Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  28 maja 2014

Tylko silne państwa stworzą silną Unię

Paweł Musiałek  28 maja 2014
przeczytanie zajmie 10 min
Tylko silne państwa stworzą silną Unię number 10/ CC

Wybory do Parlamentu Europejskiego, a także 10. rocznica członkostwa Polski w UE, sprzyjają refleksji nad polską polityką europejską i nad samą Unią. Na taką refleksję zdobył się Marcin Kędzierski. Tezy, jakie wynikają z jego rozważań, są jednak mocno dyskusyjne. Choć można w nich znaleźć wiele trafnych obserwacji i mechanizmów, to do tekstu wkradła się zarówno niespójność argumentów i błędne założenia, jak i kontrowersyjne wnioski. Poniżej odpowiedzi na główne tezy Kędzierskiego.

Przede wszystkim w pełni popieram przyjęcie geoekonomicznej perspektywy jako podstawy opisu współczesnych stosunków międzynarodowych. Nie unieważnia ona roli państwa ani rywalizacji międzynarodowej, ale zmienia cel i arenę, na której się one dokonują. Ktoś może zaprotestować i zapytać: a kiedy ekonomia nie była ważna w relacjach międzynarodowych? Zawsze była, ale istnieje zasadnicza różnica: dziś to polityka jest na usługach ekonomii, a nie na odwrót. Tym samym polityka staje się coraz bardziej areną rywalizacji oraz narzędziem, tracąc autoteliczny charakter w kwestii celów. Politycy, nie wyłączając przywódców państw, definiują swój główny cel zarówno na arenie wewnętrznej, jak i zewnętrznej, jako podwyższenie materialnego dobrobytu swoich obywateli.

Procesu ekonomizacji polityki najlepiej dowodzi braku reakcji Europy (w tym przede wszystkim Niemiec) wobec rosyjskiej agresji na Krym, mimo posiadania wystarczających instrumentów, z uwagi właśnie na ewentualne koszty ekonomiczne.

Zresztą porównanie obecnej pozycji i perspektyw buksującej w miejscu Rosji i dynamicznie rozwijających się Chin stanowi najlepsze rozstrzygnięcie pytania, czy większy wpływ na wzrost pozycji państwa na arenie międzynarodowej mają skrupulatnie klejone biznesowe umowy, czy reimperialne ruchawki.

Pełna zgoda jak dotychczas. Trzeba jednak zadać pytanie, jak powyższe założenie ma się do wizji UE i Polski w Unii? Zdaniem Kędzierskiego rywalizacja geoekonomiczna wymusza wzmocnienie UE. Ja z kolei poddaję to w mocną wątpliwość jako relację nieoczywistą, a przynajmniej kwestionuję wnioski, jakie autor wyciągnął. Przede wszystkim to państwa rywalizują między sobą, a nie bloki integracyjne, nawet tak zaawansowane jak Unia Europejska. Potwierdza to zresztą sam Kędzierski, który wśród potencjalnych rywali w geoekonomicznym wyścigu słusznie wymienił USA, a nie NAFTĘ, Brazylię, a nie Mercosur, nawet jeśli wymienione organizacje posiadają istotne kompetencje. Błąd polega więc na niewłaściwym rozpoznaniu natury i funkcji integracji państw. Bloki integracyjne służą państwom do wzmocnienia ich zasobów w rywalizacji międzynarodowej, ale państw nie zastępują. Ponadnarodowa tożsamość Europejczyków wciąż jest bowiem wtórna wobec tożsamości narodowych i nic nie wskazuje, aby to się miało zmienić, o czym zresztą Kędzierski napisał.

Stwierdzenie, że Unia (rozumiana jako jedność, a nie związek państw) musi rywalizować z USA, Chinami itd. jest więc bardzo dyskusyjne, ponieważ taka rywalizacja będzie sensowna tylko, jeśli… UE będzie państwem.

Wówczas, owszem, Polska będzie silnym, ale nie państwem, a krajem związkowym w unijnym systemie federalnym. Oczywiście nikt nie ma wątpliwości, że stworzenie takiej struktury zwiększy siłę UE, ale stworzenie federacji państw jest całkowicie nierealne i to nie tylko z powodu ewentualnego oporu Polski, ale także innych państw, z mocarstwami na czele.

W tym kontekście od razu warto odnieść się do spraw międzynarodowych. Żadne znaczące (nieznaczące raczej też) państwo europejskie nie zrezygnuje z prowadzenia polityki zagranicznej po to, aby  UE mówiła „jednym głosem”. Zresztą trudno się dziwić, ponieważ jaka jest gwarancja, że ten „głos” będzie akurat sprzyjał interesowi danego państwa? Jeśli nie będzie mu sprzyjał, to z kolei po co oddawać kompetencje w tej dziedzinie? A może „wspólny głos” jest stanie uwzględnić interesy wszystkich członków? Jeśli by tak było, nie powstałaby potrzeba tworzenia „wspólnego głosu”, ponieważ za pomocą koordynacji można by było osiągnąć jedność stanowisk. Warto także zapytać, co oznacza unia polityczna w rozważaniach Kędzierskiego, skoro niemożliwe jest stworzenie unii politycznej działającej jak federalne państwo narodowe (Stany Zjednoczone Europy), kierujące się zasadą hierarchiczności władzy, ponieważ UE ewoluuje, jak wskazał to w 2006 r. prof. Jan Zielonka, bardziej w kierunku neośredniowiecznym niż postwestfalskim. Oznacza to, że po pierwsze, podobnie jak w czasach średniowiecznego cesarstwa, w nowej UE będzie funkcjonować równolegle wiele porządków władzy, wzajemnie się przenikających i konkurujących ze sobą. W takim razie unia polityczna czy „wiele porządków władzy, wzajemnie się przenikających i konkurujących ze sobą”?

Pytanie, jakie warto sobie postawić, to czy w rywalizacji o dobrobyt federalizacja jest konieczna?

Otóż niekoniecznie. Problem słabnącej konkurencyjności UE wynika nie tylko z braku spójności i odpowiednich kompetencji, ale i z niewłaściwego wykorzystywania narzędzi, które już posiada. Rozsądek podpowiada, że jeśli komuś chcemy dać więcej, to najpierw ten ktoś musi udowodnić, że potrafi wykorzystać to, co już otrzymał. Jeśli mamy pretensje o to, że dziś reindustrializacja ma miejsce w USA, a nie w Europie, warto zapytać, dlaczego w UE są fatalne warunki do rozwoju przemysłu wydobywczego węgla i gazu łupkowego czy przemysłu energetycznego, które wpływają na wysokie ceny energii i wynoszenie się z Europy konkurencyjnych sektorów energochłonnych (petrochemiczny, cementowy, stalowy)? Otóż problemem nie jest słabość instytucjonalna i kompetencyjna organów UE, ale jej głupota i ideologiczne zacietrzewienie. W tych przypadkach można nawet postawić tezę przeciwną. To wymyślone na szczeblu unijnym restrykcyjne normy środowiskowe oraz takie pomysły jak parapodatek w postaci kosztów emisji CO2 przyczyniają się do ograniczenia dobrobytu UE. Dowodzi to raczej tezy o konieczności renacjonalizacji Unii niż wzmocnienia jej kompetencji. Ponadto pamiętajmy o tym, że akurat UE ma wyłączne kompetencje do prowadzenia polityki handlowej, która jest ważnym narzędziem strategii geoekonomicznej. Już teraz to UE, a nie państwa, podpisuje umowy handlowe, ustala wysokość ceł, reprezentuje państwa w WTO. Bruksela ma niebanalne kompetencje także w innych ważnych politykach wpływających na konkurencyjność Europy.

Szkoda, że poza ogólnikowym stwierdzeniem konieczności rywalizacji w sferze globalnej, Kędzierski nie wskazał, jakie dodatkowe kompetencje są do tego potrzebne.

W tekście pada przykład np. harmonizacji podatków, ale brakuje wzmianki o tym, że o zwiększeniu inwestycji w Europie będzie decydować nie to, czy podatki będą zharmonizowane, tylko czy będą niskie. A żeby tak było, nie ma znaczenia, czy decyzję podejmą państwa, czy Bruksela.

Oczywiście sprowadzanie wszystkich unijnych regulacji do absurdów (vide JKM) to duże nadużycie, ponieważ harmonizacja przepisów usuwająca bariery w przypływie towarów, usług, kapitału i ludzi to duży sukces UE. Niemniej wydaje się, że powoli wyczerpuje się potencjał do dalszego uzgadniania prawa i polityk, które dałyby czysty efekt synergii i odbyłyby się bez uszczerbku dla interesów poszczególnych państw. Zanim zaczniemy się domagać powiększenia kompetencji UE, proponuję najpierw zrobić audyt polityk i kompetencji, które Unia już posiada. Jeśli bowiem ma budować konkurencyjność w poszczególnych politykach na wzór polityki rolnej, to, delikatnie rzecz ujmując, nie napawa to optymizmem. Jeśli ktoś uważa, że celowo wybrałem najbardziej absurdalną politykę, proponuję przyjrzeć się np. polityce innowacji, która jest dzisiaj odmieniana przez wszystkie przypadki, czy polityce zatrudnienia. Nie słyszałem, żeby opłacanie za unijne pieniądze szkolenia jak być innowacyjnym uczyniły kogoś Stevem Jobsem. Tak jak nie słyszałem, żeby sponsorowanie „wymiany doświadczeń” pracujących i bezrobotnych spowodowało, że ci drudzy dołączyli do pierwszych. Dlatego trudno się dziwić, że wszelkiego rodzaju strategie lizbońskie to tylko makulatura na przemiał (ale proszę nie palić – trzeba będzie bowiem kupić uprawnienia do emisji CO2!). W końcu nie zapominajmy, że o spadającym znaczeniu Europy decyduje coraz większa słabość państw członkowskich na własne życzenie, co w ogóle nie ma związku z UE. Kryzys przywództwa powoduje, że kraje nie są zdolne do przeprowadzenia trudnych reform. To, czy biurokratyzacja i nadregulacja gospodarki odbywają się na poziomie krajowym, czy ponadnarodowym, nie ma znaczenia, bo efekt jest ten sam. Jeśli Europa chce stanąć wreszcie na nogi, musi zmienić cele i środki, a nie poziom zarządzania problemami.  

Z grubsza można się zgodzić, że UE idzie w stronę wielu prędkości i że dzisiejsze dyskusje wokół strefy euro oraz paktu fiskalnego są zapowiedzią tego rozwoju.

Zgoda, że oznacza to, że coraz mniejszą rolę w UE będzie odgrywało pojęcie spójności, czego zapowiedź można było usłyszeć podczas negocjacji nad perspektywą finansową na lata 2014–2020. Zgoda także, że strefa euro będzie jednym z głównych obszarów dalszej integracji w ramach „pierwszej prędkości”. Mam jednak wątpliwości, czy wokół niej powstanie nowy układ instytucjonalny. Faktycznie takie zapowiedzi się pojawiły, ale do ich realizacji daleka droga. Jeszcze poważniejsze wątpliwości mam co do wniosków, jakie z tego wyciągnął Kędzierski. Polska powinna przede wszystkim dbać o własną konkurencyjność, od czego słusznie zaczyna autor. Tak samo chwała mu za to, że wskazał nie tylko konieczność spełnienia formalnych kryteriów członkostwa w strefie, ale i konieczność wzmocnienia konkurencyjności produktowej, umożliwiającej wejście Polski do strefy jako „zdrowe” państwo. Problem polega jednak na tym, że jest to tak ogromne i wieloletnie zadanie, że dyskusję, czy dołączyć do strefy, można spokojnie odłożyć ad acta. Szczególnie, że w międzyczasie może się okazać, że za kilka lat nie będzie do czego wchodzić. Pamiętajmy, że strukturalne problemy strefy euro nie zostały naprawione. Problem zadłużenia został rozwiązany doraźnie, poprzez zwalczanie przejawów, a nie przyczyn problemów. Nie jest więc wcale pewne, że integracja wokół euro musi przynieść dodatkowe korzyści, co zresztą potwierdzają wskaźniki gospodarcze. Nie jest wykluczone, że strukturalna nierównowaga gospodarek w zakresie konkurencyjności skazuje państwa o wyższej konkurencyjności na regularne dopłacanie do państw o niższej konkurencyjności, które będą stale się zadłużać. Nieprzypadkowo najbardziej zadłużonymi państwami w UE są państwa wspólnej waluty. Strefa euro, będąc „pierwszą prędkością”, nie musi więc oznaczać „szybszej prędkości”.

Jeszcze bardziej wątpliwa jest propozycja wspólnej polityki fiskalnej.

Zdaniem Kędzierskiego strategia taka umożliwi zablokowanie rozwoju państw, które są naszymi potencjalnymi konkurentami i nie zdążą przeprowadzić zmian przed nami, a ponadto da nam możliwość współdecydowania o losach nowej UE w ramach „pierwszej prędkości”, gdyż tylko uczestnicy tej grupy będą beneficjentami tej współpracy. Po pierwsze, jednolity poziom opodatkowania owszem, będzie hamował, ale przede wszystkim Polskę i kraje, których przewaga konkurencyjna opiera się na relatywnie niskich podatkach, przede wszystkim CIT. Jaka jest korzyść z rezygnacji jednej z niewielu przewag konkurencyjnych nad silniejszymi państwami? Po drugie, harmonizacja podatkowa niekoniecznie musi obejmować tylko strefę euro, co założył autor. Jeśli tak by było, to jest to dodatkowy argument, żeby tam nie wchodzić, nawet pomimo zyskania możliwości współdecydowania o polityce w strefie, w tym o podatkach. Zysk w postaci współdecydowania jest bowiem niewspółmierny do kosztów, jakie trzeba ponieść.  

Najbardziej konkretne postulaty instytucjonalne zawarte w tekście są zarazem najbardziej sprzeczne. Z jednej strony Kędzierski domaga się wzmocnienia ponadnarodowej Komisji, z drugiej zaś międzyrządowej Rady Europejskiej. Problem właśnie w tym, że słabość Komisji wynika z obecnej siły tej drugiej, a konflikt ten zresztą autor sam dostrzega i o nim wspomina. Na czym więc miałoby polegać wzmocnienie siły tych instytucji? I na czym miała by polegać ewolucja w kierunku modelu neośredniowiecznego, która wymusi ich współdziałanie na zasadach konkurencyjnych? Jaka miałaby być różnica między takim modelem i obecnym? Tego autor niestety nie wyjaśnił. Wreszcie całkiem egzotyczny jest pomysł zwiększenia legitymizacji Komisji poprzez wprowadzenie, wzorowanego na Chinach, modelu ścieżki awansu urzędników. Należy jednak podkreślić rzadko podnoszony postulat, który w pełni popieram – Parlament Europejski należy znieść, ponieważ to bezsensowna instytucja, a jego kompetencje legislacyjne należy przenieść do Rady. Uzasadnieniu tego postulatu poświęciłem osobny tekst.

W kontekście polityki zagranicznej należy poddać w wątpliwość przewidywaną przez Kędzierskiego coraz większą rolę polityki zewnętrznej UE, nie zakładającej perspektywy formalnego członkostwa politycznego, ale funkcjonującej w oparciu o jakąś formułę unii gospodarczej w ramach np. Unii dla Śródziemnomorza czy Partnerstwa Wschodniego. Otóż podstawowy problem ze skutecznością oddziaływania UE na zewnątrz polega naiwnym założeniu, że UE będzie mówić, co państwa wokół mają robić, a one przyjmą te reguły z zachwytem i podziękują za nie. Historia integracji europejskiej dowiodła, że UE skutecznie zaszczepiała własne standardy tylko w państwach, które miały przed sobą perspektywę członkostwa. Konieczność dostosowania do wymogów unijnych kandydaci przyjmowali co prawda jako trud, a nie przywilej, ale trud niezbędny, aby wejść do elitarnego grona. Nieskuteczność polityki UE wobec Ukrainy zasadza się m.in. na oczekiwaniu zmian bez adekwatnych korzyści. Należy także mieć na uwadze, że wejście Europy Środkowo-Wschodniej do UE było obciążone ważnym i niepowtarzalnym kulturowym uwarunkowaniem. Oznaczało dla tych państw dołączenie do elity, która wyznacza wzorce. EŚW uznawała je jako historyczną konieczność, którą trzeba przyjąć. Przymus dostosowania do wzorców był efektem kompleksów elit państw naszego regionu, spowodowanego poczuciem europejskiej tożsamości cywilizacyjnej, ale i świadomością opóźnienia rozwojowego wobec Europy Zachodniej. Ta specyfika nie odnosi się do innych regionów, które znajdują się obecnie w sąsiedztwie UE, w tym przede wszystkim państw Maghrebu, które nie odczuwają cywilizacyjnej niższości i potrzeby dostosowania. Także stosunek państw Partnerstwa Wschodniego jest obecnie dużo bardziej pragmatyczny, co wynika przede wszystkim ze spadku atrakcyjności UE jako cywilizacyjnego wzorca na skutek rozwojowej stagnacji i problemów wewnętrznych.

W tekście znalazł się postulat budowy sojuszu państw Grupy Wyszehradzkiej, który miałby zrównoważyć siłę Niemiec. I znów – Kędzierski widzi problem w rozbieżności interesów państw naszego regionu, ale nie wyciąga z niego poprawnych wniosków. Dezawuuje postulat elastycznych sojuszy ad hoc do poszczególnych spraw, uzasadniając to tym, że Polska jest zbyt słabym graczem, aby była w stanie „żonglować” sojuszami i unikać ich kosztów. Jakie koszty ma na myśli autor? To właśnie tworzenie stałych sojuszy kosztuje, ponieważ wymaga solidarności wtedy, gdy interes podpowiada innego sojusznika. Dyskusyjne jest także przekonanie, że poza wymiarem realnym bardzo ważną rolę odgrywa wymiar symboliczny – w tym drugim przywództwo Polski nie jest w pełni uzależnione od wspólnoty interesów państw regionu. O jaką symboliczność chodzi? Czy o to, że Polska jest oczekiwanym liderem regionu?

Biorąc pod uwagę niechęć Czechów, obojętność Słowaków i politykę ściśle narodową Orbàna, o której autor zresztą wspomina – to założenie wydaje się zdecydowanie na wyrost.

Poza tym po co kosztowny sojusz w ramach Europy Środkowo-Wschodniej, skoro długofalowo celem jest dołączenie do „pierwszej prędkości”, szczególnie, że nie wszystkie państwa mają takie aspiracje (np. Czechy)? Bandwagoning i balancing to przeciwstawne strategie.

Ponadto w tekście jest wiele niezrozumiałych założeń, jak choćby to, że w interesie Berlina będzie wzmacnianie takich graczy jak Francja czy Wielka Brytania (symbolicznie i instytucjonalnie) czy Hiszpania, Włochy oraz Polska (wyłącznie symbolicznie). Dlaczego Niemcy miałyby wspierać akurat te państwa i dlaczego niektóre symboliczne, a inne instytucjonalnie, i co w ogóle autor ma przez to na myśli? W końcu niezrozumiałe jest, dlaczego dla słabej Polski kształt UE nie ma praktycznie żadnego znaczenia. Ma nawet większe znaczenie niż w przypadku wzmocnienia Polski, ponieważ w większym stopniu sprawy publiczne będą u nas wówczas funkcją polityki UE. Warto więc kształtować unijną debatę, szczególnie że na horyzoncie nie widać ani technologicznego skoku, ani wyjścia z pułapki średniego wzrostu. 

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Przekaż nam choćby symboliczną darowiznę w wysokości 4 złotych. To mniej, niż kosztuje najtańszy z tygodników opinii, a nasze teksty możesz czytać bez żadnych limitów i ograniczeń.

Klub Jagielloński
Nr konta: 16 2130 0004 2001 0404 9144 0001
W tytule: „darowizna na cele statutowe: jagiellonski24”
Dziękujemy!