Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Rafał Gawlikowski  4 września 2014

Człowiek według Allena

Rafał Gawlikowski  4 września 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Człowiek według Allena Magic in the Moonlight/Facebook.com

W twórczości amerykańskiego reżysera każdy widz dostrzeże pewien schemat, mechanizm, którym rządzą się jego filmy. To znany zestaw postaci, miejsc i historii. Gdy kolejny raz widzimy go na ekranie, zastanawiamy się, czy to tylko odtwarzanie znanych już motywów? Może nam nawet towarzyszyć pewne rozczarowane, wrażenie, że znowu dostajemy odgrzewanego kotleta. Jednak sądzę, że ta powtarzalność stanowi pewną zagadkę dla widza. Odpowiedzią jest allenowska diagnoza współczesnego człowieka.

Początek jego twórczości przypada na przełom lat 60. i 70. Dla potrzeb tego tekstu chciałbym się skupić na dwóch wydaje mi się kluczowych filmach tego okresu: „Annie Hall” i „Manhattan”. Te dwa absolutnie perfekcyjne filmy mogą stać się dla nas początkiem odczytania diagnozy postawionej przez Allena. Diagnoza wydaje się tu kluczowym słowem, patrząc na upodobanie reżysera do wątków psychoterapeutycznych. Jeżeli spojrzymy na powyższe tytuły, odniesiemy wrażenie, że z psychoterapią mamy do czynienia nie tylko wtedy, gdy główny bohater kładzie się na kozetce i opowiada o beznadziei swojej egzystencji. Cały film, cała opowieść jest formą psychoterapii głównego bohatera.

Standardowy allenowski bohater ma nam coś do przekazania na temat  duchowej kondycji człowieka Zachodu.

Neurotyk, egocentryk, sceptyk i pesymista. Człowiek, którego głównym motorem działania nie jest już konsumpcja podług modelu homo economicus.

Raczej człowiek syty, niezainteresowany konsumpcją dóbr i towarów, lecz emocji i uczuć drugiego człowieka.

Mimo, że jednym z motywów filmów Allena jest miłość, często przybiera ona patologiczny charakter. Jest sprowadzona do namiętności, zauroczeń oraz pozbawiona jakichkolwiek norm obyczajowych. Widzimy to w „Manhattanie”, w którym główny bohater jest świeżo po rozwodzie z żoną, która okazuje się lesbijką i zamierza opisać ich już byłe małżeństwo w skandalicznej książce. Isaac Davis nie próżnuje, bo ma już nowy obiekt uwielbienia – siedemnastoletnią dziewczynę, jednak i ona szybko mu się nudzi.

Obserwujemy na ekranie to ciągłe miotanie, poszukiwanie własnego szczęścia, i budzi w nas to z jednej strony obrzydzenie, a z drugiej uśmiech, gdy widzimy, jak nieudolne są te próby.

Kolejną sprawą są wyobrażenia świata, a w szczególności kwestia przewartościowywania tych wyobrażeń.

Allen przyjmuje tu wykoślawione stoickie spojrzenie, w którym wyobrażenia górują nad faktami. W związku z tym bohaterowie nie mają problemu z relatywizowaniem swoich relacji i sprowadzaniem ich do hedonistycznej definicji szczęścia.

Nieudolność allenowskiego bohatera polega na tym, że nie jest w stanie nawet tak zdefiniowanego szczęścia osiągnąć. Wygląda to mniej więcej tak, że bohater zdaje sobie sprawę z celu. Wydaje mu się, że już za moment osiągnie szczęście i rozwiązanie wszystkich problemów, ale w ostatnim momencie, kiedy to wszystko wydaje się na wyciągniecie ręki, niezależny splot wypadków przejmuje kontrolę i pozostawia go z niczym.

Paradoksalne zapewnia mu to satysfakcję i spokój ducha. Bohater kolejny raz potwierdza swoją aprioryczną wizję świata, w której jest miotany i zniewolony przez siłę będącą silniejszą od niego. Przy definiowaniu tej siły Allen nie posługuje się kategoriami metafizycznymi i nie nadaje jej boskiego pochodzenia. To raczej przypadek, los, który determinuje życie nieszczęśnika zamkniętego w klatce samotności.

Z perspektywy widza wschodnioeuropejskiego takie zderzenie z amerykańskim snem, które prezentuje nam reżyser, wydaje się szokiem. Współcześnie ten szok z pewnością jest łagodniejszy niż ten, który towarzyszył pokoleniu naszych rodziców, oglądających filmy Allena w latach 70. czy 80., gdy estetyka otaczającej ich rzeczywistości była zdecydowanie bardziej siermiężna i ponura niż nasza.

Przecież świat Coca-Coli, psychoterapii, nieograniczonych możliwości zawodowych miał być remedium dla naszych życiowych bolączek i mechanizmem poprawiającym komfort życia w każdej dziedzinie.

Allen z pewnością sprowadza nas na ziemię i pokazuje, że konsumpcja nie zastąpi normalnej rodziny, zdrowych relacji, twardego kręgosłupa moralnego oraz odwołania do boskiego absolutu.