Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  29 listopada 2014

Kultura wiejskiego wykluczenia

Michał Kłosowski  29 listopada 2014
przeczytanie zajmie 5 min
Kultura wiejskiego wykluczenia Flickr.com

Jeśli chcemy zmieniać Europę, musimy zacząć od kultury. Nie będę nawoływać do jej unifikacji czy powrotu do źródeł. Chodzi o coś innego – umożliwienie uczestnictwa w niej jak największej liczbie Europejczyków.

Postulat ten jest uniwersalny i artykułowany przez większość opcji politycznych. Brakuje jednak konkretnych propozycji zmian, mających służyć temu celowi. Łatwo natomiast identyfikuje się problemy związane z nierównym dostępem do kultury, bo służy do tego modne ostatnio hasło: wykluczenie. Mimo tego, że wydaje się być istotne, coraz częściej odnoszę wrażenie, że jest kolejnym wytrychem służącym absorbowaniu zainteresowania mediów i tych nielicznych już osób, które wrażliwe są na krzywdę innych.

Zacznijmy więc od początku – czym tak naprawdę jest wykluczenie? Kogo dotyczy? Moim zdaniem na żadne z tych pytań nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wykluczenie nie istnieje bowiem bez dookreślenia; zawsze wiąże się z relacją w stosunku do drugiego człowieka czy towarzyszących okoliczności. Jedną z jego własności jest fakt, że można je przypisać do większości sytuacji społecznych, głównie do kwestii materialnego posiadania. Czyni je to więc idealnym narzędziem retorycznym, wykorzystywanym tak często, że aż spowszedniałym. Słysząc o „wykluczeniu”,  przeciętnemu Europejczykowi nie przychodzi do głowy, że – w dobie Internetu i telewizji – ktokolwiek może być poddany jego kulturowej odmianie.

Istnieją jednak spore obszary, na których problem niedostatecznego uczestnictwa w kulturze jest bardzo dotkliwy. Są to głównie tereny wiejskie.

Przyjrzymy się więc polskiej wsi. Chciałoby się odruchowo napisać wsi spokojna, wsi wesoła. Taką bowiem kliszę wgrano w społeczną świadomość. Może i wieś jest wesoła, ale czy wciąż spokojna? Czy nie jest tak, że w nieodległej przeszłości wiejska kultura skupiała się wokół plebanii – księdza, który siłą profesji przekazywał wartości leżące u podstaw europejskiej kultury – oraz wokół rytuałów, niezmiennych od lat?

Dziś rola Kościoła wciąż się zmniejsza, a w dobie globalizacji i coraz większego odpływu ludzi ze wsi do miast właściwie zanika zwyczajowość dnia i roku. Powoduje to utratę dawnych podstaw egzystencji wsi; utratę jej tożsamości i kultury.

Jaskrawo rysują się dwa problemy. Pierwszy, pobieżnie już nakreślony, dotyczy niedostatku partycypacji mieszkańców wsi w kulturze, nie tej popularnej, ale w zbiorze europejskiego dziedzictwa idei i wartości. Drugim jest to, jak za pomocą kultury uczynić wieś atrakcyjną dla różnych grup społecznych i jak wpisać wieś w Europę. Znalezienie odpowiedzi na te pytania pomoże rozwiązać problem główny, zarysowany we wstępie.

Aby zmienić te niekorzystne trendy i walczyć z wykluczeniem na wsi, proponuję trzy komplementarne rozwiązania.

Pierwszym z nich jest konieczność działania na rzecz konsolidacji społeczności lokalnej.

Bez względu na wiek, płeć i status społeczny. Żeby tego dokonać, niezbędne jest, by lokalne biblioteki i centra kultury odeszły od starych i nieprzystających do obecnych potrzeb działań, takich jak organizowanie wystaw o klasykach narodowej literatury. Inicjatywy takie mają bowiem tę dziwną właściwość, ze charakteryzują się długowiecznością, którą zmierzyć można, badając przyrost pajęczyn, jakimi obrosły. Zamiast nich warto wprowadzić inicjatywy wpisujące się w charakter samej wsi: na przykład czytania na wolnym powietrzu i wprowadzenia kultury do przestrzeni architektonicznej i społecznej. Jak? Angażując nowych mieszkańców w odkrywanie tradycji lokalnych społeczności oraz edukację młodzieży. Pomocny będzie obecny, lecz słabszy od wskazanego wcześniej, trend osiedlania się na wsi nowej klasy średniej. Warto tu wzorować się na modelu amerykańskim, zakładającym szeroką partycypację lokalnych autorytetów w działaniach kulturalnych. Można wykorzystać doświadczenie i wiedzę starszych mieszkańców wsi – wprowadzaliby oni nowych mieszkańców i ludzi młodych w historię i dziedzictwo miejscowości czy regionu. Całość mogłaby być spisywana: tworzono by w ten sposób historię lokalnej społeczności, dzięki czemu nabywałaby własną tożsamość. Takie inicjatywy powinny być animowane właśnie przez biblioteki czy powiatowe i gminne centra kultury. Na szczeblu wyższym, nawet wojewódzkim, warto organizować festiwale kultury wiejskiej. Wojewoda mógłby nagradzać najciekawsze tego typu projekty, najbarwniejsze historie. Domyślam się, że niektórzy przeczytawszy tę propozycję kręcą już nosem – wiemy, jak wygląda duża część powiatowych festiwali. Nie bójmy się jednak pewnej przaśności, uznajmy ją za lokalny koloryt. Jej charakter, z pomocą odpowiednich środków finansowych, można z czasem kształtować.

Kolejnym rozwiązaniem jest zakładanie stowarzyszeń. Kto powiedział, że kultura wsi musi opierać się na literaturze i sztuce, tak jak dzieje się to w mieście?

Mam wrażenie, że obecnie w naszym kraju wieś postrzegana jest jako przybudówka do miasta, a nie odrębny podmiot. Pragnę przekonać, że ona posiada swoją podmiotowość.

Traktowanie jej tylko jako osady służebnej nikomu nie przyniesie nic dobrego. Oczywistym jest, że wiele wsi w Polsce zupełnie zatraciło swój historyczny czy kulturowy potencjał; ten trzeba odbudować bądź zbudować na nowo, czemu służyć ma pierwsza inicjatywa. Mamy jednak w kraju – a także w Europie – sporo takich osad jak Żmiąca, opisywana ostatnio przez Michała Łuczewskiego w „Odwiecznym narodzie”. Wnosi on ważny głos w dyskusję nad tożsamością lokalną, powołując się na badania nad historią i kulturą Żmiącej. W miejscach takich kultura często wciąż płynie podskórnym strumieniem, objawiającym się w życiu religijnym i związanych z nim historycznych antagonizmach. Stowarzyszenia takie powinny więc w jakiś sposób zahaczać o organizację kościelną. Choćby dlatego, że ułatwiłoby to ochronę zabytków, którymi na wsi najczęściej są właśnie budowle sakralne. Organizacja mieszkańców mogłaby zająć się przywracaniem wspólnotowości w przeżywaniu świąt, aranżując wspólne obchody dożynek lub andrzejek..

Ostatnim komponentem jest kwestia „kultury medialnej”. Internet pozwala na dostęp do nieograniczonych zasobów audiowizualnych.

Zakładanie stowarzyszeń i wykorzystywanie nowych mediów powinno być złożone w ręce młodzieży ze względu na ich doświadczenie w obsłudze tych technologii na co dzień, chociażby w szkole.

Rola edukacji wiejskiej polegałaby więc także na tym, żeby uczniowie na zajęciach – a chyba nikt nie wpadł jeszcze na to, że komputery mogą być użyteczne także na WOSie, WOKu czy języku polskim – poza umiejętnościami obsługi konkretnych programów uczyli się zdobywać informacje i partycypowali w organizacji lokalnych wydarzeń. Trzeci komponent, poza wymienionymi wyżej cechami, miałby się bowiem charakteryzować wykorzystywaniem edukacji dla celów lokalnych. W porozumieniu z nauczycielami czy dyrekcją szkoły można organizować spotkania z osobami z pierwszych stron gazet, ludźmi kultury i sportowcami.

W kraju o tak niskiej partycypacji obywatelskiej trudno wierzyć, że jakiekolwiek inicjatywy kulturowe będą mogły być finansowane przez mieszkańców. Moim zdaniem jednak finansowanie zewnętrze również nie jest rozwiązaniem, co widać chociażby po toczącej polską naukę chorobie grantozy. Należy więc połączyć obie drogi, a dodatkowo zaangażować lokalnych przedsiębiorców (za których uznać można również sklepikarzy) i proboszczów. Źródeł potencjalnego finansowania jest wiele, także z programów europejskich. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby spróbować.

Celowo nie wspomniałem ani słowem o kinie czy muzyce. Film może obejrzeć każdy, choćby w telewizji. Prawdziwym problemem jest coś innego – bierność mieszkańców, brak wspólnotowości. Lokalną kulturę tworzą nie wielkie słowa czy książki noblistów, tylko ludzie chcący odkrywać to, co ich łączy.

Artykuł powstał w ramach projektu „Przyszłość Europy zależy od młodzieży” finansowanego ze środków programu Erasmus Plus.