Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Paszcza  25 września 2014

Szkoła małych poświęceń

Bartosz Paszcza  25 września 2014
przeczytanie zajmie 5 min
Szkoła małych poświęceń facebook.com

W swoim tekście Jan Maciejewski rozwinął wizję edukacji społeczno-patriotycznej, przygotowującej młodych do wielkich czynów. Podsumował artykuł marzeniem o edukacji syna, która miała go nauczyć umierania z miłości, na wzór bohatera filmu „Gran Torino” Eastwooda. Rozumiem publicystyczną konieczność wyostrzenia twórczości, ale nie w takim stopniu.

Nie sądzę, że w Polsce mamy problem ze znalezieniem ludzi, którzy gotowi są za Ojczyznę oddać krew: mamy ich aż nadto. Widać to po liczbie młodych na różnego rodzaju marszach, jak choćby tym 11 listopada. Od paru lat rośnie zainteresowanie historią, także w tematach dotąd pomijanych milczeniem. Wreszcie zauważyć to można w sprawie tak prozaicznej jak narodziny mody na noszenie patriotycznej odzieży. Takie zachowania świadczą o tym, że patriotyzm nie tylko ma się dobrze, ale raczej rozkwita niż marnieje. Te fakty, w połączeniu z naszą historią (nie bez powodu) wielbiącą bohaterów wspaniałych zrywów i niewyobrażalnych poświęceń, każą nie martwić się, że następne pokolenia nie będą skore do wielkich czynów. O ile jednak możemy być spokojni o reakcję w chwili próby, o tyle znacznie trudniej jest mi zauważyć w przeciętnym dwudziestolatku dbałość o wspólnotę czy państwo. Zresztą, czy faktycznie można nazwać patriotą człowieka, który wraca do domu po niepodległościowej demonstracji i zakłada bluzę z napisem „j**ać policję”?

Jan Maciejewski przedstawia nam alternatywę: edukować możemy albo indywidualistycznie, albo wspólnotowo. Uważam takie postawienie sprawy nie tylko za całkowicie błędne, ale nawet i szkodliwe. Nie tworzymy narodu społeczników nie z tego powodu, że nasza edukacja nie kształtuje w ten sposób młodych, ale dlatego, że tak wygląda pewna ogólnoświatowa tendencja.

W czasach wysokiej mobilności, wysoko wyspecjalizowanego rynku pracy oraz braku czasu na życie towarzyskie doprawdy trudno jest zrzucić odpowiedzialność za brak dbałości o społeczeństwo na szkołę. Znajdujemy się w czasach daleko posuniętego indywidualizmu, który nie wynika z polskiej edukacji, ale z kierunku, w którym zmierza świat. Założenie, że będziemy w stanie przeciwdziałać temu trendowi, przypomina chęć zawracania kijem Wisły. Pomijając już i tak drobny aspekt, jakim jest założenie, że faktycznie potrzebujemy „narodu społeczników”, a więc wspólnotowo zorientowanych państwowców pozbawionych indywidualizmu. Może więc zamiast alternatywy zaakceptujmy konieczność edukowania w symbiozie tych dwóch pojęć.

Postawmy kwestię inaczej: w jaki sposób możemy przekonać młodzież, że obok samorozwoju istotny jest rozwój społeczeństwa? Nie stawiajmy ich przed alternatywą „państwo lub Ty”, ale pokażmy, jak istotne jest uzupełnianie się tych dwóch kwestii. Pozwolę sobie postawić tezę, że bez państwa nie będzie indywidualnego sukcesu, a bez wybitnych osiągnięć jednostek nie powstanie silne państwo.

Obierzmy sobie za cel stworzenie systemu edukacyjnego pomagającego stworzyć narzędzia i możliwości do zbudowania indywidualnej kariery, a przy tym kształcącego postawę wspólnotową. Tylko wtedy będzie to plan jednocześnie realistyczny, uwzględniający wewnętrzną motywację uczniów, jak i tworzący tak istotny kapitał społeczny. Mierzmy w rzeczywistość, w której przedsiębiorca, bankier, sprzątaczka czy muzyk obok wykonywania pracy na własne nazwisko będą myśleć i działać w społeczności lokalnej oraz ogólnokrajowej.

A żeby to osiągnąć, potrzebujemy od dziecka kształcić potrzebę wychylenia głowy poza własne cztery ściany.

Zamiast kształtować dzieci na bohaterów hollywoodzkich filmów, nauczmy je przejmować się sprawami bezpośredniego sąsiedztwa oraz całego kraju. Na co dzień, nie w chwili podniosłej próby. Postawmy na edukację projektową, realizowaną także poza szkołą. Obecnie polska edukacja opiera się na nauce pamięciowej, czego efektem ubocznym jest wykształcenie umiejętności oszukiwania i łamania przepisów, polegającą na ściąganiu na klasówkach. System powoduje, że przez praktycznie całe gimnazjum i liceum uczymy się w pojedynkę – od powtórki do sprawdzianów po referaty. W żadnym elemencie, poza być może grami zespołowymi podczas wychowania fizycznego, młodzież nie jest uczona współpracy, umiejętności debaty czy osiągania kompromisów. Brak projektów społecznych na szczeblu licealnym, które zmusiłyby uczniów do wyjścia ze szkoły i porozmawiania z samorządowcami czy mieszkańcami okolicy. I wreszcie w dobie bardzo dynamicznego rynku pracy, gdy dziś uczymy dzieci do zawodów, które jeszcze nie powstały, zupełnie marginalizowana jest potrzeba indywidualnego podejścia do ucznia. Mamy klasy profilowane, w które wtłaczamy uczniaków, a brak im faktycznego wyboru kilku przedmiotów, w których stronę chcą się rozwijać. Nie korzystamy z nowych prądów w edukacji, jak choćby odwrócona klasa.

To nie jest wezwanie do pójścia w stronę edukacji jedynie wyspecjalizowanej. Być może naiwnie, ale wierzę, że da się pogodzić potrzebę nauczania podstawowego kanonu wiedzy, umiejętności pracy w grupie, zainteresowania sprawami społecznymi z możliwością indywidualnego rozwoju.

Nasza historia nie pokazuje przecież niedosytu patriotów, za to zupełnie nie uczy szacunku dla żmudnej pracy na rzecz kraju oraz wspólnoty. Zadziwia mnie ciągła rozmowa o konieczności przygotowania przyszłych pokoleń na śmierć za Ojczyznę. Po tylu trudnych latach wciąż do społecznej świadomości nie przebiło się przysłowie „nie bądź głupi, nie daj się zabić”. Nie chodzi bowiem o to, żeby umieć dla Polski pięknie ginąć – ale żeby dla niej pracować i żyć.