Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartłomiej Walentyński  27 października 2014

Publicystyczne „niedasie”

Bartłomiej Walentyński  27 października 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Publicystyczne „niedasie” Flickr.com/ Sean MacEntee

Jest taka strona na Facebooku, która nazywa się „Krakowskie niedasie”. Nie jestem pewien, czy coś takiego rzeczywiście istnieje, mam jednak pewność, że zdecydowanie istnieje „publicystyczne niedasie”, bo z łatwością można znaleźć tysiące artykułów, które skupiają się wyłącznie na tym, że coś jest złe, bo jest niedobre. No i oczywiście niedasie.

Ostatnim z takich tekstów, na jaki się natknąłem, był tekst kolegów Brzyskiego i Kłosowskiego, w odpowiedzi na który piszę ten artykuł. A myślę, że jest to o tyle ważne, że mam do czynienia ze znacząco lepszymi ode mnie publicystami, którzy niestety przekazują błędne informacje.

Z programem wysyłania przez rząd studentów na uczelnie zagraniczne można się kłócić. W końcu mówimy o pieniądzach publicznych, a lekko szacując, każdego obywatela wysłanie 100 studentów na Harvard i opłacenie pełnego czesnego oraz wszystkich kosztów utrzymania kosztowałoby maksymalnie około 50 groszy. Czy to duża kwota? Możemy dyskutować.

Ucieczka za granicę

Istotne jest to, jak sam program stypendialny ma być skonstruowany i jak zmusić tych niedobrych stypendystów do powrotu (ponieważ oczywistym jest, że świetnie zapowiadający się stypendysta po studiach na Stanfordzie będzie robił wszystko, by żyć w cieniu i ukrywać się przed polskim fiskusem, byle tylko nie wrócić).

Problem oczywiście nie jest nowy, dlatego wiele lat temu Amerykanie wymyślili wizy J, które przyznają status studenta i, co ważne, które mogą obligować po ukończeniu studiów do powrotu do kraju pochodzenia na okres co najmniej dwóch lat. Nie załatwia to oczywiście całego problemu (rząd polski mówi o 5 latach), ale możemy przyjąć, że dodatkowym zabezpieczeniem mogłoby być obciążenie osoby unikającej powrotu (bądź spłaty stypendium) bardzo wysokimi odsetkami.

Profil stypendysty

Drugim punktem poruszanym w artykule jest kwestia tego, kogo finansować i jak wysokie mają być to koszty. Wydaje mi się, że w tym punkcie trzeba postawić na gospodarność, według której ostateczna wysokość stypendium byłaby ustalana przy wzięciu pod uwagę warunków finansowych kandydata. Stosowne byłoby użycie zasady need blind, gdzie potencjalni stypendyści najpierw byliby rozpatrywani pod względem tego, jak prezentują się merytorycznie, a dopiero po przyznaniu miejsc komisja spoglądałaby na realne potrzeby finansowe wybranych osób.

Co więcej, pomysł, który mówi o wspieraniu studiów na uczelniach top 15 z listy szanghajskiej plus 10 najlepszych w danych dziedzinach, wydaje się słuszny i uzasadniony. Stypendia powinny służyć tym, którzy decydują się na studia na najwyższym poziomie. Co więcej, takie podejście do tematu pozwoli pokazać, że wybór uczelni jest obiektywny.

Ostatnim z tematów związanych z profilem stypendysty jest jego wcześniejsze wykształcenie. Wymóg posiadania tytułu licencjata jest słuszny, ponieważ taki sam stawiają najlepsze uczelnie na świecie. Zauważyła to chociażby Polsko-Amerykańska Komisja Fulbrighta, która w zeszłym roku zdecydowała się zmienić regulamin i umożliwić wyłącznie osobom posiadającym tytuł licencjata aplikacje o stypendium Graduate Self-Placed Award. Oznacza to tyle, że rok wcześniej dwóch kolegów mogło dostać się na taki sam doktorat na Harvard, jednak jeden posiadając wyłącznie tytuł licencjata nie mógł się ubiegać o stypendium Fulbrighta, drugi natomiast mając tytuł magistra mógł to zrobić. Absurd.

Co po powrocie

Ostatnim z poruszanych tematów jest to, co robić po powrocie. Koledzy Brzyski i Kłosowski próbują powiedzieć, że przed kandydatem stoi głównie droga akademicka. Po pierwsze trudno mi się zgodzić z tym, że każda uczelnia na każdym wydziale w Polsce to jedna wielka mafia, gdzie promuje się swoich, miernych, ale wiernych. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, a w tym miejscu można wymienić osoby, które ukończyły świetne studia magisterskie w USA i jakimś cudem należą do kadry akademickiej.

To, co zostało pominięte, to fakt, że większość studentów powracających z USA wcale nie musi zostać naukowcami. Osoby te mogą zasilić polski sektor publiczny czy prywatny, a co więcej, mogą kończyć studia, które przygotowują do pracy poza uniwersytetem (LLM, MBA, MPA). O korzyściach z tym związanych można mówić długo, wspomnę natomiast, że jeszcze niedawno w jednej z wiodących firm doradczych, McKinsey & Company, wyjazd na MBA był niemalże obowiązkiem po kilku latach pracy. Innym przykładem jest Zbigniew Brzeziński, który „pomimo” doktoratu pracował dla amerykańskiego rządu, czy ostatnio spotkany przeze mnie menedżer z koreańskiego biura The Boston Consulting Group, który trafił tam tuż po otrzymaniu doktoratu z inżynierii mechanicznej na MIT.

Czy takie osoby będą mogły znaleźć pracę w Polsce i czy będą zarabiać godnie? Wydaje mi się, że trudno się spodziewać, by tak wybitni stypendyści mieli problem ze znalezieniem dobrej pracy. Co więcej, warto wspomnieć, że porównując koszty życia, zarobki w chociażby wspomnianych firmach doradztwa strategicznego są zdecydowanie bardziej atrakcyjne niż na Zachodzie.

Jak wybierać?

Ostatnim z istotnych problemów jest to, jak wybierać. Odpowiedni proces rekrutacyjny może pomóc w wyselekcjonowaniu osób, które nie tylko dysponują kapitałem intelektualnym, ale także nie będą ukrywać się gdzieś w środku Afryki, byle tylko nie wracać do Polski. Oczywiście przerysowuję tę sytuację, ale myślę, że niezwykle istotne jest to, by wybrani kandydaci wcześniej czy później trafiali do sektora publicznego i by ich rzeczywistą pasją i misją było zmienianie Polski.

Biorąc pod uwagę fakt, że wspomniani studenci będą powracać do Polski bez długu, można założyć, że ci rzeczywiście zainteresowani pracą w sektorze publicznym zdecydują się na to niezależnie od tego, ile będzie płacił biznes.

Na koniec zostanie opublikowanie listy stypendystów. Po pierwsze, żeby mieli się czym pochwalić, a po drugie, żeby każdy był pewien, że nie ma wśród nich wyłącznie dzieci polityków.

Korzyści związane z wyjazdem na studia na najlepsze uczelnie opisałem już we wcześniejszym artykule. Dodam do tego kilka uwag.

  1. Zgadzam się, że staż może być źródłem rozwoju. Źródłem rozwoju mogą być także bardzo praktyczne studia (a taki jest ich wymiar na najlepszych uczelniach). Co więcej, podstawowa różnica pomiędzy tymi dwoma światami jest taka, że staż zwykle przynosi pieniądze stażyście, a studia kosztują studiującego.
  2. Studiowanie, nawet za granicą, nie jest już chlubą, powodem do dumy. Studiować mogą wszyscy: co chcą i gdzie chcą. Zwłaszcza, że nie trzeba się tak wiele natrudzić, aby w mitycznym „tam” studiować. – z pewnością właśnie w ten sposób myśli 90% kandydatów, którzy zostali odrzuceni przy selekcji na najlepsze kierunki.
  3. Często wystarczy pewna doza samozaparcia i wiedza na temat tego, jak zdobyć fundusze. Istnieją chociażby fundacje czy bezzwrotne stypendia zagranicznych rządów. – stypendia zagranicznych rządów, jak sama nazwa wskazuje, finansują zagranicznych studentów. Wybory w samej Polsce ograniczają się natomiast do Fundacji Ivy Poland, Fundacji Crescendum Est i Fulbrighta.