Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  15 stycznia 2015

Thatcher z odzysku

dr Marcin Kędzierski  15 stycznia 2015
przeczytanie zajmie 7 min
Thatcher z odzysku flickr.com/kancelariapremiera/

Jeśli miałbym zgadywać, jaki prezent na Boże Narodzenie otrzymała Ewa Kopacz, obstawiałbym biografię Margaret Thatcher. Odnoszę bowiem wrażenie, że po okołoświątecznych wpadkach wizerunkowych pani premier chce za wszelką cenę pokazać, że potrafi być prawdziwą Żelazną Damą i pójść na wojnę z górnikami. Problem polega na tym, że jest do niej absolutnie nieprzygotowana i dlatego nie osiągnie żadnych rezultatów. Poza jednym – będą daremne ofiary.

Kiedy ze strony nie tylko polityków różnych opcji, ale i ekspertów oraz dziennikarzy, słyszę w zasadzie jeden głos, że kopalnie trzeba zamknąć, a najlepiej zalać wodą, włącza mi się czerwona lampka z napisem „Uwaga – ideologiczne doktrynerstwo”. Oczywiście nie sposób w kilka dni stać się ekspertem, ale z pewnością czas ten jest wystarczający, by zebrać podstawowe informacje i zadać kilka ważnych pytań, na które rząd nie ma odpowiedzi.

Problem jest niezwykle ważny, bo polski węgiel jest podstawą naszej energetyki. Dziś, mimo że budżet państwa dopłaca do każdej tony nawet po 250 złotych (100%!), i tak jest on droższy od zagranicznego. Dodatkowo polskie elektrownie, oparte w zdecydowanej większości na węglu, kupując go w naszych kopalniach także dotują sektor. W rezultacie cena produkcji energii elektrycznej jest wyższa, co przekłada się na koszty produkcji polskich firm. Odbiorcy indywidualni nie odczuwają tego wprost, gdyż w Polsce ceny energii elektrycznej dla użytkowników prywatnych są regulowane.

Ale straty tym spowodowane zakłady energetyczne odbijają sobie na przedsiębiorstwach, które i tak należą do najmniej efektywnych w Europie.

Jeśli dodamy do tego fakt, że energia dla firm w Niemczech (tam państwo dotuje prąd dla firm) jest tańsza niż w Polsce, a ich efektywność jest znacznie wyższa, nasze firmy dramatycznie tracą konkurencyjność. Aby utrzymać się na rynku, muszą ciąć koszty. Jakie? Najczęściej koszty pracy, co oznacza mniejsze wynagrodzenia dla pracowników, którzy dodatkowo są obciążani podatkami niezbędnymi do opłacenia dopłat do produkcji węgla. Oznacza to, że rachunek za nierentowne kopalnie płacimy my wszyscy, i to podwójnie.

Emocja społeczna, którą próbuje wykorzystać Platforma Obywatelska, domagająca się zamknięcia kopalń, jest zatem zupełnie zrozumiała, zwłaszcza jeśli dodamy do tego fakt, że po drugiej sporu stronie mamy górników, których, umówmy się trudno lubić. Przecież to oni są winni takiego stanu rzeczy.

Są jacyś brudni, mówią dziwnym językiem, zarabiają góry złota, dostają 14 pensję i darmowy węgiel, mają miliard niepracujących związkowców, których przygody można regularnie przeczytać w prasie. Na dodatek ciągle mają jakieś żądania i co jakiś czas przyjeżdżają spalić stolicę.

Żeby zrozumieć ich postulaty trzeba albo być z górniczej rodziny ze Śląska, albo być nienormalnym.

Cóż, ani ojciec, ani moi dziadkowie nie fedrowali. Mimo to, w miarę zdobywania kolejnych informacji moje zrozumienie dla górniczych postulatów z każdym dniem wzrasta. Dlaczego?

Po pierwsze, premier Kopacz w listopadzie umówiła się z górnikami, że jak tylko powstanie plan naprawczy, skonsultuje go z nimi. Po czym dowiadują się o nim z konferencji prasowej na 100 dni rządu. Można się wkurzyć. Gdyby jeszcze plan ten był kompleksowy, mógłbym to zrozumieć – w przypadku niektórych reform czasem warto zawiesić tradycyjne metody i działać z zaskoczenia. Ale naprawdę trudno powiedzieć, aby to, co przygotowała Ewa Kopacz, miało jakiekolwiek pozory kompleksowości.

Podstawowym argumentem za likwidacją kopalń (nazywajmy rzeczy po imieniu) jest prognozowany spadek popytu na tzw. węgiel energetyczny, co wynika ze zmian w polskiej energetyce, idących w kierunku zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii (OZE). Brzmi on logicznie, gdyby nie fakt, że kilka miesięcy wcześniej, w trakcie negocjacji pakietu energetyczno-klimatycznego, jak Częstochowy broniliśmy węgla i domagaliśmy się obniżenia celów UE w zakresie OZE. Po drugie, w ostatnich latach wybudowaliśmy nowe bloki energetyczne w elektrowniach węglowych, ba, decyzja co do budowy takiego bloku w elektrowni Opole zapadła nie dalej niż kilka miesięcy temu. Mam świadomość, że efektywność tych nowych bloków będzie o 25% wyższa, ale wciąż będą one potrzebować węgla, a nie wiatru czy biomasy. Po trzecie, choć „rewolucja łupkowa” trwa w Polsce co najmniej od pięciu lat, wciąż nie słychać o realnym wydobywaniu istotnej ilości gazu ziemnego. Po czwarte, choć spółka powołana w celu budowy elektrowni atomowej istnieje już dwa lata, horyzont czasowy jej powstania stale się przesuwa – może moje wnuki jej doczekają. Doświadczenie mówi mi zatem, że przez najbliższe 15 lat nic się nie zmieni, a popyt na węgiel nie spadnie.

Skoro nadal będziemy potrzebować węgla, może w tym planie chodzi o to, że polskie kopalnie nie są w stanie konkurować na międzynarodowym rynku z powodu zbyt wysokich kosztów wydobycia.W takiej sytuacji, mając na uwadze znaczenie ceny energii elektrycznej dla polskich firm, ekonomicznie racjonalny wydaje się import węgla z zagranicy i zamknięcie naszych zakładów. Ale tu znowu pojawia się kilka problemów.

Po pierwsze, węgiel jako surowiec energetyczny ma znaczenie strategiczne – jeśli nasz sektor energetyczny oparty jest o węgiel, uzależnianie się od importu w sytuacji, w której dysponujemy własnymi złożami, jest niezbyt racjonalne, zwłaszcza, że wznowienie wydobycia w jednej wygaszonej kopalni to koszt 2 miliardów złotych.

Po drugie, teza o nadmiernych kosztach wydobycia także niezbyt do mnie przemawia – w innym przypadku firmy prywatne (polskie i zagraniczne) nie rozważałyby budowy nowych kopalń (np. Orzesze, Przeciszów). Oczywiście są kopalnie, w których z powodów geologicznych dalsze wydobycie jest bezcelowe i należy je zamknąć (np. z powodu wyczerpywania się złóż, jak ma to miejsce choćby w przypadku kopalni Piekary czy Pokój).

Ale w wielu innych miejscach możliwe jest obniżenie kosztów wydobycia, a przejściowy brak rentowności wcale nie jest dowodem przemawiającym za zamknięciem kopalni – najlepszym przykładem niech będzie sprywatyzowana kopalnia Silesia z Czechowic-Dziedzic, przeznaczona do zamknięcia w 2010 roku, która właśnie zaczyna przynosić zyski.

Trzeba zadać pytanie, czy rząd decydując o zamykaniu kopalń wziął pod uwagę analizę długofalowej opłacalności produkcji? Raczej nie, bo zgodnie z planem naprawczym zamknięta ma być np. kopalnia Sośnica-Makoszowy, która według badań Politechniki Śląskiej może spokojnie przynosić zyski. Plan inwestycyjny dla kopalni Sośnica czeka na realizację od 2005 roku – mija 10 lat, ale zamiast zainwestować w obniżenie kosztów wydobycia i czerpać zyski podatkowe (pamiętajmy, że w samym 2013 roku przychody podatkowe z górnictwa wyniosły 7 mld złotych, a w latach 2000-2013 szacowane są na ok. 90 mld złotych), rząd woli wydać te pieniądze na odprawy. Inny przykład to kopalnia Brzeszcze, gdzie w ostatnich latach wydano na inwestycje 200 milionów złotych. Teraz ma być zamknięta ze względu na nieopłacalność wydobycia. To nic, że kilka kilometrów obok w Przeciszowie prywatna firma planuje budowę nowej kopalni.

Czym zatem naprawdę kierował się rząd Ewy Kopacz, podejmując decyzję o zamykaniu kopalń? Jedyny argument, który mnie przekonuje, to wyniki finansowe za 2014 rok. Faktycznie, kopalnie przeznaczone do likwidacji osiągnęły największe straty. Pełna zgoda, że rząd nie może trwale finansować strat Kompanii Węglowej, a w przyszłości w obliczu spadających cen węgla pewnie także i innych spółek. Pełna zgoda, że potrzebny jest pilny program naprawczy.

Pełna zgoda, że potrzebne jest wprowadzenie bolesnych zmian. Chciałbym jednak, aby te zmiany zostały przeprowadzone na podstawie pogłębionej analizy ekonomicznej, politycznej i społecznej, a nie doraźnej oceny kilku wskaźników, które niewiele mówią.

Zwłaszcza wskaźnik rentowności wydobycia w krótkim okresie, którym najpewniej kierował się rząd, bywa zwodniczy – wystarczy bowiem czasowe zamknięcie w kopalni jednej ściany, by okresowo zmniejszyć wydobycie. W takiej sytuacji koszty stałe kopalni rozkładają się na mniejszą ilość sprzedawanego węgla, a przez to jego cena rośnie. Ale właśnie z tego powodu powstają spółki węglowe łączące kilka kopalni, aby rozłożyć ryzyko i zagwarantować ich zrównoważony rozwój. Wie o tym każda osoba zajmująca się górnictwem, widać, że wyobraźni tej zabrakło Ewie Kopacz.

Zresztą nie tylko jej i Platformie. Problem ten dotyczy większości partii rządzących po 1989 roku. Do dziś najgorzej ocenianym wiceministrem ds. górnictwa jest Paweł Poncyljusz z gabinetu Kazimierza Marcinkiewicza, który chciał wprowadzić rynkowe standardy zarządcze do polskich kopalń. W 2006 roku, wbrew opinii związkowców, przeforsował pomysł utworzenia czterech Centrów Wydobywczych. Ich zadaniem miało być zarządzanie grupami kilku kopalń w ramach Kompanii Węglowej i nadzorowanie dyrektorów poszczególnych zakładów. Problem polegał na tym, że zatrudnieni w Centrach profesjonalni menedżerowie (a w praktyce osoby z nadania partyjnego) nie miały pojęcia o górnictwie i nawet z najprostszymi sprawami zwracali się do dyrektorów kopalń. Zamiast ich wspierać, stali się ciężarem, i to dla całej Kompanii Węglowej, bowiem pobierali wysokie uposażenia i przysługiwały im ponadstandardowe przywileje górnicze. Ostatecznie Centra zamknięto po pięciu latach, w 2011 roku.

Przykład Centrów Wydobywczych wyraźnie pokazuje, że problem górnictwa nie leży tylko w zachłannych górnikach i związkowcach (choć np. likwidacja części przywilejów górniczych i zmiana trybu pracy z pięcio- na siedmiodniowy mogą okazać się warunkiem sine qua non dla utrzymania kopalń). Dziś w centrali samej Kompanii Węglowej zatrudnionych jest prawie 1000 osób. Rząd planuje powołanie Nowej Kompanii Węglowej, co wiążę się z odprawami, nowymi etatami, itd. Górnictwo wbrew obiegowym opiniom to nie tylko straty, ale to ogromne pieniądze. Dlatego podobnie jak w przypadku sektora paliwowego, także i tu mówi się o górniczych mafiach, powiązanych z politykami. Postaci takich jak „śląska Alexis”, czyli Barbara Kmiecik, jest wiele. Choć oficjalnie prawomocnym wyrokiem sądu została ona uniewinniona w 2013 roku, wydaje się, że o wielu elementach tej i innych historii się nie dowiemy.

Jeśli Ewa Kopacz pragnie być Żelazną Damą, niech idzie na wojnę z „węglowymi baronami”, bo dziś jedynymi beneficjentami zmian będą zapewne oni.

Budowanie społecznej sporu pomiędzy podatnikami i górnikami, albo co gorsza Polską i Śląskiem, jest najgorszym możliwym rozwiązaniem. Może się ono opłacać z krótkookresowej wyborczej perspektywy, ale na dłuższą metę przyniesie same szkody. Budowa pomnika Wojciecha Korfantego w Warszawie, którą Bronisław Komorowski zapowiedział w przemówieniu z 11 listopada 2014 roku, może nie wystarczyć.

Podsumowując powyższe rozważania, chciałbym przekazać Pani Premier jedną radę – jeśli naprawdę chcę Pani przejść do historii, proszę wsłuchać się w głos związkowców, śląskich samorządowców, środowisk naukowych, i wspólnie z nimi opracować kompleksowy program naprawczy dla polskiego górnictwa. Zapewne będzie on wymagał trudnych zmian dla wielu śląskich-polskich rodzin. Ale jeśli przeprowadzi je Pani w porozumieniu z nimi, uda się, tak jak udało się górnikom z kopalni Silesia uratować swój własny zakład kosztem utraty wszystkich przywilejów. Nadszedł najwyższy czas, by rząd Rzeczpospolitej, naszego wspólnego dobra, pod Pani przewodnictwem wreszcie potraktował polskich górników ze Śląska jako partnerów, a nie śmiesznie mówiących Volksdeutschów. 

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Przekaż nam choćby symboliczną darowiznę w wysokości 4 złotych. To mniej, niż kosztuje najtańszy z tygodników opinii, a nasze teksty możesz czytać bez żadnych limitów i ograniczeń.

Klub Jagielloński
Nr konta: 16 2130 0004 2001 0404 9144 0001
W tytule: „darowizna na cele statutowe: jagiellonski24”
Dziękujemy!