Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  7 kwietnia 2014

Kędzierski: Nasze Polski dwie

dr Marcin Kędzierski  7 kwietnia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Kędzierski: Nasze Polski dwie facebook.pl

Mija 25 lat polskiej transformacji. Był to czas szybkich karier i szybkich upadków. Niestety w wielu przypadkach upadki nie były poprzedzone sukcesami – na ołtarzu nowego systemu poświęcono setki tysięcy Polaków, którzy w zaledwie kilkanaście miesięcy po wprowadzeniu planu Balcerowicza stracili pracę, a z nią szansę na rozwój w wolnej Polsce.

Terapia szokowa początku lat 90. podzieliła nas, społeczeństwo, na dwie grupy – wygranych i przegranych.

Minęło 25 lat i na plac dziejowego boju wkracza kolejne pokolenie. Takie, które albo dziedziczy sukces swoich ojców, albo ich porażkę. Pierwsi kończą uczelnie wyższe w Polsce, a może nawet i za granicą, i dzięki kapitałowi finansowemu oraz społecznemu swoich rodziców wkraczają śmiało do walki na konkurencyjnym jak nigdy przedtem rynku. Ci drudzy – bez kapitałów – też kończą studia, ale swoich szans muszą szukać poza Polską.

Nie dajmy się zwieść złudzeniu, że stopa bezrobocia w Polsce to nieco ponad 13%. Gdyby nie masowa emigracja po 2004 roku, ten poziom dobiłby do 25%, a wśród młodych sięgnął zapewne 50%.

Prawda jest taka, że znacznie bliżej nam dziś do Hiszpanii niż do Irlandii. Nowa wielka emigracja jest jedną z przyczyn spadku potencjalnego tempa wzrostu naszej gospodarki z 5% do 3% w okresie pomiędzy 2007 a 2013 rokiem. Dziś ze świecą szukać analiz, które pokazywałyby czas osiągnięcia tzw. realnej konwergencji, czyli momentu, w którym Polska doścignie średni poziom dochodu per capita krajów Europy Zachodniej. Parę lat temu mówiono o roku 2035; dziś ta perspektywa odsunęła się na drugą połowę XXI wieku. Możliwe, że dogonimy Niemcy dopiero w setną rocznicę obrad Okrągłego Stołu.

Podobnie jak istnieją dwa oblicza tego samego pokolenia transformacji – wygrane i przegrane – tak i Polska ma swoją failure storysuccess story. W 1500 roku dochód per capita mieszkańca Polski wynosił ok. 62% średniego dochodu w krajach Europy Zachodniej. Wskaźnik ten wzrastał i pod koniec XVI wieku, czyli w momencie szczytu świetności Rzeczpospolitej Obojga Narodów, osiągnął 72%. Od tego czasu zaczął systematycznie maleć, by w 1992 roku osiągnąć historyczne dno na poziomie 28% (mierzone parytetem siły nabywczej, w ujęciu nominalnym było to zaledwie 10%). Od tego czasu zaczął się polski cud gospodarczy. Nasz kraj jako jedyny z krajów postkomunistycznych w latach 1992-2012 podwoił PKB. W tym samym czasie druga w rankingu Słowacja wzbogaciła się o 75%, a kolejne kraje, Estonia, Czechy i Słowenia, o zaledwie 40%. W skali świata Polska znalazła się na piątym miejscu w zakresie tempa rozwoju gospodarczego. W ostatniej dekadzie, wbrew powszechnemu przekonaniu, dokonaliśmy największego skoku w rankingu Banku Światowego dot. łatwości prowadzenia działalności gospodarczej „Ease of Doing Business” spośród 190 krajów świata. W rezultacie w 2012 roku dochód per capita osiągnął poziom 61% średniej dla państw strefy euro, a więc najbardziej rozwiniętych państw Wspólnoty. Oznacza to, że w ciągu 20 lat Polsce udało się nadrobić dystans utracony przez ponad 400 lat.

Biorąc pod uwagę powyższe dane, trudno oprzeć się wrażeniu, że

mamy do czynienia z dwiema Polskami.

Tę dychotomię dobrze, choć w dość paradoksalny sposób, pokazują wyniki badań, które sprawdzały stan zadowolenia Polaków z własnej sytuacji oraz z pozycji kraju. W latach 1992-2012 pierwszy wskaźnik wzrósł z 55% do prawie 80%, ten drugi też wzrósł, ale znacznie słabiej – z 10% do niewiele ponad 20%. Różnica jest ogromna: podczas gdy ze swojej sytuacji zadowolonych jest aż 8 na 10 Polaków, dumę narodową odczuwa zaledwie dwóch z nich. Coś się wyraźnie rozjechało. Z tych badań można bowiem wysnuć dwa wnioski. Po pierwsze część niezadowolonych jest już poza granicami naszego kraju, a po drugie choć zadowoleni czują problem słabości państwa, to ich osobista sytuacja demotywuje ich do podjęcia zdecydowanych działań mających na celu poprawę istniejącego stanu rzeczy.

Dlaczego my, młodzi, powinniśmy angażować się w politykę i wziąć odpowiedzialność za losy kraju? Odpowiedź na tak postawione pytanie jest stosunkowo prosta.

Sytuację Polski można porównać do symboli jing i jang, stanowiących, na przykład, element flagi Korei Południowej. Choć przeciwstawne, wzajemnie się uzupełniają.

Czy warto się angażować? Przegrana część pokolenia dzisiejszych 20- i 30-latków nie ma innego wyjścia – perspektywy migracji zarobkowej są coraz słabsze, a w obecnej sytuacji czeka ich długoletnia wegetacja. Albo rewolucja. Z drugiej strony kryzys finansowy 2008 roku i

ostatnie wydarzenia na Ukrainie pokazały, jak ogromną rolę odgrywa silne państwo i dlatego również ci wygrani nie mają innego wyboru, jeśli chcą zagwarantować sobie stabilną sytuację materialną w przyszłości.

Inaczej ich spokój zostanie szybko zmącony – zarówno przez zagrożenia zewnętrzne, jak i wewnętrzne.

Jeśli zaangażują się wyłącznie przegrani, zabraknie kapitału. Jeśli tylko wygrani, zabraknie determinacji. Jeśli obydwie grupy zrozumieją, że muszą działać wspólnie, Polskę czekają perspektywy Korei Południowej,

bodaj największego gospodarczego sukcesu w powojennej historii świata, która zawdzięcza dobrobyt wspólnym wysiłkom wszystkich Koreańczyków i która stworzyła potęgę narodowych, a zarazem globalnych czempionów takich jak Samsung. Jeśli tego nie zrozumiemy i podobnie nie zjednoczymy swoich wysiłków – bogaci i biedni, wygrani i przegrani, staniemy się światowym peryferium, skansenem, Priwislinskim krajem.

Pragnę wierzyć, że wszystko jest w naszych rękach. Świat jest dziś zbyt złożony i emergentny, by zakładać istnienie spiskowych teorii dziejów i wierzyć w sprawczą moc masonów czy grupy Bilderberga. Wiem jednak, że pokolenie naszych rodziców też myślało, że w 1989 roku wszystko jest w ich rękach, podczas gdy dziś już wiemy, że tak naprawdę karty zostały rozdane kilka lat wcześniej. Czy teraz mamy mocne karty w dłoni? Nie wiem, czas pokaże. Naszym zadaniem jest jednak działać w przekonaniu, że je mamy.