Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Pawlik, Bartosz Brzyski  1 sierpnia 2014

Brzyski, Pawlik: Powstanie Warszawskie Superstar

Marcin Pawlik, Bartosz Brzyski  1 sierpnia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Brzyski, Pawlik: Powstanie Warszawskie Superstar flickr.com

Patrząc na politykę historyczną prowadzoną przez największe kraje świata, wszyscy chcielibyśmy kreować także własną narrację. Jedną z najskuteczniejszych i wykorzystywanych od wielu lat jest kino. Niestety aspiracje filmowców ciągle hamuje problem braku funduszy, a także niedobór kreatywnych pomysłów, które w polskim kinie stałyby się jednocześnie rewolucyjnymi. A gdyby tak sięgnąć po schemat kochany cały świat?

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że polskie filmy wojenne zatrzymały się daleko za trendami światowymi. Nowa produkcja Jana Komasy Miasto 44 wydaje się być niczym warszawskie Pearl Harbor – widowiskowe kino z historią miłosną w tle. Nie spodziewajmy się jednak, aby pewna klisza, która została wykorzystana w filmie sprzed 13 lat, potrafiła zainteresować widza zachodniego. Należy się więc poważnie zastanowić, czy przypadkiem w rzeczywistości nie tworzymy filmów o sobie, dla siebie. Świadczyć o tym może premiera Miasta – wypadająca nie w okolicach rocznicy powstania, ale we wrześniu – co zapewni masowy exodus młodzieży ze szkół do kin i zapewni zwrócenie się filmu producentom.

Trudno wyodrębnić film, który w ostatnim czasie został nakręcony z szansami na dotarcie do szerszej widowni za granicą. Przykładowo wymienić można tragiczną Bitwę Warszawską, dobry, ale lokalny, bo nieinteresujący dla widza zachodniego Katyń czy bardzo dobry, ale schematyczny i nieco ckliwy W ciemności Holland. Obrazy te starają się, każdy na miarę swoich możliwości, jak najwierniej oddać realia historyczne, co zapewne wynika z przekonania, że przenoszenie na ekrany historii tych postaci wymaga odpowiedniego szacunku dla nich, czyli jak najwierniejszego, wręcz naturalistycznego, przedstawienia realiów. Filmowcy wydają się zapominać, że aby wypromować film wojenny należy mieć jedną z dwóch rzeczy – albo fundusze na uczynienie go widowiskowym, albo ugryzienie historii w sposób niebanalny, operując przy tym na składnikach czytelnych oraz interesujących zarówno dla widza amerykańskiego i włoskiego. Przykładem skuteczności drugiego sposobu jest Ida, której udało się wypłynąć na szersze – europejskie – wody, na tyle, na ile film miał potencjał dystrybucyjny. I chociaż nie jest to film wojenny, to dosadnie pokazuje polskie oblicze komunizmu przez pryzmat ciekawej historii zakonnicy i pani prokurator.

Z tych wszystkich powodów, z chęci promowania polskiej historii nawet kosztem uproszczeń, z okazji wybuchu Powstania Warszawskiego wychodzimy z pomysłami na filmy, które nie pozostawiłyby obojętnym nikogo.

Opowiedzmy o Powstaniu Warszawskim, które niekoniecznie nakierowane jest na dramat, heroizm walczących, ale raczej ogniskuje się wokół historii konkretnych bohaterów prezentujących zapis historii. Intuicyjnie na myśl nasuwa się Parszywa dwunastka z pamiętną rolą Lee Marvina, jako majora zbierającego kilkunastu więźniów w celu wykonania niebezpiecznej misji. Widzowie pokochali typy spod ciemnej gwiazdy, mające do zrobienia coś niezwykłego. Ciekawy wydaje się więc koncept, grupy warszawskich rzezimieszków, którzy po wybuchu powstania podejmują się (może z własnej woli), wykonania jakiegoś zuchwałego, karkołomnego przedsięwzięcia ośmieszającego nazistów. Ciemne charaktery z najgorszych dzielnic, z szelmowskim uśmiechem mordujące Niemców. Nie pokazujemy szlachetnej walki, ale całą brutalność wojny, z dodatkiem dość częstego mrugania okiem do widza.

Czemu nie Leon zawodowiec? Część czytelników pewnie uzna, że to już za daleki odlot. Chyba nie tak trudno jednak wyobrazić sobie historię zawodowego mordercy, który na terenie okupowanej Warszawy, stara się nie być wytropiony przez Niemców i buduje przy tym niezwykłą więź z poznanym dzieckiem. W Leonie zawodowcu kibicowaliśmy Jeanowi Reno mordującemu kolejnych przeciwników, więc stworzenie podobnej postaci w jeszcze bardziej skomplikowanej rzeczywistości mogłoby się świetnie udać. Nie chodzi oczywiście, aby bezmyślnie kopiować blockbustery, by później musieć tłumaczyć, że „wcale nie, a skąd”, jak było to w przypadku Kac Wawy. Stworzyć jednak coś, co widz zagraniczny od razu polubi, zapewni  mu rozrywkę w jak najbardziej „casualowej” formie, a jednocześnie przekaże odpowiedni obraz historyczny.

Jeżeli dla kogoś jest to zbyt ekscentryczna wizja to może sięgnijmy po Życie jest piękne w którym ojciec usiłuje przekonać syna, że obóz koncentracyjny stanowi w rzeczywistości wielką grę, gdzie wszystko jest iluzoryczne. Czy nie jest to jeden z najciekawszych, najbardziej zapadających w pamięć komediodramatów w historii? Zbiorowa widownia pokochała film, w którym humor przeplata się z przemocą i absurdem obozowego życia. Realia Powstania Warszawskiego z całą pewnością mają potencjał na stworzenie przez scenarzystę nawet fikcyjnej, ale potencjalnie prawdopodobnej historii – z niej można wydobyć podobne emocje i wrażenia.

Jeszcze odważniejsze, ale tym ciekawsze byłoby sięgnięcie po komedię. Wiele osób pewnie stwierdzi, że absolutnie nie wypada tworzyć komedii w klimatach umierającego miasta. Gdyby jeszcze na dodatek była to komedia o losach wariata, taki Powstańczy Forrest Gump, ale bardziej Zenek Nowak, który odbywając szaloną podróż po poszczególnych dzielnicach, jest mimowolnym uczestnikiem ważnych historycznych momentów, jednocześnie kompletnie ich nie rozumie. Oczywiście w polskich realiach nie jest to pomysł nowy, patrząc na tytuł Zezowatego szczęścia. Tak jak Eroica mogłaby być polskim połączeniem LeonaParszywej dwunastki, ale czy mamy na widoku współczesnego Andrzeja Munka?

Idąc w inną stronę: jak w Choć goni nas czas, opowiedzieć historię dwóch emerytów, którzy postanawiają zrobić przed śmiercią kompletnie szalone rzeczy. Mogą zacząć choćby i od zawodów, kto ustrzeli więcej nazistów, fajne? Jasne, że fajne, a w głowie przeciętnego Amerykanina zostaje wrażenie dobrej historii i pewna sympatia do powstańców, oczywiście bardzo uproszczona i „płaskie”, ale odczuć i symboliki nie buduje się waląc młotkiem po głowie.

Wszystkie te przykłady były tylko pewną prezentacją tego, że opierając się o sprawdzone, chwytające, ale odpowiednio dostosowane do powstańczych realiów klisze, możemy opowiedzieć własną historię. Tezę, jaką mamy, chcielibyśmy napisać wprost.

Potrzebujemy Bękartów Wojny, w tle walczącej Warszawy, żeby raz na zawsze pokazać, jak powiedzieliby Anglicy, „who is who”.

Nie mamy co prawda Brada Pitta, ale jak się da dobry scenariusz to i znajdzie się młody zdolny, który swoim uśmiechem, byłby niezłym „zbrodniarzem”.

Dzisiaj, obserwując współczesne kino, tym wyraźniej widać, że do wyeksportowania naszej historii na Zachód nie jest nam potrzebny Andrzej Wajda, a Andrzej Munk, który swoimi oryginalnymi wizjami, nie bałby się nakręcić znakomitego, odważnego i przejmującego filmu o Powstańcach, który miałby potencjał na stanie się światowym sukcesem, rodem z Polskiej Szkoły Filmowej.