Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krzysztof Szeremeta  3 maja 2014

Jedz mięso i patrzaj w serce

Krzysztof Szeremeta  3 maja 2014
przeczytanie zajmie 6 min
Jedz mięso i patrzaj w serce facebook.com

Gotów jestem bronić tezy, że środowisko poetyckie najwięcej ma wspólnego ze środowiskiem fanów gier fabularnych i literatury fantastycznej. Obie te grupy z utęsknieniem zerkają w stronę mainstreamu, każdą nobilitację stamtąd przyjmując z entuzjazmem (vide – błyskotliwa kariera Szczepana Twardocha czy Nike dla Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego), na co dzień jednak odnosząc się doń z rezerwą. I poeci, i fantaści spotykają się ze sobą na tajemniczych festiwalach tudzież konwentach, gdzie sami stają się zarówno aktorami, jak i widzami prezentowanych spektakli – z tą tylko różnicą, że ci pierwsi, choć na miejscu imprezy mogą spożywać alkohol, bawią się zazwyczaj znacznie gorzej.

Środowisko poetyckie jest też znacznie bardziej wyczulone na to, co zostanie o nim napisane w wysokonakładowej prasie. W 2011 roku olbrzymie poruszenie wywołał artykuł Przemysława Witkowskiego z „Przekroju”, w którym autor – w tytule ogłosiwszy, iż Trzeba zabić starych poetów, czyli głównie Marcina Świetlickiego, wówczas jeszcze nawet nie pięćdziesięcioletniego – prezentował sylwetki i idee poetów roczników osiemdziesiątych opowiadających się po stronie społecznego zaangażowania literatury.

Tym razem do środowiskowego marazmu, z rzadka chwytającego się polemicznych narzędzi, nieco fermentu wprowadził Andrzej Franaszek, na łamach „Gazety Wyborczej” publikując szumnie zatytułowany tekst „Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?”

Artykuł Franaszka obfituje w znaczną liczbę równie konfundujących pytań. „Czy na dnie naszych dusz nie krwawi otwarta rana miłości, potrzeby bycia nią otulonym, jak ramionami matki w zapomnianym już dzieciństwie, jak to może będzie nam dane w domu ojca naszego, który jest w niebiesiech?” – pyta Franaszek i doprawdy trudno mu odpowiedzieć, nie mając dostępu ani do dna naszych dusz, ani do niebiesiech. „Bo kto nam pomoże, jeśli nie literatura? Dzięki komu innemu jakoś przynajmniej wyczytamy się z rozpaczy, skoro nie możemy wypisać się z niej?” – pointuje biograf Miłosza, niejako uniwersalizując swoje poglądy na temat literatury i jej powinności.

Główny problem wywodów Franaszka tkwi w samym tytule. Tezę, którą autor usiłuje lansować, dałoby się jeszcze obronić – wszak bestialstwem byłoby odbieranie komuś prawa do klarowania osobistych, sprecyzowanych oczekiwań względem poezji. W tym przypadku mówimy o koncentracji na, parafrazując Jacka Podsiadłę, „człowieku i jego małych, samotnych sprawach” w opozycji wobec poezji spod znaku kolejnej awangardy, opatrzonej imprimatur w postaciach Tymoteusza Karpowicza i Witolda Wirpszy.

Jednak estetyka, w jakiej Franaszek utrzymuje swój tekst, każe powątpiewać, czy jego autorem naprawdę jest dorosły mężczyzna i czy – jego zdaniem – jedyną grupą zainteresowaną literaturą najnowszą miałyby być panienki z pensji.

Tym bardziej, że sytuacja metaliteracka wspomaga dążenia Franaszka, aby konserwować odium tradycyjnie niemal kojarzone z poezją – które to odium zresztą wydaje się dawać częściową chociaż odpowiedź na rzeczywiście palące pytania odnośnie recepcji tej najnowszej. Pierwszą edycję najwyższej obecnie nagrody poetyckiej w Polsce – im. Wisławy Szymborskiej – zwyciężyli poeci kojarzeni jednoznacznie z nurtem klasycyzującym: Krystyna Dąbrowska i Łukasz Jarosz, któremu zresztą Franaszek poświęca cząstkę swojego artykułu. Na Brackiej, gdzie pada deszcz, obok kultowej i magicznej kawiarni Nowa Prowincja, od niedawna zadzwonić można domofonem – o ile dosięgnie się z pozycji klęczącej – do Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza, którzy, czy to z niebiesiech, czy z nagrania, otulą penitenta otwartą raną miłości jak ramionami matki. Michał Rusinek prezentuje nowego mercedesa, Adam Zagajewski niedawno czytał wiersze w Kolegiacie św. Anny. Tym samym rejtanowski gest Franaszka może dziwić. Ciągle to jego preferencje hołubione są przez jurorów nagród, ciągle poezja polska ma twarz jego ulubieńców, a nie – wymienionego niecelnie jako pars pro toto znienawidzonych przez krytyka tendencji – Adama Zdrodowskiego.

Nie sam tekst Franaszka jest jednak w całej sprawie najistotniejszy. Taki głos był zupełnie przewidywalny, takich utyskiwań muszą wysłuchiwać od nauczycielek polskiego uczniowie szkół średnich, komentarze o podobnej treści możemy znaleźć na dużych portalach informacyjnych, gdy jakimś cudem przedostaną się tam wieści o literaturze. Zainteresowanie – i niedosyt zarazem – budzą polemiki, jakie wystosowali sami tekstem Franaszka dotknięci.

Niedosyt, ponieważ nadrzędnym celem organizującym całą poetykę sporu okazała się chęć do przeciągnięcia linki zainteresowania jak najbardziej w stronę swoją i swoich protegowanych. Narzędzia polemiczne, które były potrzebne, aby Franaszka wypunktować, nie musiały być szczególnie wysublimowane: wszystkie te armatki już nieraz strzelały wodą w absolutnie pewny swoich racji tłum. Wystarczyło więc Franaszka zaprosić do ringu, aby zrobić z nim to, co zazwyczaj robią z emerytowanymi bokserami wytrawni zawodnicy mieszanych sztuk walki.

Trudno jednak o taką postawę, kiedy ideologia przesłania zdrowy rozsądek, a chęć przepchnięcia do „mainstreamu” kilkorga ulubionych poetów jest ważniejsza, niż przekonanie niewprawionego chyba jednak czytelnika „Wyborczej” do najnowszej poezji.

Jako pierwsza respons niedawnemu laureatowi Nagrody Kościelskich dała Julia Fiedorczuk. W imię obowiązujących aktualnie w literaturoznawstwie trendów, zwróciła uwagę na nieobecność kobiet we Franaszkowych żalach, trafiając zarazem daleko od tarczy i wpadając w typową dla emancypacyjnej krytyki literackiej pułapkę autowykluczenia. Sądzę, że nikt – gdyby nie uwagi Fiedorczuk – wątkiem nieobecności kobiet by się nie zainteresował, gdyż zwyczajnie nie o tym jest ten tekst. Trudno się jednak dziwić takiemu postawieniu sprawy. Tydzień temu, we Wrocławiu odbył się Port Literacki przemianowany tym razem na „Port Dżender” (gdzie bohaterowie spotkań autorskich podzieleni zostali, nie ze względu na swoją poezję, a płeć), na uniwersytetach zaś bardzo często trzeba zastanawiać się nad kluczowymi zagadnieniami płci podróży czy miasta. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

Fiedorczuk jednak trafnie zamyka swój artykuł, zwracając uwagę na bierność krytyki literackiej, wciąż chętniej zajmującej się nazwiskami tych, którzy na Parnasie już wylądowali. Nie można jednak mówić o trafnych konkluzjach w przypadku opublikowanego na stronie internetowej lewicowej Korporacji Ha!art felietonu Arkadiusza Wierzby List zamknięty do Andrzeja Franaszka. Tłumacz Egona Bondy’ego, redaktor świetnego skądinąd repetytorium Macieja Taranka, proponuje alternatywny model wzruszenia. Ale po kolei.

Jedynym, co stanowi pewną wartość tego tekstu, jest powtórzenie tendencji, z którą mieliśmy już do czynienia przy wzmiankowanym artykule Witkowskiego.

Dla poetów roczników osiemdziesiątych, których rzecznikiem pragnie być Wierzba, pokoleniowymi adwersarzami nie są już wciąż najistotniejsi dla Franaszka Herbert czy Miłosz. W roli nudnych, jałowych i wyblakłych postawieni są ci, których literatura jeszcze niedawno była elementarzem dla młodych poetów – Jacek Podsiadło i Marcin Świetlicki.

Zwrot, który dokonał się na początku lat dziewięćdziesiątych za sprawą poetów pokolenia „brulionu”, w oczach Wierzby znalazł już swój koniec. Młoda poezja nie chce już śledzić tych „małych, samotnych spraw”; młoda poezja pragnie skierować swoje oczy ku sprawom społecznym, politycznym.

I wszystko byłoby pięknie czytelne, gdyby była to prawda. Ba, można by domniemywać, że tak właśnie jest: w końcu tego typu wymienność idei w procesie historycznoliterackim jest już naukowo udowodnioną zasadą. Problem polega na tym, że całą najnowszą poezję Wierzba sprowadza do kilku – faktycznie „zaangażowanych”, po oczywiście słusznej stronie – nazwisk.

Tym, co Wierzba chce zauważyć, są pełne antyklerykalnych i antykapitalistycznych frazesów wiersze Kiry Pietrek i Szczepana Kopyta. Tym, czego Wierzba zauważać nie chce, jest – by podać skrajne przykłady – poezja roczników dziewięćdziesiątych, choćby dwa ubiegłoroczne debiuty: intymne, konfesyjne i innowacyjne językowo zarazem Pasmo Macieja Rasia czy Konstytucja Seweryna Górczaka, stanowiąca dowód na to, że zaangażowanie w literaturze niekoniecznie musi oznaczać lewackie żale i pogróżki.

Wybiórczość poznawcza Wierzby nie jest jednak głównym wewnętrznym konfliktem, jaki niesie ze sobą ten tekst. Zdaniem autora, nikt nie czyta najnowszej poezji, ponieważ trzyma ona stronę „poniżonych i bitych” – w tym, co w optyce Wierzby jest kluczowe, przemysłowo mordowanych zwierząt. Nie trzeba być Sherlockiem, aby odkryć nonsens takiego postawienia sprawy. Nikt nie czyta nowej poezji, albowiem – przeczytawszy ją – natrafił ten Nikt na niewygodny temat, wobec czego panicznie odrzucił obalający jego światopogląd tomik, sądząc, że tak samo jest w pozostałych. Innymi słowy – nikt nie czyta nowej poezji, ponieważ ją czytał.

Tymczasem ponownie nie wydaje się, aby to była prawda. Punkt widzenia nakreślony przez Franaszka odwoływał się raczej do przebrzmiałego już sporu o „niezrozumiałość” poezji, głośnej niegdyś wymiany zdań między Podsiadłą a m.in. Sendeckim i Jackiem Gutorowem. Wykrzywiając perspektywę Franaszka, Wierzba estetycznie uderzył zarazem w bardzo podobny ton niepokojących pytań. „Komu rośnie gula w gardle z powodu stłoczonych w skandalicznych warunkach ptaków? Czy ci, co płakali po papieżu, płaczą też po wpierdoleniu solidnej dawki wieprzowiny z nowoczesnego obozu koncentracyjnego?” – woła, niebezpiecznie przypominając o krwawiących ranach miłości, dając dowód zarazem, że nieczytelna jest dla niego różnica pomiędzy świnią a papieżem. Niepokojącym zjawiskiem jest, że znaczący bądź co bądź idiom młodej literatury przywołuje paradygmat, który został już dawno obalony: mówiący, że poezja „powinna”. Obalony choćby tępym już ponoć piórem Marcina Świetlickiego, któremu poczytności nadal odmówić nikt nie może – i nie sądzę, że z powodu jego milczenia w kwestii jedzenia mięsa. I nie dlatego nawet, że w przedostatnim tomiku, Niskich pobudkach, za „cel doraźnystawiał sobie „wkurwienie lewaka, obśmianie mentalnego pedała”. Jest, wbrew pozorom, całkiem sporo osób, które w poezji znajdują nie tylko pożądane przez Wierzbę wzruszenie losem wykluczonych „uchodźców” czy przysłowiową już niemal łzę Franaszka.

W poezji nadal można znaleźć prawdziwe emocje – nieskażone ani przeestetyzowanym kiczem, ani neoficką indoktrynacją.

Niezależnie od tego, czy odbiorca poszukuje emocji, czy – za wskazaniem Fiedorczuk – „śmiechu (…), dzielonej z innymi radości z odkrycia jakiegoś obrazu lub znaczenia, satysfakcji z przygody intelektualnej”, nie pomoże mu w tych poszukiwaniach taka krytyka literacka. Jeśli czytelnik do wyboru będzie miał albo sentymentalny konserwatyzm, albo polityczną agitkę, w poszukiwaniu wzruszeń czy jakości wybierze najpewniej Grę o Tron na HBO. Środowisku literackiemu nie zostanie zaś nic ponad uprawianie role playing games we własnym gronie.