Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Brzyski, Kłosowski: Dom bezdomnych – Polska

przeczytanie zajmie 5 min
Brzyski, Kłosowski: Dom bezdomnych - Polska flickr.com

Czwarty czerwca miał stać się naszym nowym świętem narodowym. Świętem nie tyle samej wolności, ale dumy – z sukcesu, faktu, że jesteśmy pierwszym państwem wśród krajów postsowieckich, które zrzuciły komunizm. Problem jednak polega na tym, że data ta nigdy nie spełni pokładanych w niej oczekiwań i to nie tylko ze względu na jej kontrowersyjność historyczną, lecz również na fakt, że obecne polskie elity nie posiadają woli podjęcia konstruktywnego dialogu – na tyle otwartego i merytorycznego, aby wszyscy Polacy od lewa do prawa mogli obchodzić nowe, wspólne święto.

Kiedy byłeś dumny z Polski?

Dzisiaj, niezależnie od zajmowanej strony sceny politycznej karmieni jesteśmy przekonaniem, że Polska to kraj opanowany przez przeciwną grupę ideologiczną. Tworzona jest wizja dwóch państw gdzie lewica mówi o rządach kleru, mającego krzyż na sztandarze, natomiast wizja prawicowa pisana jest często niemal z „podziemia”, w kraju, w którym rządzi lewactwo.

Miesiąc w miesiąc buduje się atmosferę, w której prawica musi siedzieć w ukryciu, a lewica nie może rządzić z powodu samego istnienia prawicy, przedstawianej jako wielki hamulcowy planowanych zmian, które przynieść mają szczęście i dobrobyt.

I choć nie jest to analiza nowa, powtarzana była bowiem już kilkakrotnie, nigdy nie zadano sobie prostego pytania: czy w takiej atmosferze jedna data – czwartego czerwca – może stać się momentem, w którym obie strony podadzą sobie dłonie i razem będą świętować 25 lat wolności? Oczywiście, że nie.

Pomimo starej formuły podziału elit, problem ten objawił się w nowym aspekcie. Roboczo nazwijmy go medialnym obrzydzaniem Polski.

Można wskazać wiele przykładów nie tylko utyskiwania na kształt polskiej gospodarki czy przemysłu, ale nawet na obecną wizję Polski, wręcz jej obrzydzania. Z lewej strony najlepiej ukazuje to „Newsweek”, który taśmowo produkuje teksty o „dusznej Polsce” i ludziach, którzy muszą z niej wyjechać, bo nie tylko nie mają szans na rozwój, ale także ich poglądy czy potrzeby są tłamszone – ot, typowy klucz opresyjnego, katolickiego społeczeństwa, które nie daje możliwości rozkwitu mniejszościom. Określenie „duszna Polska” ma nawet duże szanse wejść do potocznego języka. Nasz kraj jest w rękach katolików-faszystów, przed którymi kochające się rodziny lesbijek muszą uciekać, aby uniknąć prześladowań. Dla kontrastu tygodnik „wSieci” jest chyba najbardziej „podziemno-mainstreamowym” pismem, które tak zdecydowanie walczy z narodzonym przy okrągłym stole lewactwem, które zawładnęło niemal każdą sferą życia w Polsce. Najlepszym przykładem nich będą okładki Donalda Tuska stylizowanego na Che Guevare czy Tomasza Lisa na SS-mana. Lekarstwem oczywiście nie jest wejście w dyskusję, ponieważ „zdrajcy ojczyzny” nie są partnerami do rozmowy; należy ich odsunąć od władzy i osądzić, a najlepiej stracić. Nawiasem mówiąc efektem pogłębiającej się erozji dyskusji jest sięganie po takie postaci jak Maria Sokołowska, która w normalnej, zdrowej dyspucie zostałaby nie tyle nie zauważona, ale wręcz zmarginalizowana jako szkodliwa i absolutnie niemerytoryczna. Ten konkretny przypadek świetnie obrazuje absurdalność podziału dokonanego na społeczeństwie polskim, w którym główne skrzypce przyznano rzucanym na żer „głodnym historiom”, a nie merytorycznej debacie, która w założeniach miałaby doprowadzić do konstruktywnych wniosków. Bo o konsensusie na razie nawet nie marzymy.

Bo czy stacja Polsat zapraszając do programu Janusza Korwin-Mikkego i Piotra Ikonowicza, lub Roberta Gwiazdowskiego i Piotra Szumlewicza oczekuje, że takie starcia mają jakąś wartość?

Niezwykle ważne jest, że o ile w normalnym sporze politycznym debata toczy się między środowiskami politycznymi i jest weryfikowana przez media, o tyle obecnie w tej walce uczestniczą również media, będąc jedną ze stron, co skutecznie wyklucza je z zadania narzucania politykom wyższego poziomu rozmowy czy dyskursu politycznego i tworzenia ram kulturalnych. Bo przecież, jak wiadomo, przykład idzie z góry. Dopóki wszystkie ze stron nie będą permanentnie odmawiać  prawa do uczestniczenia w debacie publicznej, dopóty nie będziemy mieć wspólnego święta ani nie wytworzymy atmosfery korzystnej do dyskusji nie tylko o najbliższym budżecie, ale także o polityce w perspektywie kilku dekad.

Uderzenie w pierś

Gdy sięgam pamięcią do ostatniej z kampanii wyborczych, w której pojawiły się elementy dyskusji na temat programu, myślę o tej z 2005 roku. Wtedy Lech Kaczyński i Donald Tusk wysyłali sobie programy wyborcze, toczyła się debata o progach podatkowych, podatkach pośrednich, polityce prorodzinnej. Od tego czasu obserwujemy postępujący regres w polityce; kurs ku prostackiemu podziale na „my” i „oni”, emocjonalne pozycjonowanie na zasadzie „głosując na nas, głosujesz przeciwko nim”. Takie zachowanie, chociaż kalkulowane na polityczną korzyść, skutkuje niemożnością stworzenia atmosfery do wspólnego świętowania Polaków – nie tylko czwartego czerwca. Wchodzimy w sferę polityki totalnej, prowadzonej na wyniszczenie: na straganach, w kościołach, bibliotekach i na uczelniach, kiedy kupując ogórki można usłyszeć o złym i brzydkim Kaczyńskim i zdrajcy Tusku. Przypominają się słowa Jacka Żakowskiego, kiedy wspominał „stare, dobre czasy”… Bizancjum, kiedy przekupki dyskutowały o idei przedstawienia Chrystusa na ikonach. Właśnie, panie redaktorze: dyskutowały o ideach, nie o personach.

Ostatnie obchody 11 listopada są przykładem antyświęta. Przeczą zasadom, jakie przyświecają celom święta państwowego czyli wspólnej radości z obchodzonej niepodległości. Przez ostatnie lata coraz bardziej mass media skupiają się wycinkowo na ponoć odradzającym się nacjonalizmie lub ironizują na temat organizowania przaśnych obchodów, jak prezydenckiej akcji „Orzeł Może”.

Jeszcze trzy dni po obchodach najważniejszego polskiego święta trwają refleksje, dlatego Amerykanie czy Francuzi potrafią świętować w tak dobrej, patriotycznej atmosferze dumy narodowej a my nie?

Polityka powinna być tworzona oddolnie, wtedy i tylko wtedy nie będzie brudna (w myśl obiegowej opinii publicznej), a taka, jaką ją zbudujemy. Poprzez retorykę, jaką operujemy, media, jakie tworzymy, rzeczy, do których przykładamy wagę. „Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi”, jednak w relacji obywatel-polityk jest zupełnie odwrotnie:  to mądrość i celność pytań tworzą proces, w którym polityk w „Kropce nad i” nie odpowie na pytanie o miłe słowa i zachwyt Baracka Obamy nad Polską, a o kierunek polskiej polityki międzynarodowej.

Nowa fala

Od wyborów do Parlamentu Europejskiego mądre głowy dumają nad powodem, dla którego w ostatnim czasie dziwne twory, takie jak Ruch Palikota czy Kongres Nowej Prawicy, otrzymują około 10% poparcia. Jeszcze bardziej szokuje ich fakt, że duża część osób, która w poprzednich wyborach poparła Palikota, zmieniła preferencje na jego niemal lustrzane odbicie – Janusza Korwin-Mikkego. Owe mądre głowy uznały, że to element antysystemowości. Jednak na czym ona polega – ten aspekt został zbagatelizowany, bez chęci głębszego zastanowienia. Niesłusznie. W mojej opinii jest to czytelny wyraz tego, że coraz większa grupa osób wyraża sprzeciw wobec polityki dyktatu.

Zarówno prawica, jak i lewica, zamiast przekonywać do swoich racji, przyciągać ludzi merytoryczną dyskusją, naginają ich siłą. Z tej perspektywy Ruch Palikota i Kongres Nowej Prawica jawiły się jako potencjalnie bardziej wolnościowe, bo głoszące liberalne hasła zgodnie z zasadą – masz prawo wyboru.

Wyborcy Palikota odwrócili się od niego, ponieważ oprócz rozbudzenia nadziei nie przyniósł żadnej zmiany. Dlatego zwrócili się do drugiego Janusza, tym razem reprezentanta prawej strony sceny politycznej, którego przewodnim hasłem jest walka o zwiększenie osobistej wolności.

Spostrzeżenia 

Jeżeli rzeczywiście istnieje wola obchodzenia święta „nowej” wolności, niech będzie to święto konstruktywne. Zmieńmy optykę 11 listopada, przekierujmy je z historiografii – w tył – na patrzenie przyszłościowe, w przód. Możliwe, że prezydent Komorowski zupełnie nie z takim założeniem wygłosił przemówienie w Sejmie 4 czerwca, kiedy mówił o czekających nas wyzwaniach i palących problemach. Oby jednak, był to początek pożytecznej tendencji, w której obchodzone święto nie miałoby wydźwięku jedynie nostalgicznego, ale w realny sposób prowadziłoby do dyskusji wychodząc od prostego pytania – po co odzyskaliśmy wolność? Bo dziś do rządzenia Polską ani lewica, ani prawica wydają się nie przyznawać.