Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  30 maja 2014

Ani prawica, ani lewica

Marcin Suskiewicz  30 maja 2014
przeczytanie zajmie 7 min
Ani prawica, ani lewica flickr.com

Kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie świnią – brzmi stara, dziewiętnastowieczna jeszcze maksyma, którą w nieco mocniejszej wersji często cytował ponoć Józef Piłsudski. Inaczej mówiąc, socjalizm może i nie jest prawdziwy, ale świadczy o dobrych intencjach. Jest próbą realizacji – niewykluczone, że naiwną, a może nawet całkowicie błędną – ale jednak: pewnych słusznych dążeń.

Tyle „ludowa mądrość” w temacie młodzieńczego zauroczenia socjalizmem, zauroczenia właściwego zwłaszcza okresowi pozytywizmu, potem latom międzywojennym, a częściowo i dzisiejszej epoce. Co jednak w takim razie z naszą wczesną młodością? W większości – mówię to w imieniu wąsko rozumianego środowiska znajomych, ale chyba odnosi się to do sporej części mojego pokolenia – nie byliśmy przecież socjalistami, szukaliśmy raczej na prawicy, w tym często – w gospodarczym liberalizmie. Teraz, choć jeszcze nie całkiem z młodości wyszliśmy, wielu z nas się tego wstydzi. Odcinamy się od swoich dawnych sympatii na różne sposoby, nie mamy litości dla tych, którzy przy „libertarianizmie” lub innych prawicowych „izmach” zostali. Może słusznie, nie wiem. Na pewno nie chcę tu występować z jednoznaczną apologią „wolnego rynku”, a tym bardziej naszej polskiej transformacji ustrojowej. Sam libertarianizm opiera się według mnie, mówiąc najkrócej, na błędnej, indywidualistycznej antropologii (tak jak wiele ideologii lewicowych opiera się na błędnych antropologiach kolektywistycznych). Ale warto chyba zapytać, idąc tropem tamtej maksymy, czy nie było w naszych prawicowych poszukiwaniach – czy nie ma w podobnych poszukiwaniach innych osób dziś – żadnych „dobrych intencji”, żadnych „słusznych dążeń”? I czy dążeń tych i intencji – podobnie jak dążeń „socjalistów za młodu” – nie powinniśmy zachować, oczyścić, spróbować spełnić w jakiejś innej, lepszej doktrynie?

Jednym z impulsów do napisania tego tekstu był świetny skądinąd artykuł Piotra Wójcika pt. „Katolicyzm jest komunitarny”. Autor zarysowuje w nim krótką historię stosunku papieży do doktryn ekonomicznych, wspominając o chwilowym odejściu od dominującej koncepcji komunitarystycznej za pontyfikatu „bliskiego gospodarczym liberałom” Jana Pawła II. Pewną – chyba realną, choć niewątpliwie często wyolbrzymianą – sympatię papieża-Polaka dla wolności gospodarczej Piotr Wójcik zbywa jako chwilowe odstępstwo od słusznej linii, spowodowane być może atmosferą czasów, gdy światem trzęśli Reagan i Thatcher.

Właściwie zgadzam się z głównymi tezami tego artykułu, polemizować chciałbym jedynie z owym szybkim zbyciem stanowiska Wojtyły przez autora, a przy okazji również z jeszcze szybszym zbywaniem – przez innych autorów, w innych tekstach – myśli tych interpretatorów Wojtyły (np. Michaela Novaka), którzy szli jednoznacznie w kierunku doktryn wolnorynkowych. Czy, na przykład, podkreślanie wartości osobistej inicjatywy w gospodarce – ostrożnie przez samego papieża w „Centesimus annus” i bardziej dobitnie (a kto wie, czy nie przesadnie) przez osoby takie jak Novak – naprawdę jest czymś całkowicie obcym katolickiej nauce społecznej, w żaden sposób nie związanym z jej istotą? Czy, podobnie, nie ma żadnego związku z katolicką antropologią postulat ograniczenia prerogatyw państwa w dziedzinie ekonomicznej? Właściwie zmierzam do dalej idącego pytania: czy wolność jednostek, która (choć niewątpliwie, wbrew libertarianom, w małym tylko stopniu) chyba wyraża się także i w tym, co określa się mianem „wolności gospodarczej” – czy wolność ta jest już dla nas tak mało istotna, że jej pragnienie, choćby przesadne, choćby błędnie realizowane, choćby i szalone, jak u „korwinistów”, rozmaitych anarchistów, zwolenników różnych innych ciekawych doktryn z prawej strony – pozostaje dla nas całkowicie niezrozumiałe? Nie chodzi mi tu o usprawiedliwianie jakichkolwiek konkretnych poglądów, bo dobre intencje niczego nie usprawiedliwiają – chodzi mi jedynie o zauważenie owych dobrych intencji i, jak pisałem wcześniej, oczyszczenie, zagospodarowanie ich w lepszy sposób.

Osobiście oprócz pewnej sympatii mam do liberałów gospodarczych także i żal, a to głównie za zmianę znaczenia różnych pojęć. Na przykład „wolność” – słowo o bardzo długiej przecież historii, o teologicznym niewątpliwie rodowodzie – stała się po pierwsze wolnością przede wszystkim ekonomiczną (jak gdyby to, ile procent podatku płacę, było najważniejszą sprawą na świecie), po drugie – wolnością tylko jednostek (a nie także różnych rodzajów naturalnych i nadprzyrodzonych wspólnot, od rodziny, przez lokalne wspólnoty życia i pracy, po naród, ludzkość, Kościół), po trzecie wreszcie – wolnością przede wszystkim negatywną, to znaczy wolnością od – czy to od podatku, czy to od przymusu, czy (w skrajnych przypadkach) nawet od obiektywnego dobra i obiektywnej prawdy.

Do takiej wolności nie jestem całkiem przekonany. Bliskie mi jest co prawda na przykład, dajmy na to, oburzenie na Unię Europejską, która chce regulować to, czy wolno mi palić papierosy – nie palę, ale chciałbym nie palić z wyboru, nie z przymusu – albo przechodzić na własne ryzyko na czerwonym świetle, uśmiecham się dumnie, gdy słyszę to nasze stare powiedzenie, że musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce, nie lubię „systemu” i „biurokracji”, ale ostatecznie nie jestem pewien, czy powinniśmy absolutyzować wolność negatywną. Wiemy, kto z Non serviam uczynił swoją główną zasadę i raczej nie powinniśmy brać z tego kogoś przykładu. Ta, która jest naszą Przewodniczką, mówiła raczej: oto ja, służebnica Pańska. Że „służebnica Pańska” a nie „służebnica państwa”? To może część odpowiedzi, ale państwo – wbrew libertariańskiej propagandzie – nie jest, a w każdym razie nie musi być samym tylko złem i dobrze by było, gdybyśmy zaczęli np. podatki (jeśli są rozsądne) traktować jako dobrowolny dar na rzecz wspólnoty, a więc jako służbę ludziom na wzór Chrystusa. To, czy coś jest dobrowolne, czy jest przymusem, w jakimś stopniu zależy także od naszego nastawienia.

Dlatego zamiast „wolności” chwilowo wolę – z braku lepszych pomysłów – „przygodę”. Chciałbym postawić tezę, że u podstaw wolnościowych fascynacji leży (także) pragnienie, by życie pozostało przygodą, i że – jakkolwiek same fascynacje mogą być krokiem w złym kierunku – jest to pragnienie szlachetne. Nieusuwalne, chyba że razem z człowieczeństwem.

Przygoda jest według mnie dobrym terminem, bo nie jest zdefiniowana negatywnie. Nie jest też czymś, co – w odróżnieniu od lewicowych ideałów „bezpieczeństwa”,  „przyjemności” czy „braku cierpienia” – państwo zabezpiecza obywatelom, pojmowanym jako bierni odbiorcy należnych im świadczeń (jak gdyby w braniu realizowała się ludzka godność). Jest raczej aktywnym wychodzeniem z siebie – w stronę dobra (choć nie zawsze właściwie lokowanego); jest dawaniem; jest zwykle, jeśli się dobrze przypatrzeć, służbą innym. Ale wychodzeniem czy służbą o własnych siłach (choć często we wspólnocie, np. małej – przyjaciół czy większej – narodu), na własne ryzyko, kreatywnie, bez nadmiernej zewnętrznej kontroli, bez niepotrzebnych pouczeń, tak, by mogło/mogła mieć jak największą wartość (bo w pewnym sensie o to chodzi: o maksymalizowanie etycznej wartości naszych czynów). „Przygoda” jest do pewnego stopnia bliska „wolności”. Przeciwieństwem przygody są odgórne zarządzenia dotyczące spraw, które powinny być zadecydowane na poziomie jednostki, rodziny albo lokalnej wspólnoty; przeciwieństwem przygody jest zawężona koncepcja tego, czym człowiek jest i co czyni go szczęśliwym; przeciwieństwem przygody jest minimalizowanie wszelkiego ryzyka, nawet kosztem możliwości zaistnienia jakiegoś dobra.

Wydaje się, że żeby życie było w pełni ludzkie, musi być przygodą. Musi być – z ostatecznej, teologicznej perspektywy – wychodzeniem z siebie w stronę Boga, na własne ryzyko. (Nie twierdzę, że w tym jednym słowie „przygoda” zamyka się sens świata i człowieka. Nie jest moją ambicją wyczerpać temat, a jedynie rzucić nań – daj Boże – jeden wąski promień światła).

Zwolennicy państwowej interwencji w życie jednostek, rodzin i wspólnot mają być może wiele zasług, ale niewątpliwie zdarza im się marzyć o usunięciu wszelkiej przygody. Jeśli bezpieczeństwo obywateli jest naszym jedynym celem, wszystkie bardziej ulotne wartości zostaną w końcu poświęcone, a jednostka i wszystkie grupy pośrednie zostaną pozbawione swoich prerogatyw. Zostanie tylko państwo jako – nomen omen – aparat bezpieczeństwa. Takie podejście opiera się na błędnej świeckiej antropologii, która absolutyzuje bezpieczeństwo, zapominając jednocześnie, co ono oznacza, i że jest – podobnie jak dzisiejsza wolność – terminem zdefiniowanym jedynie negatywnie. Bezpieczeństwo to stan, w którym nie ma przeszkód – ale stan ten nie ma w sobie żadnej wartości, jeśli życie nie ma celu, który owe przeszkody zasłaniają. Jeśli, innymi słowy, życie nie jest przygodą podejmowaną ze względu na coś ode mnie większego, w sposób wolny i twórczy, nie z brawurą, ale też bez wyrzekania się tego, czym mnie Bóg obdarzył (rozumu, woli, osobistej odpowiedzialności).

A skoro tak, to maksymalizowanie bezpieczeństwa kosztem możliwości przeżywania przez jednostki i wspólnoty swojego losu jakoprzygody jest wewnętrznie sprzeczne. Tyczy się to także w jakimś stopniu kwestii ekonomicznych. Możliwość posługiwania się własnym rozsądkiem i sumieniem w procesie działalności gospodarczej jest sama w sobie wielkim dobrem, którego nie powinno się całkiem zaprzepaszczać w imię jakichś innych, pozornie ważniejszych dóbr (co nie znaczy, że nie można go w rozsądny sposób modulować). Nadmierny interwencjonizm, nadmierna biurokracja mogą być formą egoizmu ze strony rządzących – zawłaszczeniem prawa do przygody tylko dla siebie (życie tych, którzy wymyślają unijne zarządzenia dotyczące różnych aspektów np. naszego życia rodzinnego, jest niewątpliwie ciekawe, twórcze, wolne, ale w wyniku ich pracy życie wielu rodziców takie być częściowo przestaje).

Oczywiście to wszystko nie znaczy, że liberalizm gospodarczy czy libertarianizm są słuszne lub że jako jedyne wspierają „przygodę”. Sto lat przed nami młodzi ludzie często z podobnych pobudek wzdychali do doktryn lewicowych, bo możliwość „przygody” odbierały im wówczas na przykład bardzo długie godziny pracy. Wydaje się, że świeckie ideologie z lewicy i prawicy działają na podobnej zasadzie. Wmawiają, że są spełnieniem wszystkich naszych pragnień, zmieniają znaczenia słów i wreszcie – absolutyzują pewne wartości (np. „bezpieczeństwo” lub „wolność”) w oderwaniu od jakiegokolwiek wyższego celu istnienia człowieka i świata. Warto jednak dojrzeć pod powierzchnią tych ideologii różne dobre dążenia. To pozwoli nam lepiej siebie nawzajem rozumieć, umożliwi też zagospodarowanie tych różnych dążeń w inny sposób.