Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Rafał Matyja  9 kwietnia 2014

Matyja: Diagnoza, wizja, program

Rafał Matyja  9 kwietnia 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Matyja: Diagnoza, wizja, program Flickr.com

Polityka polska straciła powagę. Nie dziś, nie wczoraj. Czasami pożycza ją, nawiązując do ważnych wydarzeń międzynarodowych, jak przy okazji aneksji Krymu przez Rosję. Ale zaraz potem ją traci, gubiąc się w idiotycznych polemikach, tracąc czas na jałowe spory. Ten proces nie jest jednak żadnym fatalizmem, nie stoi za nim mechanizm o nieuchronnych skutkach. Brakuje jednak pomysłu na naprawę życia publicznego i instytucji politycznych.

Czy można zmienić politykę poprzez utworzenie nowej partii? Wydaje się, że jest to dziś droga bardzo trudna, jeżeli w ogóle możliwa. Nowe twory bardzo szybko przyjmują określone przez silniejszych reguły rywalizacji. Uznają „przewodnią rolę” spin-doktorów w kształtowaniu nie tylko wizerunku, ale także programowego oblicza, a niekiedy nawet w doborze grupy reprezentującej partię na zewnątrz.

Dwie najsilniejsze partie mogą przejmować pojawiające się w przestrzeni publicznej nośne hasła i trafne pomysły, by włączać je do swoich krótkotrwałych przekazów dnia. Jeżeli słabsi chcą być w ogóle dostrzegani lub słyszani – muszą radykalizować przesłanie. Dotknęło to zarówno lewicową formację Janusza Palikota, jak i prawicowe ugrupowania Zbigniewa Ziobry czy Jarosława Gowina.

Takie reguły gry umacniają hegemonię silnych i trwale blokują wejście do gry nowych partii.

Podjęcie decyzji o tworzeniu nowego ugrupowania wiąże się zatem nie tylko z ryzykiem niskich notowań w sondażach, ale także z tworzeniem oblicza programowego pod dyktando spin-doktorów.

Co więcej, sprawa ma ścisły związek z mechanizmami politycznej rekrutacji. Znani eksperci, wpływowi samorządowcy czy liderzy środowisk społecznych nie przyłączą się do grupy nie mającej realnych szans na przekroczenie pięcioprocentowego poparcia. Ponadto zaczną odchodzić, gdy zacznie ono wyraźnie spadać.

Tworzenie nowej partii przypomina zatem biedaka grającego w ruletkę, w której wolno mu obstawić tylko jedną liczbę, podczas gdy jego zamożniejsi rywale swobodnie grają na nieparzyste lub parzyste, czerwone lub czarne. Wygrana jest kwestią szczęścia, korzystnego zbiegu okoliczności i skłonności do mało racjonalnego ryzyka.

Dlatego poważna rozmowa o możliwości realizacji programu politycznego nie może zaczynać się od pomysłu na partię, od nadziei na osobistą charyzmę lidera, który przyciągnie rzesze zwolenników.

To, co udało się w 2001 roku PO, PiS, LPR i Samoobronie nie jest wbrew pozorom łatwym do powtórzenia wzorem. Nie wystarczy, by w miejsce nazwiska Lecha Kaczyńskiego wstawić inne, równie popularne. Nie wystarczy zebrać znanych polityków i określić ich mianem nowych „trzech tenorów”.

Od 2001 roku reguły gry uległy zmianie. Po pierwsze ze względu na nowy sposób finansowania wyborów i działalności partii z budżetu państwa. Po drugie ze względu na zmianę nastawienia mediów, które coraz wyraźniej zmierzają ku formule infotainment. Po trzecie wreszcie ze względu na wzmocnienie mechanizmu klientelistycznego wewnątrz partii i powiązanej z nim negatywnej selekcji na wszystkich szczeblach politycznej kariery. Przezwyciężenie tych elementów „politycznej grawitacji” przerasta siły wszystkich uruchomionych w ostatnich latach projektów partyjnych.

Mimo niepowodzeń poprzedników nie zabraknie kolejnych próbujących szczęścia. Oprócz szansy na to, że powstanie ich partii zbiegnie się z jakimś odwróceniem się społecznych emocji, któremu Polacy rzeczywiście co pewien czas ulegają, elementem dodającym powagi podobnym przedsięwzięciom byłby w miarę oryginalny i przemyślany projekt ideowy. Projekt, którego brakuje formacjom stawiającym dziś czoła dominacji PO i PiS.

Najbliższe wybory do Parlamentu Europejskiego nie rozstrzygną ostatecznie o układzie sił politycznych w drugiej połowie obecnej dekady. Nie przesądzą o nim także wybory samorządowe, w których liczyć się będą przede wszystkim urzędujący prezydenci, burmistrzowie i wójtowie oraz najsilniejsze ogólnopolskie partie.

Najpoważniejszą okazją do zakwestionowania status quo będą wybory prezydenckie latem 2015 roku.

I nie chodzi tu o szanse na zwycięstwo, ale wypowiedzenie nowej politycznej formuły, odpowiadającej wyzwaniom, przed jakimi stajemy jako społeczeństwo. Formuły dającej nie tylko szanse na dobre wyborcze wyniki, ale także na pewną niezbędną do naprawy instytucji mobilizację społecznej aktywności i synergię działań podejmowanych poza sferą bezpośredniego oddziaływania politycznego. Przywództwo, które sprowadza się do sprawnego kierowania partią, do zdolności przetrwania kolejnych kryzysów związanych ze sprawowaniem władzy, jest z państwowego punktu widzenia jałowe. Za rok pojawi się szansa przedstawienia innego modelu polityki. Jego źródłem nie jest jednak medialny spryt, ale mocny – oparty na dobrej diagnozie sytuacji – pomysł.