Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Paszcza  12 sierpnia 2014

Paszcza: Amatorzy za milion dolarów

Bartosz Paszcza  12 sierpnia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Paszcza: Amatorzy za milion dolarów Twitter.com

Oficjalnie sport jest jedynie dodatkiem. Studenci przychodzą przecież na uniwersytet w celu zdobycia dyplomu, na drugim miejscu stawiając tężyznę fizyczną i trenowanie ulubionej dyscypliny. Tyle, że w taki obraz sportu uniwersyteckiego w Stanach Zjednoczonych nie wierzy nikt. Nie bez powodu: przechodzi on bowiem najpoważniejszy kryzys w swojej krótkiej historii.

W ciągu ostatnich trzydziestu lat departamenty sportowe amerykańskich uczelni rozrosły się z pobocznych instytucji, krzewiących sport i dostarczających elementu międzyuczelnianej rywalizacji, do organizacji o budżetach rzędu setek milionów dolarów, których sportowcy praktycznie nie otrzymują wynagrodzenia.

Po raz pierwszy zasada amatorskiego, uniwersyteckiego sportu złamana została w latach 80., gdy stacje telewizyjne zaczęły płacić za licencje do transmisji meczów.

Od tamtej chwili ruszyła lawina: umowy sponsorskie na nazwy stadionów, sprzedaż koszulek i produkcja gadżetów drużynowych. Sport przestał być jedynie rozrywką: presja wyników zaczęła rosnąć, a wraz z nią wynagrodzenia trenerów. Skutkiem tego przynajmniej część departamentów sportowych stała się efektywną maszynką do zarabiania pieniędzy i przyciągania przyszłych studentów.

W myśleniu o departamentach sportowych jako ogromnych instytucjach nie ma przesady. Na przykład departament Uniwersytetu Michigan posiada, utrzymuje i odpowiada za remonty kilkudziesięciu budynków sportowych, z których korzystają nie tylko zawodnicy, ale także reszta studenckiej braci oraz lokalni mieszkańcy.

Jednym z obiektów jest największy w Stanach stadion o pojemności 109 tysięcy osób. Nawet tak ogromne trybuny wypełniają się do ostatniego miejsca na meczach futbolu amerykańskiego, podobnie jak w przypadku koszykówki.

Powoduje to nie tylko duże wpływy z biletów, ale także stanowi kolejną oś integracji i identyfikacji z uczelnią dla studentów oraz absolwentów. Co więcej, byli studenci chętnie dotują drużyny, w zamian otrzymując przywileje w wyborze najlepszych miejsc. Z drugiej strony, chociaż budżety takich jednostek są ogromne, jedynie czołówka najlepszych drużyn przynosi macierzystym uniwersytetom duże zyski. Uśredniając budżety wszystkich departamentów, sport jest inwestycją przynoszącą uczelni finansowe straty, a przełożenie dobrych wyników sportowych na większą ilość dobrych kandydatów na uczelnię, mimo prowadzonych badań, jest poddawane w wątpliwość.

Chociaż zyski przeznaczane są w dużej części na stypendia dla uzdolnionych sportowo studentów, remont obiektów oraz wyrównywanie strat mniej popularnych dyscyplin, trudno nie zwrócić uwagi na parę trudnych faktów. Średnia wypłata trenera futbolu amerykańskiego z Pierwszej Dywizji NCAA (National Collegiate Athletic Association, federacja sportowa organizująca zawody i ligi akademickie) jest trzy razy wyższa od wypłaty rektorów uniwersytetów, na których są zatrudnieni. Jego zawodnicy otrzymują co prawda pełne stypendium, składające się z pokrycia kosztów studiów, zamieszkania i wyżywienia, ale nie mieli dotąd prawa otrzymywać wynagrodzenia. Żeby uświadomić sobie skalę problemu, wystarczy przybliżyć liczby.

Johnny Manziel, jeden z najzdolniejszych młodych futbolistów, potrafił w czasie pojedynczego sezonu przynieść około 37 milionów dolarów przychodu dla swojej uczelni, w zamian dostając przywileje o wartości jedynie 50 tysięcy dolarów.

Poza problemami z podziałem kawałków smakowitego tortu z pieniędzy, poważnym zarzutem wobec wytworzonego systemu są niskie wyniki edukacyjne młodych sportowców. Problem związany jest z ilością stypendystów sportowych, którzy zostali wyrzuceni z uczelni ze względu na złe wyniki. Ponadto część sportowców nie spełnia wymogów akademickich, a mimo to jest sztucznie utrzymywana na uczelni. Uniwersytet Karoliny Północnej ostatnio publicznie przeprosił, gdyż przez lata zaliczał sportowcom przedmioty, na których nie wykonali ani jednego zadania czy egzaminu. NCAA stara się reagować na problem i zmotywować uczelnie do zadbania o poziom wykształcenia stypendystów sportowych. System stopniowych kar, także w wymiarze drużynowym, ma zachęcić departamenty do skupienia swojej uwagi na podstawowym celu uczelni wyższych – edukacji.

Mimo takich działań wydaje się, że obecny system doszedł już do brzegu Rubikonu. Oficjalnie nadal utrzymujące status amatorskich, sporty uczelniane stały się faktycznie półprofesjonalnym bądź nawet w pełni profesjonalnym interesem. Potrzeba reformy jest dostrzegalna nieuzbrojonym okiem; niewykluczone, że już za parę tygodni nastąpi przełom. Od pięciu lat toczy się proces byłego zawodnika uniwersyteckiego O’Bannona przeciw NCAA o odszkodowanie za wykorzystanie jego wizerunku. Do tej pory organizacja zasłaniała się wizją sportu amatorskiego, za wykonywanie którego nie powinno się otrzymywać wynagrodzenia, jednocześnie jakby nie zauważając miliardowych zysków, które z rzekomo amatorskich turniejów sama czerpie. Chociaż wyrok jeszcze nie zapadł, NCAA zdążyła ogłosić, że po raz pierwszy w historii gracze będą otrzymywać wynagrodzenie.

Ten precedens – akceptacja profesjonalizmu sportów akademickich – najpewniej pociągnie za sobą liczne zmiany w organizacji departamentów czy traktowaniu zawodników.

Wyraźnie widoczna jest potrzeba zredefiniowania istoty sportów akademickich, bowiem różnice między teorią a praktyką są nie tylko niemożliwe do ukrycia, ale przede wszystkim niemożliwe do pogodzenia.

Problemy amerykańskiego systemu wydają się być bardzo odległe od sytuacji w Polsce. Trudno bowiem zestawić skromne AZS z ogromnymi departamentami, posiadającymi dziesiątki budynków na własność, dysponującymi milionowymi budżetami i zatrudniającymi setki osób – od sprzątaczy po trenerów. Te dwa systemy dzieli nie tylko ilość pompowanych w nie pieniędzy, ale także ujęcie roli społecznej Akademii.

W Stanach sportowiec znajduje się na uczelni bynajmniej nie w celu pogłębiania wiedzy, którą ma zdobywać niejako przy okazji. Spełnia jednak bardzo ważną rolę w tworzeniu identyfikacji studenta i absolwenta ze swoją Alma Mater.

Warto zastanowić się, czy ma sens rezygnacja z tradycyjnej, edukacyjno-naukowej idei Uniwersytetu na rzecz pełnienia ważnej funkcji społecznej przez wybitne młode jednostki w każdej dziedzinie życia: od nauki, poprzez biznes i administrację publiczną, aż po sport. Niech uniwersytet stanie się przestrzenią wymiany myśli pomiędzy młodym przedsiębiorcą a biologiem, niech w knajpie spotkają się działacz samorządu studenckiego i przyszły historyk, a matematyk niech przyjdzie na mecz swojego konfratra sportowca. Z pożytkiem dla całego społeczeństwa.