistrz, a później wybory samorządowe.

W jaki sposób godził Pan pracę naukową z kampanią?

Praca naukowa to moja pasja, ale polityka również stała się moją pasją. Musiałem więc jakoś je ze sobą pogodzić. Pomogły okoliczności i osławiona Minister Kudrycka. Kiedy zacząłem pojawiać się w polityce, jakieś cztery, pięć lat temu, zmieniono w dość nieprzemyślany sposób zasady finansowania nauki. Z dnia na dzień utraciłem możliwość prowadzenia badań naukowych. Wnioski o granty i stypendia nic nie dawały i z kolegami naukowcami zostaliśmy z niczym.

Stwierdziłem, że w nauce nie ma więc czego dłużej szukać. To dało impuls do politycznego zaangażowania. Skoro politycy psują nam naukę i kraj, trzeba zabrać im stery, nim zupełnie nas wykoleją.

Czy mógłby Pan trochę szerzej powiedzieć, jak trafił Pan do polityki? Czytałem, że granty, stypendia, wyjazdy i nagle – no, nie nagle, po kampanii – został Pan burmistrzem.

Polityką interesowałem się od zawsze. Początkowo wiązało się to z zainteresowaniami logicznymi – językiem debaty publicznej, funkcjonowaniem argumentacji, błędami w niej popełnianymi. A poprzez wyjazdy naukowe trafiłem w miejsca i na ludzi, którzy aktywowali moje zaangażowanie, przede wszystkim z tzw. Trzeciego Świata. W Getyndze, kolebce ruchów lewicowych w Niemczech, mieszkałem z Kolumbijczykami i Chilijczykami, którzy sprzedali mi swoją perspektywę na cywilizację Zachodu. Później wyjechałem do Puerto Rico, gdzie pracowałem jako profesor wizytujący na uczelni, a wieczorem znajdowałem się w środku wojny gangów, jaką przeciętny mieszkaniec Europy zna tylko z filmów.

Stąd wzięło się zainteresowanie polityką narkotykową?

Nie tylko. Były też bardziej prozaiczne powody. Wielu moich znajomych wylądowało w policyjnych aresztach i więzieniach.

Zacząłem się zastanawiać, dlaczego mój kraj prześladuje młodych ludzi? W czyim interesie było wprowadzenie idiotycznych rozwiązań prawnych, wywoływanie wojny kulturowej z narkotykami i narkomanami, która prowadzona jest rękami Policji?

Podobny scenariusz zrealizowano w USA od lat 70-tych ubiegłego wieku, a polska klasa polityczna po prostu go skopiowała. Postanowiłem się temu przeciwstawić i wraz z grupą ekspertów z różnych dziedzin i aktywistów z różnych środowisk, w tym samych konsumentów narkotyków, zorganizowaliśmy Polską Sieć Polityki Narkotykowej. Ta organizacja nadawała przez dwa lata ton debacie o narkotykach w Polsce, aż wreszcie udało się dokonać niemożliwego – zliberalizować ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii.

Pomyślałem wtedy, skoro z narkotykami się udało, można było obalić wadliwy system wartości i zmienić błędny sposób postrzegania problemu, to co to za problem zostać burmistrzem w Wadowicach? To się nie mogło nie udać. Zostałem więc radnym Rady Miejskiej.

Wypłynął Pan na szerokie wody głównie poprzez ostrą krytykę przedsięwzięć igrzyskowych Krakowa, ale również przez walkę o legalizację miękkich narkotyków. Czy takie kwestie jak marihuana i ścieżki rowerowe w tak małym mieście jak Wadowice to najbardziej palące problemy? Czy wyborcy czują, że to jest to, czym powinien zająć się włodarz miasta?

Jeżeli chodzi o marihuanę to oczywiście nie jest to problem pierwszoplanowy, ale młodzież pali i to również w Wadowicach. W polityce miasta są jednak tematy ważniejsze, przede wszystkim związane z kwestiami rozwojowymi. A ścieżki rowerowe? Jeżeli nie zaczniemy budować infrastruktury rowerowej, nigdy nie rozwiążemy problemów transportowych. Dla mnie ścieżki to nie rekreacja, ale obiekt użyteczności codziennej. Dzisiaj moi mieszkańcy używają samochodów, bo nie mają wyjścia – poruszanie się rowerem jest niebezpieczne i niewygodne.

Tym bardziej przy naszym klimacie, gdzie wydaje się, że jazda rowerem jest dość karkołomna przez jakieś sześć miesięcy w roku.

Ja cały czas przyjeżdżam do urzędu rowerem, nawet jak jest śnieg. Stawiam go ostentacyjnie pod gabinetem, jako znak czasów. Jeżeli burmistrz może przyjechać na rowerze w mróz, to co, inni nie mogą?

Jest Pan nazywany sensacją na miarę Roberta Biedronia. Czy tego typu porównania schlebiają Panu, czy Pana lewicowość jest inna?

Oczywiście, że wolałbym być porównywany do Huntera Thompsona. Mieszkał w San Juan, próbował wygrać wybory na szeryfa w konserwatywnym Aspen, nieźle pisał. Ale nie mam nic przeciwko porównaniu do Roberta Biedronia. Znam go i lubię go. Zrobiono z nas parę największych sensacji? Nie ma problemu.

Czyli rozumiem, że jego styl uprawiania polityki czy budowania wizerunku medialnego i jego lewicowość w żaden sposób…

Kiedyś napisałem taki tekst, czy palacze marihuany i pozostali tzw. „narkomani” powinni politycznie współpracować ze środowiskiem gejów i lesbijek, bo znajdują się w podobnej sytuacji – represjonowani przez prawo i pogardzani przez społeczeństwo.

Jednak „narkomani” są często szowinistami i nie traktują postulatów środowisk gejowskich, lesbijskich czy feministycznych jako postulatów poważnych, raczej nimi gardzą. Narkomani to w głębi ducha konserwatyści, mimo, że palą trawkę.

Robert Biedroń urzeczywistnił później moją wizję, był jednym z pierwszych parlamentarzystów, którzy otwarcie zaczęli mówić o marihuanie i narkotykach. Z czasem środowisko Wolnych Konopi zaakceptowało Roberta Biedronia jako swojego rzecznika interesów w parlamencie. Robert odegrał więc bardzo pozytywną rolę i chwała mu za to. Różni nas jednak styl: ja jestem raczej awanturnikiem. Robert to spokojny facet. Tym więcej mam dla niego szacunku. Zamierzam go zresztą zaprosić do nas, do Wadowic.

Chciałbym wrócić do drzwi burmistrza. Ostatnio w mediach pojawiła się informacja o Pańskich zarobkach: zarabia Pan 11 415 złotych. To dużo czy mało?

Pojawiła się dlatego, że jako jeden z niewielu burmistrzów opublikowałem moją umowę o pracę i skomentowałem absurdalne zarzuty, że jestem w polityce żeby się obłowić. Dziennikarze lokalni, a jednocześnie pracownicy poprzedniej burmistrz, od razu podnieśli larum, że robię skok na kasę. Dla mnie to nie są pieniądze warte poświęceń związanych z wejściem w politykę i nie dla nich to robię. Dwukrotnie mniejsze kwoty jestem w stanie zaproponować na stanowiskach kierowniczych. To nie są pieniądze atrakcyjne dla fachowców, ludzi wykształconych i z doświadczeniem. A przecież chcielibyśmy, aby samorządy były dobrze zarządzane. Czy to nie jest odpowiedź, dlaczego często nie są?

W takim razie jak odniesie się Pan do informacji o tym, że może nie tyle Pan żąda, ale postuluje podwyżkę o kilka tysięcy złotych?

Kaczka dziennikarska i wynik nierzetelności mediów. Wypuścili ją lokalni dziennikarze pracujący dla poprzedniej ekipy jako asystenci czy doradcy. Potem, bez sprawdzania faktów, powtórzyły ją wszystkie media ogólnopolskie.

Temat zarobków władzy „żre”, więc dziennikarze rzucili się nań bez żadnej refleksji, dokładnie tak, jak przewidziałem, gdy o tych zarobkach pisałem. W ten sposób zrobiono ze mnie wroga publicznego nr 1.

Dostałem pogróżki, bluzgi od nieznanych mi osób z całej Polski. Ciekawa lektura.

Wydaje mi się, że zarzuty dziennikarzy dotyczyły trochę innej kwestii. Powołują się na Pana słowa o obniżaniu zarobków byłej pani prezydent w czasie kampanii.

Dopuszczają się manipulacji. Przed kampanią wyborczą powiesiłem tablicę z zarobkami rodzin urzędniczych w Wadowicach. Wiele osób mnie pytało, czy jak dojdę do władzy, to obniżę pensję tych ludzi.

Nigdy nie powiedziałem, że obniżę koszty funkcjonowania urzędu i obniżę pensje. Mówiłem, że nie będę wypłacał z automatu nagród (tak robię), wymienię kierownictwo i obniżę różne koszty powiązane (np. dopłaty do korzystania z samochodu dla celów służbowych). Uważam jednak, że dobre zarządzanie miastem musi kosztować.

My mamy stosunkowo tanią administrację, ale dlatego, że ona niewiele robiła. Z chęcią zatrudniłbym osoby dając im większe zarobki, niż mieli poprzednicy, o ile podniosłyby one gospodarczo miasto. To zwyczajnie się opłaca. Dziennikarze w takie subtelności w ogóle nie wchodzili. Ktoś podesłał im gotowy materiał, w którym jedno (chciał obniżać ICH zarobki) wiązało się sensacyjnie z drugim (chce podwyższać SWOJE zarobki) i środowisko solidarnie wyłączyło myślenie. Po takiej wpadce adwokat czy sędzia miałby poważne problemy z wykonywaniem zawodu, okazał się bowiem nierzetelny i niestaranny. Dziennikarz nie ma żadnych, choć przed publikacją materiału nawet się ze mną nie kontaktował.

Pańskie asystentki mają odpowiednio 23, 24, 25 i 27 lat, są więc z grubsza w naszym wieku. Jakie mają doświadczenie, będąc tak młode, i właśnie: jak z ich kompetencjami do działania na tak dużą skalę?

Pani wiceburmistrz pracowała na Uniwersytecie Jagiellońskim w dziale rekrutacji, jest dobrze zorientowana w zarządzaniu strukturą przypominającą urząd miasta. Jest aplikantką radcowską, za rok będzie radcą prawnym. Czysty zysk dla urzędu. Pani, która jest asystentką prawną, jest aplikantką adwokacką i współpracowała ze mną od dłuższego czasu. To są osoby, które mogłem sprawdzić w działaniu. Musicie pamiętać o tym, że idąc do wyborów liczyłem się z wygraną i już na tym etapie szukałem ludzi, którzy będą w stanie rzucić swoją pracę z dnia na dzień i wejść w bagno, jakim jest lokalna polityka.

I to rzucanie pracy wyszło im na dobre, ponieważ wciąż, z tego co czytałem, nie są w stanie podjąć swoich obowiązków…

Już je podjęły. Ale chwileczkę, co my w ogóle robimy? Wygląda na to, że bronię teraz tezy, że dobrze jest zatrudnić młodych i zdolnych… To trochę absurdalne, prawda? Są młodzi, są zdolni, są wykształceni – na tym powinienem zakończyć.

Gdzie w tym całym planie miejsce dla Jana Pawła II? Nie ma Wadowic bez Papieża…

Tak, jednak Karol Wojtyła to jedynie pewien wycinek historii miasta. Ważny, owszem, ale z punktu widzenia problemów dnia codziennego nie najważniejszy. Dlatego skupiam się na kwestiach infrastrukturalnych gminy, takich jak np. transport, zanieczyszczenie powietrza czy gospodarka odpadami. Poprzednia ekipa postępowała odwrotnie – „Jan Paweł II” był odmieniany przez wszystkie przypadki, co pozwalało wygrywać wybory. Rozwoju gospodarki to nie zapewniło.

Wielokrotnie powtarzał Pan, w jak opłakanym stanie znajdują się Wadowice. Pana poprzedniczka rządziła gminą dwie dekady. Nie sądzi Pan, że zwycięstwo wynika bardziej ze „zmęczenia materiału” i ze stagnacji, jaka panowała w mieście? Mieszkańcy w II turze po prostu przymknęli oko na Pana poglądy i przekonania, głosując zgodnie z zasadą „ktokolwiek, byle nie Filipiak”.

Niechęć do burmistrz Ewy Filipiak odegrała sporą rolę dla części wyborców. Ale to zmęczenie dawało o sobie znać znacznie wcześniej, tylko nikt nie był w stanie wziąć odpowiedzialności w swoje ręce. W Wadowicach nie było żadnego środowiska, które w sposób zorganizowany, systematycznie działałoby jako środowisko opozycyjne względem burmistrz. Ja podjąłem tę odpowiedzialność i wraz z przyjaciółmi z inicjatywy Wolne Wadowice przez 4 lata stawialiśmy opór władzy. Mieszkańcy widzieli, że walczymy i jesteśmy poważnie zaangażowani w ich sprawy. I docenili nasz trud przy urnach.

Skąd wobec tego niepowodzenie referendum odwoławczego?

Niepowodzenie? Raczej ogromne powodzenie tego referendum – wygrane wybory.

W mojej ocenie bez referendum nie mielibyśmy szans na sukces w wyborach, a dodatkowo była to realna szansa na odwołanie Ewy Filipiak. Burmistrz dała pokaz urzędniczej bezkarności.Jej współpracownicy zrywali w majestacie prawa nasze plakaty referendalne, radni kradli ulotki ze skrzynek pocztowych, na koniec pocięto nam opony w samochodach i porozbijano szyby.

Rzecznik burmistrz, Stanisław Kotarba, szef PO z Wadowic, uderzył pięścią osobę, która nagrywała ze mną wywiad na żywo dla Radio Kraków. Pełne spektrum represji politycznych i pokaz prawdziwego oblicza władzy. Warto wspomnieć, że do dzisiaj żadna osoba nie została przez Policję ukarana nawet mandatem. Przed sądem stanąłem za to ja – za powieszenie plakatu z datą referendum na tablicy ogłoszeniowej na rynku.

Mieszkańcy zwyczajnie bali się iść do referendum, bali się represji. Przecież w komisjach siedzieli prezesi miejskich spółek, dyrektorzy szkół, nauczyciele. Wszystko to pozwoliło uświadomić mieszkańcom, z jaką burmistrz mają do czynienia. I w wyborach mieszkańcy dali temu wyraz.

Czy widzi się Pan w ogólnopolskiej polityce?

Z pewnością nie chcę rządzić Wadowicami 20 lat. Z mojego punktu widzenia optymalne byłoby, gdybym po tej kadencji wrócił na uniwersytet. Wiele osób już teraz mnie przestrzega, że to jest bez sensu: wiele procesów, które zapoczątkuję, da pozytywny efekt po 4 i więcej latach. Cóż, za wcześnie jest, aby o tym decydować. Może sam w międzyczasie zostanę odwołany i nie będzie problemu (śmiech).

Chyba, że będzie Pan zrywał plakaty…

O nie, jeśli już, to sam będę je wieszał. Natomiast mówiąc poważnie – na pewno nie widzę się w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Już słyszę opinie, jakobym został burmistrzem tylko po to, aby wypromować się przed jesiennymi wyborami. Nic bardziej mylnego, parlament to nie jest miejsce dla mnie. Bywałem tam, poznałem mechanizmy jego funkcjonowania i mówiąc brutalnie… w parlamencie nic się nie da.

Jest się pojedynczym posłem, jednym z tłumu. Nie ma się żadnej władzy ani wpływu na to, co się dzieje. Wiele sensownych projektów ustaw jest grzebanych przez grupę posłów, którzy wpadają na komisje, odczytują z kartki wskazówki, jak należy głosować, i uciekają. I tak wartościowe rozwiązanie prawne leci do kosza. Jeżeli tak ma wyglądać proces legislacyjny, to mnie jako prawnikowi i wykładowcy prawa zwyczajnie nie chce się w tym uczestniczyć. Poza tym, wybory do parlamentu to brutalna rozgrywka partyjna. Trzeba u wielu ludzi się okupić, mówiąc łagodnie. Ja fotel burmistrza wygrałem otoczony grupą przyjaciół, dlatego dzisiaj mam czystą kartę. Nie muszę nikomu załatwiać stołków. Mogę powołać sobie takich współpracowników, jakich tylko chcę. Oczywiście miałem do czynienia z szantażami, czy to w trakcie kampanii, czy już po wyborach. Żądano ode mnie pieniędzy, stanowisk… o szczegółach kiedyś napiszę.

Jakie stawiano warunki?

Oferowano nieprzeszkadzanie w kampanii, z zastrzeżeniem, że jeśli nie zapłacę, mogę pożegnać się z korzystnym wynikiem wyborów. Jeżeli tak wygląda polityka lokalna w tym kraju, to to jest dramat. A co dopiero na poziomi ogólnopolskim! Jeżeli już, to rozważam Parlament Europejski. Nie dla pieniędzy oczywiście (śmiech). Korwin Mikke tam co prawda chrapie i kwituje, że to euroburdel, ale uważam, że w nim przynajmniej można podyskutować o problemach wykraczających ponad horyzont myślowy przeciętnego polskiego polityka.

Jak wygląda współpraca z aktywistami takimi jak Tomasz Leśniak czy Joanna Erbel? Może jakaś wspólna inicjatywa?

Taka współpraca toczy się od dawna. Znamy się nie od wczoraj, często dyskutujemy i kolegujemy. Tomkowi Leśniakowi pomagałem przy inicjatywie Kraków Przeciw Igrzyskom, razem próbowaliśmy podziałać w wyborach europejskich. W dłuższej perspektywie można zastanowić się nad wspólną działalnością w Zielonych. To wszystko jednak pieśń przyszłości. Chwilowo jestem zasypany pracą burmistrza i na tym chcę się skupić. Oczywiście wielu moich starszych kolegów uważa, że trajektoria mojej kariery politycznej nieuchronnie zmierza na wyższe szczeble, ja jednak aż tak wysoko nie sięgam wzrokiem.

Skoro jesteśmy przy tych najwyższych szczeblach władzy: za kilka miesięcy czekają nas wybory prezydenckie. Chciałbym zapytać o Pana preferencje – Magdalena Ogórek czy Janusz Palikot?

Szczerze mówiąc Andrzej Duda.

To ciekawe…

Powiem tak – nie chcę głosować na prezydenta Komorowskiego, mimo tego, że jest dość poprawnym prezydentem, nie popełnia większych wpadek wizerunkowych i ma całkiem ciekawych współpracowników.

Andrzej Duda zdaje się być realną nadzieją na odejście ze sceny politycznej Jarosława Kaczyńskiego.

Nie wiem nic o pani Magdalenie Ogórek. A co do Janusza – bardzo go cenię, szanuję i trzymam za niego kciuki, jednak po drodze popełnił sporo błędów. Trudno będzie mu już zaufać.

Spodobał Ci się ten artykuł? Przekaż nam choćby symboliczną darowiznę w wysokości 4 złotych. To mniej, niż kosztuje najtańszy z tygodników opinii, a nasze teksty możesz czytać bez żadnych limitów i ograniczeń.

Klub Jagielloński

Nr konta: 16 2130 0004 2001 0404 9144 0001
W tytule: „darowizna na cele statutowe: jagiellonski24”
Dziękujemy!