Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  8 października 2014

Brzyski: Rewolucyjny akademik

Bartosz Brzyski  8 października 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Brzyski: Rewolucyjny akademik flickr.com

W dobrze funkcjonującym państwie instytucje raz skonstruowane w przemyślany sposób byłyby w stanie przez wiele lat wpływać na poprawę trwałości kraju, jakości działania i wreszcie szybszego postępu. Takim jednostkom można przypisywać różne funkcje, które w zależności od naszej strategii wolno dodawać i modyfikować zupełnie swobodnie. Polityka tworzona tą metodą może być realizowana na każdym szczeblu i przez każdego, ale częściej tworzona jest przypadkiem niż z celowym zamysłem. W wymiarze uniwersyteckim kompletnie nieprzemyślaną i pozbawioną funkcji sferą stały się akademiki, które zamiast z pijaństwem powinny kojarzyć się z miejscem twórczego fermentu i licznych inicjatyw.

Dziś dla akademików nie istnieje właściwie żaden cel poza zapewnieniem studentom taniego lokum. Historia jednak pokazuje, że mimo nieudolności władz w wykorzystywaniu ich potencjału, mieszkania studenckie potrafiły nabrać większego znaczenia. Nikt nie zastanowił się, jak wiele rzeczy może się narodzić, kiedy umieści się w przemyślany sposób ludzi w jednym budynku.

Naocznym przykładem efektów takiego układu jest Victor Orbàn i jego Fidesz, który stworzony w akademickim pokoju doprowadził do zbudowania najstabilniejszego rządu współczesnych Węgier.

Instytucje publiczne powinny być jak garnitury szyte na miarę – stanu państwa i jego aspiracji. Czasem zdarza się jednak, że krótkowzroczna władza konstruuje jednostkę, która zacznie jej sprawiać problemy, lub odwrotnie, poprzez wadliwą konstrukcję nie potrafi wykorzystać własnego potencjału. W pierwszym wypadku możemy mówić o uniwersytetach w państwie realnego socjalizmu, w drugim o współczesnych polskich uczelniach.

Dawne szkoły wyższe nie potrafiły opanować twórczego fermentu, zapobiec skutkom przebywania w jednej przestrzeni tylu rewolucyjnie nastawionych ludzi. Dzisiejsze nie potrafią stworzyć warunków, w których kreatywność młodych byłaby odpowiednio skanalizowana i doceniana, by wreszcie wyjść poza bezpieczny, utarty wzór.

Dla uczelni w bloku komunistycznym najwyższym cenzorem była wrażliwość partii i to, co ona uznała za pożądane lub reakcyjne. Dla współczesnych, pozornie niezależnych uniwersytetów zagrożeniem jest poprawność polityczna w rękach opinii publicznej i polityków, podległość której skutkuje asekuranctwem i pasywnością. Remedium na tak określony problem – powolnej utraty podmiotowości uniwersytetów, która i tak ograniczona jest poprzez sposób finansowania –  jest redefinicja funkcji akademików i zwiększenia ich autonomii wewnątrz uczelni. Powołanie czegoś na kształt węgierskich Kolegiów.

Akademik, w którym mieszkał Victor Orbàn, nie był takim, jakie obecnie funkcjonują w Polsce. Kolegia na Węgrzech miały dużą autonomię, własny samorząd i władze, mimo że przyszły premier trafił tam w niełatwych czasach – na początku lat 80-tych. Powołane jeszcze przed II wojną światową z myślą o tworzeniu przyszłej elity, zaprzestały działalności tylko na 7 lat (1950-1957). W tym, w którym mieszkał, elitarnym Kolegium Wydziału Prawa Uniwersytetu w Budapeszcie, odbywała się część zajęć, co pozwalało ominąć wychodzenie na samą uczelnię. Mieszkali w nim zarówno studenci, jak i wykładowcy, a o wprowadzanych porządkach decydował dyrektor powołany z ramienia szkoły wraz z niezależnym samorządem.

Kolegium funkcjonowało niemal w permanentnym sporze z władzami uniwersytetu, ale dzięki temu studenci mogli pozwalać sobie na zapraszanie prawie każdego intelektualisty, czytanie tekstów uznawanych za wywrotowe, kolportowanie antyrządowych materiałów i niemalże nieskrępowaną wolność słowa.

Chcąc przenieść taki model do współczesnej Polski, dysponujemy silnymi argumentami.

Sytuacja polityczno-społeczna tamtego pokolenia skutkowała naturalnym buntem i sprawiła, że studenci mocno poświęcili się nauce i działalności społecznej. Osoby wówczas działające w dużym stopniu sprawują obecnie władzę na Węgrzech, nie tylko w polityce, ale także w mediach i biznesie. Autonomia, którą dało im Kolegium, sprawiła, że zostali ukształtowani ideowo, zawiązali trwałe więzi i znajomości, a wreszcie otrzymali niebagatelny ładunek wiedzy, którą wedle własnych zainteresowań i chęci sami potrafili skompletować.

Oczywiście można argumentować, że tak duża rola, jak ta odegrana przez jedno Kolegium, jest efektem czasu i pokolenia węgierskich lat 80-tych. Jednak to bardzo pobieżna ocena. Profesor Rzegocki (wywiad z nim będzie można przeczytać na portalu) podejrzewa, że potencjalne zarzewie buntu na uczelniach zostało rozładowane wraz z emigracją zarobkową po 2004 roku.

Jednak nie chodzi nam o bunt pusty, destrukcyjny, który opiera się na paleniu unijnych flag na ulicach. Prawdziwie użyteczny bunt na uniwersytetach powinien odbywać się ciągle, poprzez kontestowanie rzeczywistości i podejmowanie przez studentów inicjatyw i akcji, wymuszanie zmian. Prawdopodobieństwo, że takie ruchy i podobny do tamtego klimat powstaną też w Polsce, zostałoby podwyższone na odpowiedniku węgierskiego Kolegium.

Dzisiejsze władze uczelni boją się wzięcia na siebie odpowiedzialności – zaproszenia polityka, zorganizowania wystąpienia kontrowersyjnej postaci. Akademik mógłby przejąć ciężar takiej inicjatywy, odciążając władze uczelni.

Wykładowcy nie baliby się wchodzić w bardziej zażyłe relacje ze studentami, bliżej współpracując na polu naukowym, kulturalnym czy politycznym. Oczywiście decydenci mogliby wedle własnego uznania zestawiać studentów, na przykład lokując w jednym Kolegium tych najzdolniejszych, nie tylko z najwyższą średnią, ale wybijających się także aktywnością społeczną czy polityczną. Zależałoby to od omawianej na początku tekstu funkcji, jakie wedle władz danej uczelni miałyby spełniać takie instytucje.

Viktor Orbàn zakładał partię z ludźmi, których znał i z którymi mieszkał albo grał w piłkę, a fundamentem była jego przyjaźń z Gáborem Fodorem, współlokatorem z akademika. Profesor Istvan Stumpf, który był dyrektorem Kolegium, został szefem kancelarii premiera, kiedy Orbàn objął władzę.

Zaufanie jest podstawą każdej organizacji i często ma przewagę nad wiedzą i umiejętnościami kandydata, a  tworzy się ono naturalnie podczas codziennego życia.

Nie tylko historia kariery politycznej Orbàna pokazuje, jak silne oddziaływanie może mieć akademik i jak bardzo jedno niepozorne miejsce może wpłynąć na kształt kraju. Przykładów ludzi biznesu, którzy pierwsze plany kreślili na akademickich tapczanach, jest wiele. Nie wolno zapominać także o całej sferze artystycznej, kabaretowe czy muzycznej, która w akademikach zawsze zajmowała szczególe miejsce. Niestety wciąż większości kojarzy się to z PRL-owską rzeczywistością. Dlatego warto zastanowić się, jak przywrócić akademikom dawną świetnośći, czym dla nas dziś jest ten budynek, a jak wiele funkcji moglibyśmy dla niego znaleźć.