Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  10 sierpnia 2014

Wójcik: Bojkot to minimum

Piotr Wójcik  10 sierpnia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Wójcik: Bojkot to minimum flickr.com

Z grubsza rzecz biorąc, prawo można stosować dwojako. Z jednej strony może ono być podstawą do podejmowania sprawiedliwych (przynajmniej w zamierzeniu) decyzji w razie konfliktu interesów. Wtedy spełnia swoją rolę. Z drugiej strony może być pretekstem do walenia po głowie słabszego. W takiej sytuacji słabszy powinien jak najszybciej postawić wyraźne weto, nawet jeśli nieskuteczne, by jednoznacznie pokazać, że wie, z jakim procederem ma do czynienia. Kazusem z drugiego przykładu jest niewątpliwie regulamin UEFA. A tym słabszym Legia Warszawa i, szerzej, całe polskie środowisko piłkarskie.

Walkower Legii Warszawa w drugim meczu z Celtikiem to niewątpliwie blamaż. Jednak to blamaż przede wszystkim dla UEFA, a nie Legii. Europejska federacja swą zupełnie nieadekwatną decyzją obnażyła to, że zamierzenia Platiniego, dotyczące ograniczenia wpływów zamożnych i znaczących klubów oraz federacji, były czczą gadaniną.

A wprowadzone jakiś czas temu zmiany w eliminacjach Ligi Mistrzów, mające ułatwić klubom z biedniejszych lig awans do tych elitarnych rozgrywek, były czystym przykładem zmian wprowadzanych po to, by utrzymać status quo. I by choć trochę ukryć oczywisty fakt, że rządzą ci, co rządzili.

Parę lat temu za bardzo podobny „wybryk” węgierski Debreczyn otrzymał karę 15 tysięcy euro, która dla klubu piłkarskiego jest – eufemistycznie mówiąc – mało dotkliwa. Wtedy jednak nie grał on ze słynnym klubem z Wysp, ale z bułgarskim Liteksem. Nie było więc potrzeby usuwania Węgrów z rozgrywek. Oczywiście ten przypadek nie był identyczny – w węgierskim klubie także na parę minut wszedł zawodnik nieuprawniony, lecz był on niezgłoszony, a nie pauzował za kartki. Ale sprawa z Bereszyńskim też de facto wynika z niezgłoszenia zawodnika, tylko że do meczy poprzedniej rundy. W związku z tym jego absencji podczas spotkań z Irlandczykami nie uznano jako formalnej pauzy za kartki. Nawet jeśli przyznamy, że sprawy nie są identyczne, to nie ulega wątpliwości, że są bardzo podobne. A prawo, które karze za bardzo podobne przewinienia karami o zupełnie odmiennej skali, jest absurdalne. To tak, jakby gapowicz jadący z nieaktualnym biletem dostawał mandat, ale jadący bez biletu już szedł do więzienia. I to absurdalne prawo UEFA sama sobie stworzyła.

Tłumaczenia, że federacja musiała tak postąpić, bo przecież przepisy etc., są więc dosyć komiczne – w końcu nikt jej nie kazał tworzyć absurdalnego prawa.

Gdyby sprawy się miały jak powyżej, czyli decyzja była spowodowana wyłącznie złymi przepisami, to jeszcze byłoby małe piwo – oznaczałoby tylko blamaż UEFA, która nie potrafiła stworzyć przepisów chroniących duch gry, ideę sportu i rywalizacji oraz zasady fair play, które sama rzekomo promuje. Problem w tym, że regulamin dyscyplinarny stawia sprawę w innym świetle. Owszem, według artykułu 21 za występ gracza pauzującego za kartki należy się walkower (przypadek Legii), natomiast za występ gracza niezgłoszonego walkower jedynie może być przyznany (przypadek Debreczyna). Na tej podstawie wielu komentatorów „rozgrzesza” UEFA z zarzutu stronniczości (choć nawet wtedy jej blamaż jest ewidentny). Tylko że artykuł 21 to nie cały regulamin. Jest jeszcze artykuł 17, który mówi o zasadach generalnych. A według tych organ dyscyplinarny podejmuje decyzje również uwzględniając ewentualne okoliczności łagodzące i do nich dopasowuje podjęte działania. Standardowe środki w takich sytuacjach mogą zostać złagodzone. Nawet więcej: w sytuacji, gdy oskarżona strona pomaga w wyjaśnieniu sprawy, UEFA może odstąpić od wymierzenia kary.

Jak widać przepisy dają spore pole manewru federacji. Opowieści, że „tak musiała postąpić”, mają więc mało wspólnego z rzeczywistością.

Okoliczności łagodzących, na które UEFA mogła (a raczej powinna) się powołać, jest w tej sprawie co niemiara. Zwycięstwo Legii było wyraźne (6-1); Bereszyński wszedł na kilka minut, gdy już wszystko było rozstrzygnięte; cała sprawa miała charakter formalnego niedopatrzenia, a nie chęci oszustwa. Nie ma wątpliwości, że gdyby sytuacja była odwrotna, powyższe okoliczności pomogłyby Celtikowi uniknąć wyrzucenia z rozgrywek. Legii nie pomogły – jej „brand” nie znaczy w świecie futbolowym tyle, co zespołu z Glasgow, a wpływy nie są tak znaczące (jeśli w ogóle jakieś są).

Po całej sytuacji pojawiły się głosy, że zwalanie winy na UEFA to typowy przykład „polactwa” dopatrującego się winy wszędzie, tylko nie u siebie. Prawda jest jednak inna – typowy przykład naszego „cebulactwa” to znęcanie się nad Legią z powodu jednego drobnego niedopatrzenia, które zdarzyć się może każdemu.

Pokorne szukanie winy po polskiej stronie w tak absurdalnej sytuacji to zwykły przejaw peryferyjnej mentalności, która w ogóle nie bierze pod uwagę możliwości postawienia się centrum. Nawet wtedy, gdy to centrum mówi do nas jednoznaczne głupoty.

Blamaż Legii będzie miał miejsce dopiero wtedy, gdy pomimo tego policzka wystąpi w meczach eliminacji Ligi Europejskiej. W sytuacji tak niesprawiedliwego traktowania bojkot przez nią europejskich pucharów w tym sezonie to minimalna reakcja, jaka powinna wyjść od polskiej strony.  Zdecydowane działania powinny wyjść także od PZPN. W końcu decyzja UEFA uderza w cały polski futbol.

Jeśli chcielibyśmy w tej sytuacji zachować się naprawdę godnie i odpowiedzieć adekwatnie, polska federacja powinna ogłosić bojkot wszystkich europejskich rozgrywek (przynajmniej klubowych) w tym i następnym sezonie, jeśli decyzja zostanie utrzymana i Legia rzeczywiście nie zagra w kolejnej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.

Taka oficjalna zapowiedź mogłaby wpłynąć na UEFA, by jednak uwzględnić odwołanie. A jeśli nie wpłynie, to dwuletni bojkot europejskich rozgrywek zrobiłby więcej dobrego dla polskiej piłki (i nie tylko piłki) niż kolejne występy naszych drużyn, tym bardziej, jeśli miałyby one znów zakończyć się porażkami we wcześniejszych rundach. Może po takim bojkocie przestaniemy w końcu być traktowani jak zupełnie pokorne terytorium neokolonialne, a zaczniemy być traktowani jak terytorium neokolonialne, z którym jednak trzeba czasem trochę się liczyć. Przynajmniej w świecie futbolu.