Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  28 kwietnia 2014

Wójcik: Horror prywatnej służby zdrowia

Piotr Wójcik  28 kwietnia 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Wójcik: Horror prywatnej służby zdrowia flickr.com

Przy rytualnym już narzekaniu na polską publiczną służbę zdrowia zawsze pojawiają się równie standardowe recepty na poprawę sytuacji. Otóż zbawieniem chorych w Polsce miałyby być urynkowienie służby zdrowia oraz jej prywatyzacja. Wprowadzenie konkurencji miałoby doprowadzić do polepszenia poziomu usług medycznych oraz obniżenia ich kosztów. Przyglądając się jednak temu, jak wygląda funkcjonowanie prywatnej służby zdrowia w USA, należy stwierdzić, że zwolennicy prywatyzacji liczą na kolejny „cud nad Wisłą”. Cud, który nad Missisipi jakoś wydarzyć się nie chciał.

Narodowy Fundusz Zdrowia stał się etatowym chłopcem do bicia oraz kolejnym, obok Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, łatwym celem dla domorosłych reformatorów, którzy znad otłuszczonych klawiatur walczą namiętnie z państwem polskim. Świat według wolnorynkowych teorii układa się w logiczną całość, w której konkurencja w praktycznie każdej dziedzinie życia doprowadzi do tego, że będzie taniej i lepiej. Całkiem atrakcyjne to i spójne, ale tylko do momentu, gdy zderzy się z rzeczywistością.

W USA funkcjonuje prywatna służba zdrowia. Dodatkowo nie istnieje tam powszechne prawo dostępu do opieki zdrowotnej, tak jak jest to w zdecydowanej większości państw zachodnich. Obywatele mają więc okazję „wziąć sprawy w swoje ręce”, „sami zająć się własnymi sprawami”, „lepiej zagospodarować prywatne pieniądze” i tak dalej. Zobaczmy więc, jak w praktyce wygląda realizacja dwóch zadań, jakie stoją przed urynkowieniem służby zdrowia: obniżki cen i polepszenia jakości usług.

Odnosząc się do pierwszej kwestii, nakłady na opiekę medyczną w USA są ogromne. Wręcz największe na świecie – tak w liczbach względnych, jak i bezwzględnych Stany Zjednoczone są na absolutnym czubie statystyk. Na opiekę zdrowotną wydaje się 17,6% PKB (to wydatki prywatne i publiczne, bo takie też istnieją – Medicare zapewnia ubezpieczenie osobom powyżej 65. roku życia) i jest to rekord globu. W Polsce, jak podaje GUS, ogólne nakłady na służbę zdrowia to zaledwie 6,9% PKB, czyli 2,5 raza mniej. W liczbach bezwzględnych mamy zupełną przepaść.

Amerykanie wydają przeciętnie na osobę 8500 $, Polacy 1450 $ (jesteśmy na trzecim od końca miejscu wśród państw OECD – mniej od nas wydają tylko Estończycy i Meksykanie).

Druga w zestawieniu Norwegia wydaje „zaledwie” 5670 $ na osobę. Jak widać, prywatna służba zdrowia pochłania w USA ogromne ilości pieniędzy. Aż 46% upadłości konsumenckich w Stanach jest spowodowanych drogą opieką medyczną. Przynosi to również taki efekt, że według szacunków ok. 15% Amerykanów (46 milionów osób) nie stać na opłacenie ubezpieczenia (wprowadzająca tanie ubezpieczenia reforma „Obamacare” jak na razie ten stan niespecjalnie zmieniła).

Jak widać taniej nie jest, ale może chociaż lepiej? Nie bardzo. W najpowszechniejszych statystykach zdrowotnych USA wypadają co najwyżej średnio, a jeśli weźmiemy pod uwagę ogromne nakłady, wręcz żałośnie. Przeciętna długość życia w Stanach Zjednoczonych to 79 lat, co jest wynikiem gorszym od każdego państwa zachodniej Europy. W Polsce, w której funkcjonuje chronicznie niedoinwestowana publiczna służba zdrowia, przeciętna długość życia jest tylko niewiele krótsza i wynosi ok. 77 lat. W niektórych południowych stanach USA wskaźnik ten jest niższy niż w Bangladeszu; sytuacja najgorzej przedstawia się w Alabamie, Luizjanie i Missisipi. USA charakteryzuje także bardzo wysoka umieralność niemowląt, wyższa nawet niż w naszym biednym kraju.

Generalnie w kategorii stanu zdrowia obywateli Stany Zjednoczone plasują się na… ok. 30 miejscu na świecie. To tak, jakby bijący rekordy w wydawaniu pieniędzy Real Madryt spadł z Primera Division.

Oczywiście zażarci obrońcy prywatnej służby zdrowia będą wskazywać, że na obniżenie statystyk wpływają grupy niezamożnych imigrantów, których nie stać na opłacenie porządnego ubezpieczenia. „Journal of the Medical Association” porównał stan zdrowia białych mieszkańców USA oraz Anglii (gdzie funkcjonuje publiczna służba zdrowia), będących w średnim wieku oraz mających wyższe wykształcenie. I Amerykanie prawie we wszystkich wskaźnikach wypadają gorzej (za wyjątkiem chorób płuc, gdzie wyniki są równe). Przykładowo na nadciśnienie cierpi ok. 35% Amerykanów i 28% Anglików, a na cukrzycę 8% Amerykanów i 5% Anglików. Podobnie rzecz ma się z chorobami serca czy nowotworami.

Jak widać, prywatna opieka medyczna w USA przynosi skutki odwrotne od oczekiwanych. Jest drożej i gorzej. Wprowadzanie wolnorynkowych rozwiązań w wielu obszarach doprowadza do efektów, które są zupełnie różne niż te zapowiadane w chwytliwych teoriach. Można by obnażyć dysfunkcyjność prywatyzacji emerytur na przykładzie Chile, gdzie ok. 2/3 ubezpieczonych w prywatnych funduszach emerytalnych nie odłożyło w nich środków wystarczających na godne życie, w związku z czym państwo co prawda nie musi dopłacać do systemu emerytalnego, ale za to ponosi ogromne koszty nakładów na pomoc socjalną. Państwowe nie musi wcale znaczyć mniej efektywne, a logika rynkowa nie jest jedyną możliwą. Dowodów na to jest w bród.