Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  2 maja 2014

Kłosowski: Ojcze, zawiedliśmy

Michał Kłosowski  2 maja 2014
przeczytanie zajmie 7 min
Kłosowski: Ojcze, zawiedliśmy flickr.com

Przegraliśmy. Opadł kurz związany z kanonizacją, a przed naszymi oczyma stanął pusty plac, po którym walają się opakowania po kremówkach. Zewnętrzna forma odpadła, odsłaniając pustą treść. Możemy zamknąć księgę „Jan Paweł II” i ze spokojem odstawić na półkę.

Przed kanonizacją zastanawiałem się, co to wydarzenie oznacza dla mnie jako człowieka i obywatela. Czy zmieni moje życie? Albo cokolwiek w naszym społeczeństwie?I ze smutkiem stwierdzałem, że nie. Jeśli po 1991 sam Papież nie był w stanie wpłynąć na Polaków, to tym bardziej jego kanonizacja nic nie zmieni. Ale z drugiej strony czemu miałaby w ogóle zmieniać…

Tydzien temu urządziliśmy festiwal. Jeden taki już miał miejsce – przy okazji beatyfikacji. Wydana wówczas jubileuszowa teka „Pressji” zaczynała się artykułem „Zabiliśmy proroka”, który dziś możemy odczytywać jako smutną przepowiednię:

(…) ostatnia okazja, by zbić kapitał na papieskim filmie, otworzyć kolejną papieską wystawę czy papieskie rondo, pośrodku którego spiżowy JP2 będzie życzliwie błogosławił kierowcom. Te ostatnie już podrygi papieskiej koniunktury nie będą jednak w stanie zakłócić spokoju naszych sumień. Jeszcze tylko dwie barokowe uroczystości i po kłopocie. Nie będzie więcej okazji, by niepokoił nas swoją wizją. Śmiałe projekty duszpasterskie i społeczne ostatecznie nie doczekają się realizacji; ważne książki na temat jego nauczania pozostaną nienapisane; apel o duchową przemianę tego świata puścimy ostatecznie mimo uszu; wizja cywilizacji miłości, czyli zupełnie nowego ładu politycznego, społecznego i ekonomicznego, zostanie zamknięta w przegródce „piękne, ale nierealne”; nieczytane encykliki na dobre pokryje kurz. (…) to zatem dobry czas, byśmy sobie nawzajem pogratulowali dobrze wykonanego zadania. Możemy być z siebie dumni, bo udało nam się nie przejąć za bardzo papieskim nauczaniem, udało nam się nagiąć jego niewygodne słowa do własnych słabości, z czasem wygasić w sobie żar, który w nas rozpalił. Najczęściej zaś zapomnieć, przemilczeć, wyprzeć. Tak, udało się nam. Zabiliśmy Proroka (…)

Aktualne, prawda? Wystarczy przyjrzeć się nagłówkom z najważniejszych mediów, nieważne, czy będzie to „Gazeta Wyborcza”, czy „Tygodnik Powszechny”. Większość z nich opiera się na zewnętrznych artybutach przekazu Jana Pawła – na jego rodzinnym mieście, na tym, jakie emocje przeżywaliśmy, kiedy odwiedzał Ojczyznę. Nie twierdzę, że należy wyprzeć osobiste doświadczenia wizyt JPII. Nie twierdzę także, że należy wyburzyć pomniki, o których mówił, że prosi nas, abyśmy ich nie stawiali. Twierdzę jedynie,że w obchodach kanonizacji zabrakło jednej podstawowej rzeczy: namysłu nad tym, co tak naprawdę chciał nam przekazać.

Oczywiście wiele artykułów traktowało już o tym, jak skremówkowaliśmy papieża, czyniąc z niego bardziej ikonę polskiej popkultury lat 90. niż wybitnego myśliciela. Jedną z wielu odsłon „świętego oburzonka” na ten stan rzeczy był także artykuł w „Gazecie Wyborczej”, który kończy się ponurą konstatacją: 

Sprzed telewizora, z zerwanego na własny rachunek spektaklu, z widokiem na plac, na którym miała się dokonać przemiana, mam dla was niedobrą wiadomość. Wszystko jest takie, jak było. Rewolucji chwilowo nie będzie. Ani we mnie, ani na świecie

Nie będzie, bo jej nie chcemy. Jak ma być, kiedy dobrze i wygodnie czujemy się z tym, że olaliśmy „Wielkiego Polaka” i uczyniliśmy go jedynie figurą retoryczną, tak jak Słowackiego czy innych mesjanistów, o których każdy z nas wie, że „wielkimi poetami byli”? 

Przygotowując się do kanonizacji oglądałem nagrania z jego pielgrzymek, szczególnie chwile, w których głosił kazania – zdumiało mnie, jak bardzo nie zrozumieliśmy tego, co chciał powiedzieć. Zdumiało mnie, że słuchający klaskali wcale nie w momentach najważniejszych, kiedy była mowa o wolności, odpowiedzialności czy o konkretnej wizji Polski po 1989 roku, ale wtedy, kiedy Papież mówił o kremówkach albo o konieczności przeciwstawiania się, przezwyciężenia komunizmu.

Nie dość, że skremówkowaliśmy Jana Pawła II, to dodatkowo jeszcze spolaryzowaliśmy świat, w którym był obecny. Wpisuje się w to nawet Jarosław Gowin, mówiąc, że JP2 był królem Polski. A jaka jest główna rola króla? Rządzić i walczyć. I to, w naszej świadomości, czynił Jan Paweł II – rządził społeczeństwem, kiedy walczyło ono z komunizmem. I on sam też walczył. A kiedy wygraliśmy (on wygrał), przestał być nam do czegokolwiek potrzebny. Przecież poradzimy sobie sami, a stary niech się nie włącza, jego czas już minął.

Przedkanonizacyjne napięcie pękło w poprzedni weekend – wszystkie stacje telewizyjne transmitowały wydarzenia z Rzymu; na kanonizacji obecni byli politycy prawie wszystkich partii politycznych. Ale już na początku tygodnia znów zaczęliśmy biegać za własnymi sprawami, a Papież zniknął z mediów; nawet walka o uchwałę sejmową na jego temat już całkiem wygasła – okazała się być tylko próbą przedarcia się do mediów w trakcie nabierającej rozpędu kampanii wyborczej. Pewnie z okazji kolejnych rocznic urodzin i śmiercy, nadań imienia szkoły czy rocznicy wyboru na Tron Piotrowy w telewizji zobaczymy jego twarz, Wadowice, pełne zniczy po jego śmierci czy Okno Papieskie na Franciszkańskiej, w Krakowie. Ktoś powie, że pamięta smutek, jaki poczuł gdy zmarł. Ktoś dopowie, że miał piękną kanonizację. A przecież nie o to chodzi. 

Wciąż skupiamy się na zewnętrznych atrybutach, nie próbując nawet wniknąć głębiej, w treść jego przesłania.

Winić za taki stan tylko społeczeństwo – to byłoby zbyt wiele. Choć do pewnego okresu myśl Papieża spotykała się z jakimkolwiek odzewem w kraju, szczególnie w okresie wolnościowego przesilenia, to po roku 1991 trudno znaleźć artykuł, który dyskutuje z jego poglądami, z tym, co głosił w sferze społeczno-polityczno-kulturowej. Po walce, w której przewodził nam Wojtyła, zobojętnieliśmy i zamiast pracy nad sobą wybraliśmy ciepłą wodę w kranie. Zobojętnieliśmy na niego i spieprzyliśmy sprawę, zupełnie nie biorąc pod uwagę próśb, kiedy mówił do nas, żebyśmy nie klaskali, a słuchali. I kiedy mówił, że to dopiero początek, że po obaleniu komunizmu nasza droga i walka dopiero się zaczyna.

Początek okazał się końcem. Mam wrażenie, że oprócz intelektualistów, do tej pory Papieża ignoruje też kler. Twierdzę tak, gdyż na niedzielnych mszach słowa Jana Pawła II słyszę tylko w kontekście podparcia konkretnych, prezentowanych przez księży czy w ogóle przez Episkopat tez. Słowa JPII rozpoczynały słynny „list o gender”, w moim odczuciu kompletnie do niego nie pasując. Słowa Papieża to świetny klucz otwierający każde niemalże kazanie. Mam wrażenie, że na dźwięk imienia Jan Paweł słuchającym w Kościele otwiera się klapka z napisem „słuchaj, bo wypada”, „słuchaj, bo należy” etc. Jednym uchem wpada, a drugim wypada… Zamiast rozważać przekaz Wojtyły, wykorzystujemy go na własne potrzeby. Mam wrażenie, że księża tak dobrze znają dokonania Jana Pawła, że zapomnieli już o powinności nauczania i przekazywania tych treści wiernym.

Spieprzyliśmy więc wszyscy – od nas samych, społeczeństwa, zaczynając, na elitach kończąc. I wcale nie twierdzę, że absolutnie każdy z nas powinien znać treść każdej encykliki papieża czy czytać jego wiersze. Od tego, by upowszechnić jego dziedzictwo, są ci, którzy teoretycznie powinni kształtować nasze wyobrażenie o świecie, podsuwać tematy do refeksji: profesorowie, ludzie mediów, księża. Czy ktoś jeszcze zajmie się nie tym, które sanktuarium Ojciec Święty odwiedzał najczęściej albo ilu wiernych przychodziło na jego msze, lecz tym, co mówił o Europie i Polsce? A mówił dużo i mądrze, chociażby to:

A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten „jagielloński” wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym.

Czy gdybyśmy wsłuchali się w przesłanie papieża, uniknęlibyśmy ułomności III RP? Nie wiem, ale patrząc na to, co jest teraz, żałuję, że nie spróbowaliśmy.

Paradoksalnie, to właśnie każdorazowe otwieranie się klapki „trzeba słuchać”, kiedy w telewizji czy na kazaniach padają słowa JPII, wydaje mi się być najbardziej obiecujące. Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że znudzą nam się słowa Papieża. Będziemy mieli ich dość, bo przecież nie są łatwe. Nie zawsze mówił prosto, choć potrafił dotrzeć prawie do każdego; zawsze gromił i stawiał wyzwania, ale widział nas wielkimi: wolnymi, silnymi, zbawionymi. Niech więc teraz działa chociaż jak wyrzut sumienia, bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Kiedy żył, słuchaliśmy go wtedy, kiedy potrzebowaliśmy – w trudnych a ważnych chwilach narodu; kiedy umarł, obiecywaliśmy sobie pojednanie, trafnie diagnozując największe mankamenty naszej wspólnoty; kiedy był beatyfikowany, wierzyliśmy, że niedługo zostanie świętym. A kiedy go nim ogłoszono? Pakujemy manatki, zamykamy książkę i bunkrujemy się we własnych czterech ścianach, wracając do polsko-polskich wojenek na niby.

Przegraliśmy wcale nie dlatego, że nasz grający trener nie jest już na boisku. Zapomnieliśmy, że bez nas on sam nie wygra. Oddaliśmy pole, na które wkroczyli obwoźni sprzedawcy, serwujący nam kremówki. Zaś nieliczne, choć czasem prężne inicjatywy jak o Centrum Myśli JPII, Instytut Tertio Millenio, Fundacja Dzieła Nowego Tysiąclecia, próbujące podnosić spuściznę Papieża wciąż są zbyt słabe i mają zbyt ograniczone możliwośći wpływu, by działać efektywnie. Poza wymienionymi ośrodkami na horyzoncie nie widać nic więcej. 

PS Zastanawiam się, kiedy ostatni raz słyszałem w mediach słowo „naród”. Karol Wojtyła używał go stale, chcąc jakby przekuć je w rzeczywistość. Odkąd zniknął, nie ma już nikogo, kto posługuje się tym anachronicznym pojęciem. ​Jesteśmy plemieniem, bo na to zasłużyliśmy. 

PPS Kanonizacja JPII miała miejsce akurat w 25-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Pewnie niektórzy stwierdzą, że to efekt pracy kardynała Dziwisza. Nie wydaje mi się jednak, by „macki” naszego rodzimego Kościoła sięgały tak daleko. ​Odrzucając inne, mniej lub bardziej prawdopodobne rozwiązania, przyjmijmy, że to ​dzieło Ducha Świętego, który przecież wie, co robi. Na własny pożytek pozostanę przy tej nadziei.