Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.
Kamil Suskiewicz  6 grudnia 2014

Trzynaście gwiazd kultury

Kamil Suskiewicz  6 grudnia 2014
przeczytanie zajmie 4 min

Krew z mlekiem przeczytałem w połowie listopada, siedząc w nieomal pustym hotelu, rzuconym gdzieś pośrodku rozległych mazurskich łąk. Sceneria ta – ozdobne korytarze i sale, z licznymi obrazami na ścianach, cisza pozwalająca zebrać myśli, lecz także pewna sztuczność wynikająca z braku ludzi w miejscu, które powinno tętnić życiem – wydaje mi się w jakiś sposób podobna do książki Marty Kwaśnickiej.

Książki, która jest zarazem piękna i nieco sztuczna, która skłania do refleksji i pozostawia niedosyt. Książki – mimo wszystko – bardzo dobrej i ciekawej.

Zbiorek zawiera trzynaście esejów poświęconych kulturze. Ułożonych w sposób celowy, choć gdyby nie sformułowany we wstępie zamiar autorki, trudno byłoby celowość tego porządku dostrzec. To, co staje przed oczami czytelnika, jest raczej prywatną mapą kultury, na której świeci – różnym blaskiem – trzynaście gwiazd, mniej lub bardziej ze sobą połączonych. W centrum tej galaktyki leży zaś Polska i polskość jako nadrzędna kategoria estetyczno-poznawcza.

Najsłabiej świecą chyba trzy eseje o (czy to przypadek?) sztuce hiszpańskiej: Sor Juanie, La Roldanie i El Greco.

Dlaczego? Recenzenci Krwi z mlekiem porównywali eseje Kwaśnickiej do sławnego Barbarzyńcy w ogrodzie Zbigniewa Herberta i do eseistyki Andrzeja Bobkowskiego. Wspomnianym trzem tekstom bliżej chyba jednak do epigonów Herberta z kręgu „Zeszytów Literackich” – a więc do konwencji kiedyś atrakcyjniej, ale wytartej przez zbyt częste używanie, nudnej i mało już twórczej. Na obronę Kwaśnickiej można by powiedzieć, że próbuje się ona w tej formie umościć po swojemu – zastąpić po stokroć opisywany temat sieneńskiej katedry prawie nieznanym (a zasługującym na sławę) wizerunkiem XVII-wiecznej meksykańskiej poetki, spojrzeć na przedstawiane postaci z perspektywy chrześcijańskiego feminizmu czy tchnąć nieco religijnego ducha w artystowską konwencję. Nie jestem jednak przekonany, czy to się autorce do końca udaje.

Świetnie udaje jej się za to coś innego – puenta, krótka synteza, która w dwóch, trzech zdaniach potrafi powiedzieć rzecz świeżą i ważną (a przy tym niebanalną), jak w tekście poświęconym G. M. Hopkinsowi: „tak właśnie mówi do nas poezja – czujemy (albo nie) pokrewieństwo z jej autorem; poeta jest (albo nie) naszym duchowym krewnym. Reszta to sprawa drugorzędna; kwestia indywidualnego smaku i literackich upodobań epoki” lub jak w doskonałym eseju o tradycji grzybobrania: „Kiedy w czasach zaborów Rosjanie z lubością wycinali w puszczy drzewa, przez co wydatnie zmniejszali jej zasięg, polska inteligencja, skupiona w Galicji i odcięta od prastarych kniei, zwróciła się ku Tatrom, dzięki czemu dała naszej kulturze inny matecznik – skalne Podhale”. Ktoś powie, że to szczegóły – owszem, ale właśnie od takich szczegółów zależy wielkość eseju.

Język Kwaśnickiej jest prosty i ładny, przemyślany i konsekwentny. Bywa poetycki, co dodaje rumieńców tekstom wypełnionym mnóstwem szczegółów.

Ale są także momenty, gdy czytelnik może zastanawiać się, czy zabieg stylistyczny nie jest tylko pustym ozdobnikiem. Nie przekonują mnie na przykład metafory w rodzaju „wahadło napięć miedzy królem i parlamentem” (czegoś tu jest za dużo), a jako osoba mająca trochę do czynienia z jeździectwem nie mogę sobie wyobrazić, jak można kogoś/coś „spiąć munsztukiem”, bo munsztuk to rodzaj wodzy, a spina się – jeśli już – ostrogami. Poza takimi drobnymi potknięciami – trochę się czepiam, ale czym byłaby krytyka literacka bez odrobiny uszczypliwości – trudno jest Marcie Kwaśnickiej coś zarzucić, bo są to eseje pod względem literackim bardzo dobre, a na tle naszej współczesnej produkcji piśmienniczej – wręcz znakomite.

Fascynujące są też obszary kultury, po których oprowadza nas autorka. Czy idziemy przez antyczny Rzym, by spotkać Fedrę i Odyseusza, czy wędrujemy angielskimi ścieżkami, aby popatrzeć na katedrę w Durhan i posłyszeć echa myśli Dunsa Szkota – zawsze mamy poczucie, że towarzyszy nam świetny cicerone, który poza ogromną wiedzą, posiada także niezastąpiony dar opowiadania anegdot. Jest to podróż dla każdego, komu bliska jest różnorodna tradycja kultury chrześcijańskiej i każdego, kto, myśląc o arcydziełach tej kultury, konfrontuje je z codziennymi dramatami duszy.

Marta Kwaśnicka to także feministka – dziwna feministka, bo nieulegająca wpływom ideologicznych mód i potrafiąca z rozwagą zastanawiać się nad tym, jaka ma być dzisiejsza kobieta. Będąc mężczyzną nie specjalnie się na tym znam i nie czuję się uprawniony do wypowiadania kategorycznych sądów, ale takie fragmenty, jak ten ze Słodkiej Jane („Bunt kobiet w wersji dwudziestowiecznej […] polega właśnie na osłabieniu kultury, na tym, że kobieta nie ma już ochoty pozostawać sobą, bo nie ma norm, w których mogłaby się najpełniej (i najpiękniej!) wyrazić”) – wydają mi się nie pozbawione jakiejś głębokiej mądrości.

Warta przytoczenia jest też uwaga poczyniona na zakończenie eseju o Odyseuszu: „jednym z najwspanialszych wynalazków starożytności był etos cnoty, areté, żmudnego samodoskonalenia się, rzeźbienia w sobie pozytywnych cech poprzez ich praktykowanie. […] jest lepszy niż etos inteligencki pokutujący w naszym kraju, z definicji elitarystyczny, stawiający jednych nad drugimi, ale tylko niektórych, pod jakimś względem oświeconych”. Naszym licznym młodym inteligentom, którzy lubią się ze swoją inteligenckością obnosić (wszak wiadomo, że niedługo będą polskimi elitami) może się to nie spodobać. Właśnie dlatego powinni dokładnie przeczytać Wstyd Odyseusza. I może samemu się trochę zawstydzić.

Dwa spośród tych esejów podobają mi się szczególnie. Pierwszy, zatytułowany W sprawie grzybobrania – jest pięknym, lapidarnym świadectwem patriotyzmu w ujęciu geograficznym (lub może przyrodniczym); patriotyzmu subtelnego i głębokiego zarazem. Z kolei Daemonium meridianum, esej wieńczący cały zbiór, to tekst najobszerniejszy pod względem przywoływanych kontekstów (m. in. lucyfer z Liége, św. Augustyn, Teresa od Jezusa; i szereg odwołań literackich – Dante, Herling, Tyrmand) – a zarazem najbardziej własny, tak stylistycznie, jak i fabularnie. Bardzo dobry przyczynek do obszerniejszego dzieła.

Na koniec muszę przyznać się do jednej rzeczy – bardzo lubię atmosferę hoteli po sezonie.

Dlatego eseje Marty Kwaśnickiej przeczytałem z wielką przyjemnością, choć daleki jestem od bezkrytycznych zachwytów Andrzeja Horubały i Wojciecha Kudyby. Zresztą grono recenzentów tego zbioru niebezpiecznie wskazuje na fakt, że autorka czytana jest – przynajmniej na razie – tylko w pewnych środowiskach, żeby nie powiedzieć w kółku wzajemnej adoracji. Ale Marta Kwaśnicka ma wszelkie dane po temu, żeby z tego wąskiego kręgu wyjść. Dlatego z niecierpliwością czekam na jej kolejną książką. I trzymam kciuki