Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  24 maja 2014

Kapitalizm do opodatkowania

Piotr Wójcik  24 maja 2014
przeczytanie zajmie 6 min
Kapitalizm do opodatkowania flickr.com

Były już różne pomysły na to, jak ujarzmić neoliberalną wersję kapitalizmu. Jednak podatek od transakcji finansowych (tzw. podatek Tobina) czy polityka proinflacyjna (lansowana swego czasu przez Toporowskiego) miały przy okazji trudne do zbagatelizowania skutki uboczne. Na ich tle podatek od kapitału, czyli postulat gwiazdy współczesnej ekonomii Thomasa Picketty’ego, wydaje się najbardziej racjonalny.

Nawet jeśli przyjęlibyśmy tezę, że kapitalizm to najskuteczniejszy znany nam sposób ułożenia relacji gospodarczych, nie sposób nie zgodzić się z tym, że jest to instrument wielce wadliwy. W dodatku ze skłonnością do notorycznych awarii. Puszczanie go samopas przypomina zakup psa bojowego w celach obronnych, a następnie wpuszczenie go do domostwa, by swobodnie roznosił chałupę i terroryzował tych, których w zamierzeniu miał bronić.

Kapitalizm jest właśnie takim psem bojowym – bywa użyteczny, ale bez kagańca się nie obejdzie.

Z grubsza polega on na grze rynkowej podmiotów kierowanych chęcią gromadzenia (akumulacji) kapitału. Szkopuł w tym, że te podmioty, które mają relatywnie więcej kapitału, momentalnie uzyskują przewagę nad tymi, które mają go mniej. Inaczej mówiąc bogaci stają się coraz bogatsi, gdyż w miarę akumulacji kapitału otwierają się przed nimi nowe możliwości i więcej okazji do zarabiania. A jak to w ekonomii bywa, ilość zasobów jest ograniczona – tak więc cały proceder odbywa się zwykle kosztem zgromadzonych w dolnej części drabiny społecznej, do których dystans systematycznie się powiększa.

Trzeba powiedzieć, że cały proceder może trwać w najlepsze nawet bez ułamka złej woli beneficjentów systemu. Co więcej, ci beneficjenci bardzo często obnoszą się wręcz ze swoją dobrocią, wiarą w Boga, umiłowaniem rodziny i społeczności, z której się wywodzą. I często nie jest to wcale udawane.

Po prostu z reguły nie zdają oni sobie sprawy z systemowego uprzywilejowania, a całość sukcesów składają na karb ciężkiej pracy i talentu.

Tymczasem takie wyjaśnienie zawiera mniej więcej tyle samo prawdy jak to, że Wałęsa sam obalił komunizm. W kapitalizmie, żeby osiągnąć przewagę nad drugim, wystarczy wcześniej wejść na rynek. Albo odziedziczyć spory kapitał. Albo raz szczęśliwie zainwestować i czerpać z tego zyski do końca życia. I żeby było jasne – nie chodzi o to, żeby się pastwić nad dziedzicami fortun, a raczej o to, żeby zrozumieć mechanizm systemu, w którym żyjemy. Gdy sobie go uświadomimy, konieczność regulacji stanie się logiczna i jasna jak słońce.

Jak to wygląda w praktyce? Przykładów jest bez liku. Chociażby pierwszy z brzegu: kredyty hipoteczne. Najbardziej korzystny kredyt we frankach mogą obecnie dostać tylko osoby dysponujące najwyższymi dochodami. Mniej zamożni muszą zadowolić się (o ile w ogóle) droższym kredytem w złotówkach. Innym przykładem jest rynek nieruchomości – które nie od dziś są traktowane jako znakomita lokata kapitału. Lokata dostępna jednak tylko tym, którzy mają wystarczającą (czyli dużą) ilość środków na ich zakup. Ten wygodny sposób zarabiania przez bogatych wiąże się ze wzrostem popytu, a więc ze wzrostem ceny.

Korzystają na tym ci, którzy w nieruchomości inwestują, za to tracą ci, którzy mieszkanie traktują nie jako lokatę, ale jako niezbędne miejsce do życia.

Czyli z reguły ludzie młodzi, nieuprzywilejowani, dopiero wchodzący na rynek. Kupują drożejące mieszkania od bogatszych, dzięki czemu ci mogą zainwestować w kolejne, co jeszcze napędza ich cenę, w związku z czym sytuacja kolejnych wchodzących na rynek staje się coraz gorsza, za to zyski posiadaczy nieruchomości rosną. W efekcie mamy do czynienia w istocie z odwróconą redystrybucją – od biednych do bogatych. Zresztą takich przykładów jest więcej. Przykładowo najbardziej zyskowne i ryzykowne instrumenty finansowe są dostępne przede wszystkim dla najbogatszych. Nie mówiąc już o tym, że wyższa klasa menedżerska dysponuje często możnością swobodnego wpływu na wysokość swoich uposażeń – np. dyrektorzy generalni w amerykańskich spółkach wyznaczają składy komisji ds. wynagrodzeń, które następnie określają ich płace.

To wszystko nabrało ogromnego przyspieszenia wraz ze zjawiskiem zwanym rewolucją neoliberalną. Do lat 70. kapitalizm trzymany był w ryzach, jednak od końca tego dziesięciolecia smycz, na której był trzymany, systematycznie się luzowała. Neoliberalizm kojarzy się stereotypowo z latami 80. oraz rządami Reagana i Thatcher. To za ich czasów gospodarkę zdominowały takie zjawiska, jak szeroka prywatyzacja, obniżki podatków dla najbogatszych czy cięcia socjalne. W moim odczuciu najważniejszym jednak elementem neoliberalizmu stała się deregulacja rynków finansowych. W tym ujęciu głównymi postaciami nie byli wcale Reagan i Thatcher, ale dekadę późniejsi Clinton i Blair. Czyli formalnie politycy… lewicowi. Ale tylko formalnie.

Za rządów administracji Clintona podjęto najbardziej znaczące decyzje – zalegalizowanie najbardziej ryzykownych derywat (czyli instrumentów pochodnych) OTC i przede wszystkim zniesienie słynnej ustawy Glass-Steagall Act, będącej fundamentem New Deal i ładu gospodarczego po nim, zabraniającej łączenia w ramach jednego banku funkcji kredytowo-depozytowej z inwestycyjną.

Od tamtej pory mieliśmy do czynienia z czymś, co eksperci nazywają inflacją rynków finansowych, czyli z szybkim wzrostem wartości ich aktywów. Deregulacja rynków połączona z obniżkami podatków oraz zmniejszeniem roli państwa napędziły wspólnie coraz większe rozwarstwienie dochodowe. O ile w latach 60. i 70. CEO (czyli dyrektorzy generalni) w USA zarabiali 30-40 razy więcej niż przeciętny pracownik, obecnie zarabiają 300-400 razy więcej. Czyli w około 40 lat przewaga zarobkowa klasy menedżerskiej powiększyła się 10-krotnie. Spadały za to płace najuboższych. Zarobki najsłabiej zarabiających mężczyzn w USA (tzw. dolny kwintyl) w latach 80. realnie spadły o 10%, podobnie w latach 90. W rezultacie względne zarobki dolnego kwintyla w latach 90. były o 20% niższe niż w roku 1940.

Dochodzimy w końcu do francuskiego ekonomisty. Thomas Picketty postawił tezę, że nierówności muszą się zwiększać, gdyż zyski z kapitału przewyższają wzrost gospodarczy, a więc zyski z gry na rynku finansowym wielokrotnie przekraczają zyski, które można wypracować z działalności produkcyjnej. Przykładowo w latach 1987-2013 majątki najbogatszych rosły trzy razy szybciej niż światowa gospodarka. A rozwarstwienie majątkowe jest dużo większe niż dochodowe.

O ile najbogatsze 10% społeczności posiada ok. 35% wszystkich dochodów, to już ich udział w posiadanym majątku dochodzi do 70%.

Bez podjęcia odpowiednich kroków ta sytuacja będzie się pogarszać.

W związku z tym według francuskiego ekonomisty (i trudno się z nim nie zgodzić) najlepszym rozwiązaniem byłby podatek od kapitału. Same stawki i sposób poboru są sprawą otwartą, jednak musiałby mieć on charakter mocno progresywny (najlepiej w połączeniu z wartością wolną od opodatkowania), tak by nie uderzyć w tych, którzy kapitału wcale dużo nie mają. Podatek byłby odprowadzany przede wszystkim od aktywów finansowych oraz być może od nieruchomości. Czyli przede wszystkim od tych zasobów, na których zarabia się nie poprzez korzystanie z nich, lecz poprzez wzrost ich wartości. Oprócz funkcji redystrybucyjnej (czyli zmniejszania rozwarstwienia) to rozwiązanie ma wiele innych zalet. Świadomość, że na koniec roku trzeba będzie zapłacić powiedzmy 10% wartości aktywów finansowych powodowałaby zwiększoną chęć inwestowania w środki trwałe. To nie tylko ograniczyłoby ryzykowną spekulację często niezrozumianymi instrumentami finansowymi, ale też zwiększyłoby popyt na rynku dóbr, co pozytywnie odbiłoby się na wzroście gospodarczym i zatrudnieniu. Przede wszystkim jednak takie działania skierowałyby znów strumień kapitału do realnej gospodarki, gdyż bardziej opłacałoby się inwestować w środki produkcji niż w aktywa finansowe.

A przecież oderwanie się rynków od realnej gospodarki to jedna z największych bolączek współczesnej ekonomii.

Rynki kapitałowe utraciły pierwotna funkcję dostarczyciela kapitału dla przedsięwzięć produkcyjnych, stając się często jaskiniami hazardu. Podatek kapitałowy mógłby pomóc to zmienić.

Szkopuł jest jeden – żeby podatek był skuteczny, musiałby mieć charakter globalny. Nawet współpraca USA i Unii Europejskiej (którą na początek postuluje Picketty) mogłaby nie wystarczyć, gdyż razem wytwarzają one ok. ¼ globalnej produkcji. Wydaje się, że naturalną platformą do wprowadzania tego podatku mogłaby być Światowa Organizacja Handlu (WTO), jednak negocjacje w jej ramach idą z reguły jak po grudzie. W przypadku globalnego podatku byłoby pewnie jeszcze trudniej. Jednak nawet jeśli pomysł Francuza miałby się ziścić dopiero za wiele, wiele lat, to wielką wartością jest już sam fakt, że w obecnej debacie ekonomicznej znalazł się w końcu temat postępujących nierówności ekonomicznych oraz inflacji rynków finansowych. Dostrzeżenie tych problemów przez szersze grono ekonomistów daje nadzieję, że w przewidywalnej przyszłości uda się wypracować odpowiednie rozwiązania. Rozwiązania, które po latach znów ujarzmią kapitalizm.