Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  6 lipca 2014

Kędzierski: Być jak Frank Underwood

dr Marcin Kędzierski  6 lipca 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Kędzierski: Być jak Frank Underwood Kancelaria Prezes Rady Ministrów, CC.

Analiza tzw. afery taśmowej odsłania niezwykle wiele wątków. Dowiedzieliśmy się o dramatycznej słabości i bezradności państwa, kompleksach przedstawicieli elit, ich nepotyzmie i prywacie, ale i o uzależnieniu niektórych mediów od służb specjalnych. Myślę jednak, że dowiedzieliśmy się również czegoś o sobie. Uwierzyliśmy bowiem, że kilka osób ze szczytów władzy ma taki gravitas (excuse moi), iż jest w stanie skutecznie rozgrywać rzeczywistość. Co więcej, w zasadzie chcemy wierzyć w to, że mamy naszych rodzimych Franków Underwoodów. Bo przecież nawet jeśli grzeszą, to w gruncie rzeczy ich lubimy, czyż nie?

W ostatnich miesiącach wielokrotnie pytałem swoich studentów o ich ocenę wydarzeń na Ukrainie i w tym kontekście politykę Władimira Putina. Dla zdecydowanej większości z nich prezydent Rosji jest genialnym graczem, który rozstawia figury po geopolitycznej szachownicy i jak każdy arcymistrz przewiduje kilkanaście ruchów przeciwnika.

Również premier Tusk próbując wyjaśnić aferę wskazuje enigmatycznie, że jest to rozgrywka służb obcego państwa, która niczym chirurgiczne cięcie precyzyjnie uderza w najsłabsze punkty. Opozycja z kolei doszukuje się diabolicznej intrygi Donalda Tuska, rozgrywającego prezesa NBP poprzez ministra Sienkiewicza. Albo odwrotnie, to Sienkiewicz i Tusk są rozgrywani przez Belkę.

Pewnie w tych odpowiedziach jest trochę prawdy. Trochę. Problem polega bowiem na tym, że prawdziwa polityka nie przypomina rzeczywistości przedstawionej w serialu House of cards, który odniósł w Polsce sukces na niespotykaną skalę. Pojedynczy politycy nie są dziś w stanie sterować losami historii tak, jak książę z kart dzieła Macchiavellego.

Dlaczego? Po pierwsze, w zglobalizowanej przestrzeni publicznej funkcjonuje dziś znacznie więcej podmiotów, które dysponują przywilejem użycia siły w różnej postaci: globalne korporacje, molochy medialne, agencje ratingowe, światowe organizacje pozarządowe, międzynarodowe grupy przestępcze. Żaden z nich nie jest w stanie samodzielnie kreować rzeczywistości. Tak samo nie są w stanie tego zrobić ani Władimir Putin, ani Donald Tusk, ani żaden inny polityk. Świat jest dziś zbyt złożony.

Po drugie, rewolucja informacyjna tak bardzo przyśpieszyła procesy polityczne, że sterowanie nimi stało się praktycznie niemożliwe. Co więcej, rewolucja ta doprowadziła do ogromnego wzrostu ich liczby. Oznacza to, że procesy te nakładają się na siebie i wzajemnie się przenikają, tworząc różnego rodzaju sieci. Nie jesteśmy w stanie wskazać ich początku ani końca. Nie potrafimy też de facto wskazać momentów podejmowania decyzji, gdyż są one wypadkową wielu różnych zmiennych, często całkowicie nieracjonalnych.

Wystarczy przypomnieć, że pomysł wprowadzenia w Polsce euro, który premier Tusk ogłosił kilka lat temu w Krynicy, urodził się przypadkiem podczas lotu na Forum Ekonomiczne.

W rezultacie żart stał się przedmiotem analizy dziesiątek ekonomistów, gdyż uznali tę wypowiedź za decyzję polityczną. Jednak nawet gdyby elity polityczne zachowywały się racjonalnie (a taśmy raczej tego nie potwierdzają), niewiele by to zmieniło. Dynamika i wielość procesów skutkują występowaniem tzw. efektów emergentnych, gdzie skutki działań pojedynczych podmiotów działających w ramach systemu politycznego są niemal całkowicie nieprzewidywalne, a co za tym idzie w znacznym stopniu niesterowalne.

Po trzecie wreszcie, oplecenie rzeczywistości politycznej siecią instytucji formalnych w postaci systemu prawnego znacząco uniemożliwia prowadzenie zupełnie niezależnych działań. Z jednej strony pozwala to oczywiście na kontrolowanie władzy, ale z drugiej skutkuje całkowitym rozmyciem odpowiedzialności, i co gorsza, ograniczeniem sprawczości elit politycznych. Zwłaszcza w porównaniu z „grubymi miśkami” z biznesu.

No dobrze. Jak spytałby Frank Underwood: „So what? Who cares?” No właśnie powinno nas to obchodzić, zwłaszcza kiedy zwolennicy największej partii opozycyjnej nadal wierzą w hasło „Jarosław Polskę zbaw”.

Ani Tusk, ani Kaczyński nie są w stanie zbawić Polski. Zamiast więc emocjonować się kolejną serią House of cards i sprawdzać, który z naszych politycznych „tuzów” jest przywódcą na miarę Franka Underwooda, wspierajmy takich polityków, którzy nie podniecają się swoim gravitas, rozumieją złożoność procesów politycznych i są zdolni w jakikolwiek sposób nimi zarządzać.

Jest ich niewielu, ale paru się znajdzie. Oby znaleźli się wystarczająco blisko centrum decyzyjnego.

Inaczej prawdziwej politycznej zmiany nie będzie. Bo, drodzy rodacy, Frank Underwood nie istnieje. Dzięki Bogu!