Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konrad Jagodziński  17 września 2014

Jagodziński: Dobry wujek i surowa ciotka

Konrad Jagodziński  17 września 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Jagodziński: Dobry wujek i surowa ciotka www.flickr.com

Badania opinii publicznej przewidują wysoką, nawet 80-procentową frekwencję. Wynik nie jest jeszcze przesądzony, a huśtawka sondaży w ostatnim tygodniu nie pozwala nikomu spać spokojnie przed czwartkiem. Przyglądając się jednak samej debacie, podejrzewam, że w czasie przed referendum niepodległościowym szkocki wyborca musi się czuć trochę jak dzieciak na wakacjach u dosyć specyficznego wujostwa.

Snujący wizje świetlanej przyszłości, odwołujący się do szkockich serc Alex Salmond – przewodniczący Szkockiej Partii Narodowej (SNP) i pierwszy minister szkockiego rządu, a przy tym lider kampanii „TAK” – jest jak dobry wujek, który stoi w drzwiach i z uśmiechem zachęca do cokolwiek ryzykownych zabaw na podwórku. Natomiast do bólu rzeczowy i przestrzegający przed niewiadomymi, jakimi zdaje się być wypełniona przyszłość niepodległej Szkocji, Alistair Darling – były labourzystowski kanclerz skarbu i twarz optującej za głosowaniem na „NIE” kampanii „Better Together” – jak surowa ciotka wygląda z okna i grozi palcem, żeby siostrzeniec wracał szybko do domu, zanim się spoci i przeziębi.

Rację wydaje się mieć zachowawcza i rzeczowa ciotka, czyli Darling. Nie jest jasne, czy niepodległa Szkocja będzie zwyczajnie w stanie się utrzymać. Mimo że jest to ojczyzna Adama Smitha i ojców rewolucji przemysłowej, Szkoci od dziesięcioleci głosują na Partię Pracy i ostatnio także na równie socjalistyczną SNP.

Przywykli do państwa opiekuńczego i planują jeszcze rozbudować system redystrybucji w przypadku uzyskania niepodległości. Przy potencjalnie niewielkiej wiarygodności kredytowej młodego bądź co bądź państwa może być ciężko oprzeć te plany wyłącznie na przychodach z eksportu szkockiej whisky czy wyczerpującej się ropy naftowej wydobywanej z szelfu Morza Północnego.

Sytuacji gospodarczej nowego państwa nie poprawi też niepewność związana z przyszłą walutą. Chociaż wydawałoby się, że niepodległość w swojej istocie wiąże się z niezależnością w polityce monetarnej, zwolennicy oderwania się od reszty Zjednoczonego Królestwa nie przedstawili konkretnego planu w tej kwestii i starają się przekonywać, że jakoś to będzie, a w ostateczności nikt przecież nie może Szkotom zabronić używania brytyjskiego funta szterlinga. Podobnie jeśli chodzi o członkostwo w hojnej wobec Szkotów Unii Europejskiej. Mimo zapewnień Brukseli, że nie będzie ono automatyczne, głosujący na „TAK” przekonują, że na pewno uda się rozwiązać to polubownie.

Kolejnym palącym problemem jest obronność. Niepodległa Szkocja nie będzie automatycznie członkiem NATO: od zera będzie musiała zbudować wojska lądowe, marynarkę, lotnictwo i co najtrudniejsze – siły specjalne i wywiadowcze.To zadanie na dekady, a obronność potrzebna jest przecież już w dzień po uzyskaniu niepodległości. Wprawdzie Szkocji nie grozi dziś atak konwencjonalny, ale niekonwencjonalne zagrożenia w obecnej sytuacji geopolitycznej nie są wymysłem zwolennika teorii spiskowych, przewrażliwionego internauty albo fana literatury o Jamesie Bondzie.

Razem z brytyjską marynarką odpłynie parasol nuklearny w postaci programu Trident oraz kontrakty dla szkockich stoczni, bo brytyjskie prawo nie pozwala na zamawianie okrętów wojennych poza granicami kraju.

Przy całej trzeźwości umysłu ciotki, to jednak wujek budzi większą sympatię. Kampanii „Better Together” brakuje czegoś, co oferuje, i to bardzo skutecznie, kampania na „TAK” – serca, emocji, fantazji. Rząd szkockich dusz należy bezapelacyjnie do Salmonda. Odwołujący się do dumy narodowej, dawnych bohaterów spod Bannockburn, wszystkiego, co szkockie i wizji niezależności od kogokolwiek, Salmond zjednał sobie wielu, szczególnie młodych ludzi. Jest w lepszej sytuacji, bo samo pole znaczeniowe wyrazu „TAK” jest oczywiście nieskończenie bardziej pozytywne i optymistyczne niż jakiekolwiek naturalne skojarzenia z wyrazem „NIE”. Jednak kampania niepodległościowa, w przeciwieństwie do zwolenników Unii Parlamentów z 1707 roku, celowo porusza się w sferze inspirujących naród emocji. Poza aktami paniki, jakich dokonywali politycy z Westminsteru w ostatnim tygodniu, w kampanii na „NIE” z jakiegoś powodu zabrakło odwołań do dziedzictwa 300-letniej unii, brytyjskich wartości, imperialnej chwały.

Nie oszukujmy się: Anglia w pojedynkę nie podbiłaby świata, nie „rządziłaby falami” ani nie panowałaby nad imperium, nad którym „nie zachodziło słońce”. Gdyby nie Szkoci, ich znakomite wykształcenie (w Szkocji w czasach wczesnonowożytnych działały cztery uniwersytety, a w Anglii zaledwie dwa), kreatywność i umiejętności, a może także legendarne skąpstwo, nie byłoby rewolucji przemysłowej ani brytyjskiego oświecenia.

Nie bez kozery Brytyjczycy powiadają, że Anglicy co prawda panowali nad imperium, ale to Szkoci nim zarządzali. Czy teraz Anglicy będą w stanie zapanować nad tym, co pozostanie ze Zjednoczonego Królestwa i utrzymać jego pozycję w Europie i świecie, gdyby Szkoci zdecydowali się pójść swoją drogą?

Prezentowane w artykule poglądy są prywatnymi opiniami autora, a nie stanowiskiem MSZ.