Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Mleczak  17 stycznia 2015

Drach widzi i wie

Marcin Mleczak  17 stycznia 2015
przeczytanie zajmie 5 min
Drach widzi i wie Rafał Masłow/ zwierciadło

Szczepan Twardoch powtarza w kolejnych wywiadach, iż jego książki są mądrzejsze od niego. Tak nie jest – Twardoch to osoba trzeźwa i bardzo samoświadoma, jego dzieła bywają zaś mocno pretensjonalne. Ale ma rację o tyle, że każda wielka literatura musi być cokolwiek pretensjonalna. Najlepszym przykładem twórczość Cormaca McCarthy’ego, z którego śląski pisarz solidnie czerpie zarówno, gdy chodzi o wizję świata, jak i estetykę; również specyficzną estetykę przemocy i rozkładu.

I

Inną rzeczą, którą Twardoch chętnie powtarza, jest to, że „Drach” to nie powieść o Śląsku. W sukurs przyszedł autorowi zaprzyjaźniony Wit Szostak, rzucając bon-mot: Jeśli „Drach” jest o Śląsku, to „Czarodziejska Góra” jest o sanatorium. W takim kontekście upierać się, że powieść dotyczy Śląska to tyle, co wystawić się na zarzuty nieuctwa i prostactwa, ja jednak mimo to pozostanę przy owej interpretacji. „Drach”jest powieścią o Śląsku – chociaż oczywiście nie tylko.

Twardoch ze swadą Józefa Mackiewicza opisuje losy ludzi z pogranicza narodowego i państwowego, złożone i bolesne losy. W tym opisie Śląsk zostaje uwznioślony, staje się sceną wydarzeń rodem z antycznych tragedii. Owo podniesienie nie jest zabiegiem wydumanym, co uświadamiamy sobie, sięgając po wcześniejsze wypowiedzi autora (przede wszystkim dziennik publikowany ongiś w „Arcanach”). Zestawienie to pozwala nam odnaleźć w „Drachu” przemodelowane losy rodziny Twardocha – samo to sprawia, iż powieść stać się może wdzięcznym obiektem analiz: w jaki sposób pisarz przetwarza doświadczenia rodzinne na literaturę, opisującą ludzi innych niż ci, których znał; jak nadaje im dodatkowy sens, a zapewne i czasem zubaża. To nadaje pozorów autentyzmu opisanym postaciom.

Tego typu miniaturki literackie pojawiały się już w publicystyce Twardocha – tam jednak, jak słusznie zauważył Andrzej Horubała, były „doskonale banalne”. Osadzenie ich w strukturze powieści nadaje im mocy, sprawia, że łatwo przełykamy ewentualną pretensjonalność.

II

Narrator powieści to tytułowy Drach – smok będący ziemią. Opowiada, jak górnicy drążą w nim korytarze, wydobywają jego ciało i palą nim w piecach, jakby był zwykłym kamieniem, a jest przecież odbiciem słońca. A przy tym jest też bogiem, który wie, co było, jest i będzie. Smok, w powieści określany też jako słowiański Żmij czy biblijny Behemot, to swego rodzaju panteistyczna natura.

Stwarza to niezwykłe wrażenie estetyczne – górnicy drążący w żywym bogu to coś, co przekracza patosem potęgę wizji industrialnego Śląska z okresu międzywojnia i z czasów PRL.

„Drach”jest o Śląsku, ale z pewnością nie jest to Śląsk rodem z kabaretu Koń Polski.

III

Drach widzi przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Czas powieści jest kołowy, nie zaś linearny. Można to uznać za zręczny chwyt przykuwający uwagę czytelnika – i niewykluczone, że to słuszna interpretacja, bowiem Twardoch, pozując na dandysa, nie stroni od zwykłego szpanerstwa. Jak na dandysa przystało.

IV

W twórczości Twardocha od dawna pojawia się dychotomia chrześcijaństwo-pogaństwo. Przy czym u niego pogaństwo to nie Apollo czy Dionizos, a Nietzscheańskie czarne bogi.

Cieszą się z walki, cierpienia i zniszczenia – ich ludzkimi awatarami są aryjscy wojownicy. Drach jest nieco inny: nie raduje się rzeziami, po prostu je obserwuje. Wszystkie stworzenia są dla niego tym samym, bo nie ma znaczenia, czy soki płyną w sarnie, drzewie, czy wyciekają w ziemię (Dracha) z gnijącego ciała.

Tutaj można wrócić do wątku śląskiego. W książce mamy duże partie dialogów w gwarze i to jest cudowne, bo język śląski zostaje w oczach czytelnika uwznioślony, staje się groźny i potężny. Miejscowy jurodiwy opowiada, czym jest Drach:

Człowiek, chop i baba, kamiyń, sŏrnik, hazŏk, kot a pies, strōm, wszisko to samo. Wszisko je jednym. Ziymia to je taki srogi drach, łażymy po jego ciele, a na grubach kopiymy jego ciało, kere je czystym słōńcym. We świyntyj Biblie mŏsz napisane, u Ezekiela, że faraōn je krokodyl, kery se lygnął we rzyce, pra? […]  Ale to niy ma krokodyl. To je po żydowsku tannin, a tannin to je srogi drach. Wielki smok. Rozumisz? A zaś kaj indzij mosz Behemota, kerego nogi sōm jak ruły ze brōnzu, a ôgon jak srogi strōm, jak cedr, ja? […] My sōm niym. Tym drachym, łażymy po jego ciele, ale tyż sōm my jego ciałym, poradzisz se to forsztelować? Jak błecha, kero żere twojōm krew, ôna je tobōm, ja?

Ale owo rozróżnienie nie jest takie oczywiste. Szaleniec w pewnym momencie zrównuje Dracha z czarnymi bogami: Dejcie moja dusza czŏrnym bogōm, bo yno ône sōm richtik, yno w nich je Wahrheit.

Sam autor nigdy nie precyzuje, czym lub kim są czarne bogi – prawdopodobnie takim bóstwem jest narratorka „Morfiny”, wiodąca na zatracenie Konstantego Willemanna. Czarne bogi pojawiają się też wielokrotnie w „Wiecznym Grunwaldzie”. Jego bohaterem jest Paszko, bękart Kazimierza Wielkiego – po śmierci w czasie bitwy pod Grunwaldem przeżywa kolejne życia, dziesiątki razy, w różnych wcieleniach. „Wieczny Grunwald” kończy się, gdy Paszko widzi Matkę Boską i odrzuca zasady rządzące światem. I nagle rozumiem: wystarczy się odwrócić. Sile przeciwstawić słabość i słabości siłę. […] Ona jest tutaj, i jest Kryst, i są za nimi bogi, nie czarne już, czarnych już nie ma, ale jest świetlista kopuła nieba, Dziw Pacierz jest za nimi. Matka Boska (?) dotyka bohatera, a on zapada się w ciemność. Jest to odkupienie z cierpienia, ale niewykluczone, że bardziej buddyjskie niż chrześcijańskie. A może chrześcijańskie zbawienie nadejdzie po owej ciemności?

Twardoch był ongiś gorliwym katolikiem.

Do tej pory twierdzi, że wierzy w Boga, ale ewidentnie bez stanowczości młodego prawicowca. Zastanawia mnie, czy ów koncept czarnych bogów nie spełnia dla niego roli, jaką dla Dostojewskiego odgrywał szatan.

Być może Dostojewski uważał, że racja leży po stronie Iwana Karamazowa i Wielkiego Inkwizytora, że idea Boga, dobrego Boga, jest nie do przyjęcia, choćby przez jedną dziecięcą łzę. Łączył zarazem te prawdy z koncepcjami, które były dla niego obrzydliwe (papiestwo, rewolucja). Tak samo Twardoch (z uszanowaniem proporcji) – może czuć, że Boga nie ma, a zarazem chce zachować wiarę. Tworzy więc czarne bogi, które symbolizują prawdę, ale są też złem, radują się masakrą.

Obcujemy więc z prawdą, wypowiadamy ją, bo tej prawdy potrzebujemy, a jednocześnie nie możemy jej przyjąć, bo ustawiliśmy ją w taki sposób, że przyjęcie prawdy oznaczałoby wejście w potworność.

V

Czy pozbawiony potworności Drach to krok w kierunku Twardochowej sekularyzacji?

Perspektywa religijna w powieści jest właściwie nieobecna. A wszak formę jego wcześniejszych dzieł nazywano „realizmem teologicznym” (Jacek Dukaj o „Epifanii wikarego Trzaski”).

VI

A może to tylko zabieg estetyczny?

Gdyby nawet wszystko ograniczało się do klimatu, warto po „Dracha” sięgnąć.

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Przekaż nam choćby symboliczną darowiznę w wysokości 4 złotych. To mniej, niż kosztuje najtańszy z tygodników opinii, a nasze teksty możesz czytać bez żadnych limitów i ograniczeń.

Klub Jagielloński
Nr konta: 16 2130 0004 2001 0404 9144 0001
W tytule: „darowizna na cele statutowe: jagiellonski24”
Dziękujemy!