Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Juliusz Gałkowski  6 grudnia 2014

Słonimski był hejterem

Juliusz Gałkowski  6 grudnia 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Słonimski był hejterem Facebook/ Pola Dwurnik

To były czasy „hejtu” co się zowie. Celowali w nim zwłaszcza młodzi poeci, przezywający się Skamandrytami. A to przerwali sztukę, bo uznali że jej nędzna jakość przekracza wszelką miarę. A to Słonimski pisząc recenzję z wystawy awangardy zatytułował ją beztrosko Mechano-bzdura. To akurat skutkowało pojedynkiem, ale nie był on szczególnie krwawy. Sam Słonimski wspominał go słowami: „kończyło się to błazeńsko lekką raną i ciężkim pijaństwem”.

Kpina, szyderstwo, karykatura wręcz unosiły się w publicystycznej atmosferze. A to sędziwego Miriama ktoś określił mianem „węża Boa”, co skończyło się w sądzie. A to rozmaitych grafomanów tytułowano „producentami papieru higienicznego” bądź „źródłem smrodu stylistycznego”. Nie dziwota, że niejeden debiutant i niejeden stary wyga z przerażeniem studiował rubryki recenzyjne pism literackich. Wiedzieli, że nie będzie miłosierdzia…

Czasy PRL-u, wprowadzając powszechną nijakość, uspokoiły także nastroje recenzenckie.

Ostatecznie nie było wiadomo czy aby ten, który pisał koszmarne teksty, nie pisze jednocześnie „po linii”. Nie było jednak tak całkiem źle – w pewnym momencie pojawiło się w świecie literackim dwóch łobuzów: Trzymałko i Dzierżankiewicz, którzy wespół – wzespół niszczyli coraz ciekawsze przykłady powieści milicyjnej, podając przy tym zawsze wysokość nakładu w jakim owe arcydzieło drukowano. Oni sami jako zasadę pracy krytyczno-literackiej podali swoje credo:

„Książki najgorsze” będą się opierać na najlepszych wzorach tendencyjności, napastliwości oraz całkowitego braku dobrego wychowania; z metod krytycznych w szczególnie częstym użyciu będzie bicie w słabiznę literacką, strzelanie w plecy (nawet jeśli autor ma je mocne) oraz wyrywanie zdań z kontekstu.

Zastanawiam się co Słonimski, Barańczak (bo on schizofrenicznie ukrywał się pod podwójnym pseudonimem), Hemar czy Tuwim uczyniliby z pisaniną Apolonii Dwurnik, jeżeli by im się ona nie spodobała.

Kwestia dezaprobaty wobec takiego pisania, jakie prezentuje autorka, jest dla mnie oczywista. Manieryczne i poszukujące wyrażeń, które Dwurnik uznaje za wyszukane i oddające nadzwyczajne stany jej umysłu, są w gruncie rzeczy banalną grafomanią.

Bo przecież, gdy nowoczesna i wyemancypowana kobieta nie może pisać o brudzeniu szminką, konieczne jest „kładzenie na nim lepkiego błyszczyku, dobranockowo migoczącego na ustach”.

No tak paskudny ze mnie androgeniczny mizogin – dla mnie wszystko jedno czy błyszczyk czy szminka. Zastanawiam się co by na takie sformułowanie powiedzieli Feliks i Szczęsny. Pewnie nic, bo o wiele większe wrażenie zrobiłyby na nich stalowe popielniczki, co „świecą jak kły groźnych zwierząt”. Brrr… aż mnie ciarki przechodzą. Ciekawe jak to opisałaby poetycko-oniryczna Pola?

Ale to nic – moim faworytem jest opis o tym jak „w czeluść naszego poimprezowego rozstroju wjechał lunapark”. Genialne – czysta poezja. Swego czasu Stachura pisał ojasnogórskiej potędze częstochowskich rymów. Obawiam się, że po zetknięciu z twórczością malarko-pisarki z Berlina zaniemówiłby z wrażenia i nie umiałby nic napisać.

Ale tak naprawdę nie byłoby o czym pisać, gdyby nie jeszcze bardziej kuriozalny atak na krytykujących i nabijających się z Poli D. Pal licho Facebooka i jego likwidację przewrotnego fanpage’u „Beka z Poli D.” Jest to instytucja chora i nie mająca nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem i poczuciem humoru. Ale przecież nieobowiązkowa.

Problem polega na tym, że w przekonaniu niektórych publicystów i (uwaga!) polityków – jak na przykład niedoszła prezydent Warszawy, taka krytyka nie może odbywać się bez powodu. A powód jest oczywisty: siły zła chcą zniszczyć wybitną pisarkę, ponieważ jest zbyt śmiała, zbyt wyemancypowana. I na dodatek – zupełnie jak Kopernik – jest kobietą. Mężczyzna może tak pisać – kobieta nie. Mężczyzna może pisać „o tym”, kobieta nie. I tak dalej…

Paranoja.

Nikt o minimalnym poziomie kultury i dobrego smaku nie powinien tworzyć tak koszmarnej grafomanii. To nie ma nic wspólnego z nowoczesnością i konserwatyzmem jak sugerują publicyści Wyborczej, „Na temat” oraz Piotr Kaszczyszyn z portalu Jagielloński24.pl. Nie powinien, ponieważ takie pisanie godzi w najgłębsze pokłady naszego jestestwa – w zmysły, intelekt oraz uczucia. Gdyby Pani Dwurnik pisała ironiczne lub autoironiczne inteligentne komentarze opisujące nocne życie w Berlinie zapewne czytałbym je z przyjemnością. Gdyby tworzyła manifesty poliamorii i seksu wędrownego to czytałbym je z irytacją. A gdyby spod jej klawiatury wypływały śmiałe erotyki być może wzbudziły by zainteresowanie i element podniecenia. Ale nic z tych rzeczy – opisy zabawy są tak banalne, że zasługują jedynie na kpinę i złośliwości, na wzór Słonimskiego. Chociaż zdaję sobie sprawę, że do jego złośliwego okrucieństwa intelektualnego jeszcze nam daleko. Kochani obrońcy Poli D. – nie atakujcie „hejterów” swojej ulubionej autorki. Pamiętajcie, że Słonimski i Barańczak też byli hejterami.