Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  3 września 2014

Wójcik: Nieodzowność komunitaryzmu

Piotr Wójcik  3 września 2014
przeczytanie zajmie 7 min
Wójcik: Nieodzowność komunitaryzmu KAZ Vorpal/Flickr.com

Konserwatyzm znajduje się w niebezpieczeństwie. Paradoksalnie nie grozi ono jednak ze strony różnych postępowych środowisk – z nimi bez trudu by sobie poradził. Co ciekawe, nie płynie ono także z jakiejkolwiek innej siły zewnętrznej. Główne niebezpieczeństwo dla konserwatyzmu czyha w jego wnętrzu. Koń trojański liberalizmu zamierza zmienić konserwatyzm od środka, tak, by przestał być konserwatyzmem, a stał się jeszcze jedną odmianą liberalizmu. Konserwatywny liberalizm, bo o nim mowa, z wielką werwą walczy o to, by stać się jedynym pełnoprawnym nurtem tej szlachetnej idei, co stanie się jej końcem. Na szczęście istnieje lekarstwo na to : zwie się komunitaryzm.

Liberalizm, oczywiście z grubsza rzecz biorąc, to ideologia, według której wolność osobista jest najważniejszą i nadrzędną w stosunku do innych wartością. Te ramy są niezwykle pojemne, dlatego nie dziwi, że w ich obrębie znajdują się zupełnie różne na pierwszy rzut oka jednostki. W końcu obszarów życia, w których wolność jest zagrożona, jest całkiem sporo.

Liberałami są więc zarówno Jan Hartman, dla którego głównym celem jest zapewnienie maksymalnej wolności w obszarze seksualności, jak i Leszek Balcerowicz, walczący o to samo w obszarze gospodarki.

Postawy obu panów wypływają z jednego źródła – chęci wywalczenia możliwie najszerszego zakresu wolności osobistej. Inaczej mówiąc, jeśli liberał uważa, że człowiek najpełniej spełnia się w łóżku, wtedy będzie walczył głównie np. o prawo do aborcji. A jeśli uważa, że osoba ludzka znajduje spełnienie przede wszystkim w działalności gospodarczej, wtedy skupi uwagę na przykład na niskich podatkach. To „na przykład” daję nieprzypadkowo, gdyż w rzeczywistości liberał wcale nie musi być zwolennikiem niskich podatków. Jeśli uznałby, że maksymalną wolność mogą zapewnić wysokie podatki, będzie optował za nimi. Absurdalne? Ależ skąd.

Koncepcja Johna Rawlsa, jednego z najważniejszych teoretyków liberalizmu, dla wolnorynkowca wydawałaby się bardziej socjalistyczna niż koncepcja niejednego teoretyka socjalizmu.

Przykładowo dopuszcza jedynie takie nierówności ekonomiczne, które będą uzasadnione tym, że mają pozytywny wpływ na innych członków społeczeństwa. Inaczej mówiąc, gdy bogacz buduje klinikę, dzięki której inni będą mieli możliwość leczenia się, a jej budowa byłaby niemożliwa w sytuacji bardziej rozproszonego kapitału, to wszystko jest w porządku. Jednak nierówności, które nie przynoszą takiego pozytywnego wpływu, są według Rawlsa nie do przyjęcia. Balcerowicz złapałby się za głowę. A przecież obaj to liberałowie.

Wynika to z tego, że oprócz obszarów zainteresowań liberałów różnicują także sposoby zapewniania owej wolności. A tych jest bez liku. Stosunkowo najbanalniejszym nurtem liberalizmu jest libertarianizm. Głosi on przede wszystkim potrzebę uwolnienia się od przymusu państwowego, jakby nie dostrzegając całej masy innych form przymusu, chociażby ekonomicznego. Gdy więc państwo zakaże ci legalnego stosowania grzybów halucynogennych na imprezie, jest to przymus, niewola i tak dalej. Ale gdy handlarz używanymi samochodami wykorzysta twą nagłą i dramatyczną sytuację ekonomiczną do odkupienia samochodu po cenie niższej o 50% od wartości rynkowej, to jest okej. W końcu wolna wola, nikt ci nie kazał sprzedać go po takiej cenie. A że musiałeś go sprzedać koniecznie dziś, bo jutro by już było za późno na opłacenie operacji twojej żony? No właśnie.

Tu zaczynają się granice libertarianizmu, za którymi traci swą liberalną sensowność.

W libertarianizmie zaczynają się one wyjątkowo szybko, co pokazuje, że, nie urażając nikogo, jest to dosyć prymitywny nurt liberalizmu. Na przeciwległym końcu spektrum znajduje się liberalizm egalitarny, którego przedstawicielem jest wymieniony wyżej Rawls. Liberalizm egalitarny dostrzega nie tylko przymus ekonomiczny, ale też fakt, że przenika się on z przymusem politycznym. Zdaje sobie sprawę z możliwości zaistnienia np. takiej sytuacji, w której bogacz za pomocą możliwości majątkowych zdobywa nieuprawniony w procesie demokratycznym wpływ polityczny. Co kończy się np. wprowadzaniem przepisów wygodnych dla niego, ale za to ograniczających wolność tysięcy innych członków społeczeństwa.

Liberalizm egalitarny zakłada więc wytworzenie przez wspólnotę takich mechanizmów, które maksymalnie wyrównywałyby start wszystkim członkom oraz w najwyższym możliwym stopniu niwelowałyby takie różnice polityczne (wpływ) czy ekonomiczne (majętność), które mogą ograniczać czyjąś wolność.

Jak widać na pierwszy rzut oka libertarianizm i liberalizm egalitarny to zupełnie różne koncepcje. Pierwsza zakłada istnienie ograniczonego do minimum państwa, a druga postuluje istnienie państwa wyjątkowo aktywnego, które na każdym kroku będzie dbać o maksymalny zasób wolności dla jak najszerszej grupy obywateli. A jednak obie wywodzą się z jednego liberalnego źródła, gdyż kierują się tym samym celem – zapewnieniem wolności osobistej.

Na tym tle widać wyraźnie prawdziwą twarz konserwatywnego liberalizmu. Przecież konserwatywnym liberałom wolność nie schodzi z języka. Zapewnienie wolności jest głównym zadaniem stawianym przez model konserwatywno-liberalny, a że to wolność przede wszystkim w obszarze gospodarczym, to jedynie didaskalia, o których pisałem wyżej. Konserwatywny liberalizm nie jest więc wcale konserwatyzmem z elementami liberalizmu, lecz odwrotnie, liberalizmem z elementami konserwatyzmu. Wątki konserwatywne pojawiają się tam jakby przypadkiem, dołączone są na siłę; wynikają bardziej z osobistych preferencji, animozji i uprzedzeń reprezentantów tego nurtu, niż z głębokich podstaw idei konserwatywnej. Kierkegaard stwierdziłby, że mają one charakter bardziej estetyczny niż etyczny, gdyż wynikają z wyborów codziennych i przyziemnych, a nie z fundamentalnego wyboru, którego człowiek dokonuje, określając swą życiową postawę moralną. Nie żeby konliberałowie takiego fundamentalnego wyboru nie dokonali – zrobili to, tylko że wybrali fundament liberalny. Ich konserwatyzm jest czysto estetyczny: ma być swego rodzaju ozdobą, wytworną szatą, wisienką na torcie. Gdy więc konserwatysta wyraża sprzeciw wobec upowszechniania kultury LGBT, wynika to z głębokiego przekonania o potrzebie zachowania  tradycyjnego porządku w sferze seksualności oraz utrzymania jej w ryzach. Gdy estetyczny konserwatysta sprzeciwia się środowiskom LGBT, jest to spowodowane tym, że geje wydają mu się jacyś podejrzani i „ciotowaci”. Inaczej mówiąc, konserwatysta sprzeciwia się wszystkim zachowaniom, które według niego w nieuprawniony sposób wychodzą poza tradycyjny porządek.

Konserwatysta estetyczny sprzeciwia się tylko tym, które według niego są odpychające. Wtedy na moment uruchamia swój sztuczny konserwatyzm.

W obliczu innych nietradycyjnych zachowań, które już go nie odrzucają lub wydają mu się całkiem atrakcyjne, na powrót przyjmuje zwyczajową optykę liberalną. Bo w końcu jest wolna wola, a człowiek jest panem samego siebie.

Prawa strona społecznego spektrum, naturalne miejsce rozkwitu idei konserwatywnej, została w dużej mierze opanowana przez krzykliwych młodzieńców, którym wolność nie schodzi z ust i sztandarów. Świat tradycyjny i uporządkowany wydaje im się nudny i archaiczny. Co rusz plotą o deregulowaniu i uelastycznianiu, a umowa o pracę jest dla nich przeżytkiem, który należy odrzucić, by iść z duchem czasu i „płynną” umową-zleceniem w szufladzie. Na portalach społecznościowych wieszczą upadek ZUS, z dziką satysfakcją odnotowują każdą niewydolność wszelkich instytucji, a na stronach opiniotwórczych publikują artykuły mające za zadanie nastawić młodych przeciwko starym (sic!). Wydaje im się, że znają współczesny świat jak nikt inny, a już na pewno dużo lepiej niż te stare i śmierdzące naftaliną pryki w kraciastych koszulach. Roszczeniowe i wsteczne.

Chesterton przewraca się w grobie, gdy patrzy na młodych polskich „konserwatystów”.

Na tych aroganckich krzykaczy, poddających pod wątpliwość sensowność istnienia tradycyjnych instytucji; na tych, którym się wydaje, że sami poradzą sobie lepiej. Że są samowystarczalni. Że należą do samych siebie.

Na tle młodych polskich „konserwatystów” każdy socjalista postulujący jasny porządek ze stabilną pracą i silnym państwem jest tysiąckroć bardziej konserwatywny.

Świat stanął na głowie. Jeśli wśród młodych ktoś jeszcze broni idei przynajmniej w jakiejś części konserwatywnych, to są to prędzej socjaliści, niegodzący się na to, w którą stronę ewoluuje współczesny darwinistyczny świat. Estetyczni „konserwatyści” najchętniej rozpłynęliby się w płynnej nowoczesności, niezwiązani żadnymi zobowiązaniami, korzystając z niezmierzonych obszarów wolności osobistej.

Czas stanąć w obronie konserwatyzmu. Czas przypomnieć młodym „konserwatystom”, że to nie wolność osobista jest nadrzędna wartością konserwatyzmu, ale godność człowieka oparta na kształtowanej przez lata wykładni dobrego i przyzwoitego życia. A godne życie to nie tylko korzystanie z praw, ale przede wszystkim wypełnianie obowiązków. I to nie tylko tych zaciągniętych przez nas samych, ale także przez naszych przodków. Dobre życie polega więc na wypełnianiu obowiązków często niezależących od naszych własnych decyzji. Inaczej mówiąc, człowiek nie należy do siebie samego, lecz do do metafizycznej wspólnoty, w skład której wchodzą zarówno umarli, jak i ci akurat żywi, razem tworzący wspólną tradycję. Tradycja to demokracja umarłych, która nigdy nie podda się małej, choć aroganckiej oligarchii tych, którzy przypadkiem teraz właśnie chodzą po świecie (Chesterton, „Ortodoksja”). Zadaniem człowieka jest pełne namysłu wsłuchiwanie się w przeszłość i rozważne rozwijanie tradycji. Wolność osobista w tej optyce schodzi na drugi plan, przygnieciona całym tabunem obowiązków do wykonania, w większości nawet nie zależących od jednostki. Wolność osobista nie jest już celem, staje się jedynie narzędziem (i to jednym z wielu), za pomocą którego człowiek spełnia swe zobowiązania. Wykonywanie obowiązków, wynikających z okoliczności, w których się znajdujemy, tradycji, którą przyszło nam rozwijać, przyjętych ról społecznych oraz historii wspólnoty i przeszłości przodków, jest głównym zadaniem w trakcie naszego krótkiego ludzkiego życia.

Wartości konserwatywne, wzywające do komunii żywych z umarłymi, znalazły się w niebezpieczeństwie co najmniej od czasu, gdy Margaret Thatcher zakwestionowała je, wypowiadając bluźniercze dla każdego konserwatysty stwierdzenie, według którego nie ma społeczeństwa, a są jedynie jednostki.

Najpóźniej od tamtego czasu liberalizm wlewa się do konserwatyzmu szeroką ławą. Na szczęście idea konserwatywna przetrwała w myśli komunitarystów. Alisdair MacIntyre czy Michael Sandel niestrudzenie przypominają, że człowiek jest przede wszystkim członkiem metafizycznej wspólnoty przodków i żyjących pobratymców. Że jest obciążony przeszłością, historią, tradycją oraz obowiązkami z nich wynikającymi.

Życie i tak jest za krótkie, żeby je wszystkie wypełnić, żeby w pełni zadośćuczynić podstawowemu powołaniu, jakim jest stawanie się pełnoprawnym członkiem wspólnoty w duchu rozwijanej tradycji.

Tym bardziej nie warto tracić go na korzystanie z wolności dla samej wolności. Konserwatyzm ma potencjał stania się główną ideą określającą polską wspólnotę. Musi jednak najpierw odzyskać swój pierwotny fundament. Musi znów oprzeć się na wspólnocie. Komunitaryzm jest do tego najkrótszą drogą.