Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  19 kwietnia 2014

M. Suskiewicz: W oczekiwaniu na Zmartwychwstałego

Marcin Suskiewicz  19 kwietnia 2014
przeczytanie zajmie 3 min
M. Suskiewicz: W oczekiwaniu na Zmartwychwstałego www.ricamarie.parafia.info.pl

Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie – taką scenę, zawierającą w sobie nie tylko całą zwyczajność ludzkiego losu, ale też przeczucie śmierci, wybrał Bóg jako „znak” swojego wcielenia. Poszliśmy razem z pasterzami za tym znakiem, nie wiedząc, że nie będziemy mogli podążać za nim do samego końca. W pewnym momencie, jak to ujął Balthasar, drogę zagrodzi nam grobowy kamień.

Właściwie Triduum Paschalne zaczyna się już w Boże Narodzenie.

Na niektórych greckich mozaikach żłóbek przypomina grób, a Dzieciątko Jezus, opatulone tak szczelnie, że nie może się ruszać, wygląda jak zmarły w całunie (a może chory psychicznie w kaftanie bezpieczeństwa?).

Nie ma zwierząt, wokół rozpościera się pustynia, żłóbek-grób umieszczony jest na czarnym, trupim tle. Od „zstąpienia z nieba” i „przyjęcia ciała z Maryi Dziewicy” do „zstąpienia do piekieł” droga nie jest daleka.

Od początku, od ubogich narodzin w stajence za miastem, wiadomo, że duszę Maryi przeniknie kiedyś miecz boleści z powodu utraty Syna. Wiadomo to nie dlatego, że Jego męka jest nieunikniona – choć w sumie można jej się było spodziewać w świecie zbudowanym na grzechu i kłamstwie, gdzie ci, którzy naprawdę kochają, skazywani są na śmierć – ale dlatego, że On sam nie będzie jej nigdy unikał, całe życie dobrowolnie ukierunkowując na tę ostatnią godzinę, która musi nadejść. Na niektórych, również greckich, przedstawieniach Ofiarowania w świątyni Jezus wyrywa się z ramion Symeona, wieszczącego Jego Matce przyszłe nieszczęście, ale przecież to tylko przejaw tych wewnętrznych, z góry przesądzonych zmagań, które kiedyś zwieńczą słowa: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! Taka jest logika wcielenia: pieluszki, żłóbek, życie ukryte w Nazarecie, działalność publiczna pod ciągłą groźbą prześladowań, wreszcie wyszydzenie, krzyż i śmierć „poza murami miasta”. Wszystko, od drobnych wyrzeczeń po odejście, dobrowolnie przyjęte dla naszego zbawienia.

Mogliśmy iść za Jezusem przez te wszystkie etapy, mogliśmy być przy Nim, gdy marzł i płakał w żłóbku, gdy nie był rozumiany przez najbliższych, gdy tłum porwał Go i chciał zrzucić ze skały, gdy skandowano „Ukrzyżuj go!”. Mogliśmy patrzeć w przerażeniu, jak cierpiał przed śmiercią, znacznie bardziej przecież niż ktokolwiek inny, bo nie ma większego cierpienia niż poczucie bycia opuszczonym przez Ojca, z którym trwa się w doskonałej komunii miłości. W zbawczych skutkach każdego z tych wydarzeń mogliśmy uczestniczyć, biorąc przez cały rok, szczególnie zaś w Wielki Czwartek, udział w liturgii mszy świętej. Mogliśmy Go nieudolnie naśladować, niosąc własny krzyż.

A teraz przyszła Wielka Sobota i dalszą drogą blokuje nam głaz. Nie wiedzieliśmy, że pójdzie tak daleko. Nie wiemy, co będzie dalej.

Wielka cisza spowiła ziemię; wielka na niej cisza i pustka, czytamy w starożytnej homilii wielkosobotniej.

Nie wiemy jeszcze, co dalej, ale z pewnością jest w tym tajemniczym zstąpieniu Jezusa do otchłani wielki dar dla nas. Najgorsze w cierpieniu nie jest chyba to, że boli. Najgorsze jest to, że cierpienie może podważyć wartość naszego istnienia. Czy nasze życie jest w ogóle warte tego, by je przeżywać, skoro jest w nim takie czy inne cierpienie? Skoro jest w nim choroba i śmierć naszych bliskich, skoro jest w nim koniec i śmierć? Czy summa summarum, po dokonaniu wszystkich rachunków, nie okaże się to nasze życie raczej złe niż dobre, raczej daremne niż warte przeżycia?

Że wszystko może okazać się bezsensowne – to jest chyba największy dramat ludzkiego losu.

Obecność Jezusa w tym wszystkim, Jego bycie z nami także w śmierci, zmienia ten niekorzystny rachunek. Rzeczywistość, w której obecny jest On – całkowicie dobry, całkowicie niewinny, święty, piękny – jest jako całość lepsza, choćby obecne było w niej wielkie zło. Wszystko, pozostając tym, czym jest, się zmienia. Gdy On jest blisko, każde wydarzenie ukazuje drugie, niespodziewane dno, a w każdym razie wydaje się możliwe do zniesienia; my sami też czujemy się – i może jesteśmy – lepsi. Z perspektywy nieba – pisze McCord Adams – także ofiary okropnego zła, gdy uświadomią sobie, że Bóg był przy nich w czasie najgorszych doświadczeń, nie będą chciały usunąć ani jednej chwili zażyłości z Bogiem z historii własnego życia.

Ale Jezus przecież już jutro wyjdzie z grobu i dowiemy się, że w Jego zstąpieniu do otchłani było coś więcej niż to, co przeczuwaliśmy, stojąc po drugiej stronie głazu. On zstąpił tam jako ten, który zwyciężył śmierć i który wkrótce zmartwychwstanie. Prawdziwie, Ten był Synem Bożym, a Jego zstąpienie nie było tylko przejawem solidarności z nami w cierpieniu aż do końca – czy nawet poza koniec; było już przekroczeniem cierpienia, triumfem. Od teraz nie będziemy bać się śmierci, bo będzie ona preludium do spotkania z Naszym Panem. Dla mnie żyć to Chrystus, a śmierć jest mi zyskiem. Wielka Sobota jest dniem milczenia, ale także dniem radosnym, antycypacją tego, co wiemy przez wiarę.

Dlatego zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cię stworzyłem, byś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań z martwych, albowiem jestem życiem umarłych.