Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Zawiązalec: Czas na szkoły społeczne

przeczytanie zajmie 6 min
Zawiązalec: Czas na szkoły społeczne Flickr.com

Posiada Pani spory bagaż edukacyjnych doświadczeń. Łącznie 17 lat w sektorze publicznym i prywatnym. Jakie są różnice między tymi dwoma sektorami?

Mówiąc „prywatny”, ma Pan na myśli sytuację, w której uczeń dokonuje wyboru szkoły połączonego z odpłatnością za naukę?

Tak.

Osobiście nie mam dobrych skojarzeń ze słowem „prywatny” w kontekście rynku edukacyjnego, stąd moja dociekliwość. Zamiast tego wolę posługiwać się pojęciem „szkoła społeczna”. Jakie są korzyści z takiej szkoły? (śmiech) Nie chciałabym być złośliwa, ale w moim przekonaniu szkoła publiczna nic nie wnosi w procesie edukacji. Nie obrażając pojedynczych wartościowych nauczycieli, którzy się w niej marnują. Z powodu schematyczności nauczania oraz zbyt dużej ilości zadań domowych realny potencjał uczniów nie jest wykorzystywany. Problematyczna jest również zbyt duża liczebność klas, która uniemożliwia efektywne przekazywanie wiedzy.

A co daje prywatna szkoła? Fundamentalna różnica tkwi w podejściu ucznia. W mojej szkole językowej nie znajdziemy uczniów, którzy nie chcieliby tutaj przyjść i którym nie zależałoby w pełni na nauce. Istotna jest również możliwość budowania bliższych relacji z uczniami dzięki małym grupom zajęciowym. A co za tym idzie – szansa dostrzeżenia w młodym człowieku indywidualnych cech, ukrytych dotychczas talentów.

Czy to właśnie negatywne doświadczenia wyniesione ze szkoły publicznej skłoniły Panią do decyzji o założeniu pierwszej szkoły demokratycznej na Śląsku?

Tak. Zarówno te wyniesione jeszcze z czasów, kiedy sama do niej uczęszczałam, jaki i okres, w którym pracowałam jako nauczycielka. W moim przekonaniu szkoda czasu na marnowanie potencjału, co niestety ma najczęściej miejsce w przypadku szkoły państwowej. Stąd moje wysiłki, najpierw w tworzeniu demokratycznej szkoły językowej „Pestka”, a teraz demokratycznej placówki w Tychach, tym razem nie tylko językowej, lecz ogólnej.

Wspomniała Pani o wolności wyboru oraz indywidualnym podejściu do ucznia. Rozumiem, że w pełni mogą być one realizowane właśnie w szkole demokratycznej. Czym tak naprawdę jest szkoła demokratyczna?

Szkoła demokratyczna jest miejscem, w którym człowiek się uczy przede wszystkim tego, kim jest, kim są inni ludzie, szacunku do innych, budowania relacji, komunikacji, odpowiedzialności. I oczywiście zdobywa wiedzę na tematy, które go interesują, co wynika właśnie z tej wolności wyboru.

Jak to wygląda w praktyce? Rozumiem, że ta dobrowolność opiera się też na tym, że nie tylko rodzicie i nauczyciele biorą udział w procesie decyzyjnym, ale również uczniowie?

Szkoła demokratyczna jest szkołą równych praw, gdzie zdanie dziecka jest tak samo ważne, jak osoby dorosłej. Oczywiście z poprawką na wiek ucznia.

Podam przykład, jak to wygląda w Łodzi. Dziecko zastanawia się przez weekend, czego chciałoby się dowiedzieć w następnym tygodniu. Przykładowe pytania brzmią: „Jak wygląda statek? Z czego jest zbudowany?”, „Dlaczego po zimie następuje wiosna?” etc. Mentor zbiera te dziecięce pytania i w poniedziałek, na spotkaniu z innymi mentorami, nauczycielami, opiekunami następuje ich rozdzielenie. Każdy z nauczycieli wybiera konkretne zagadnienie do opracowania, a następnie ma za zadanie w maksymalnie atrakcyjny i inspirujący sposób przekazać je dziecku. Co ważne, następuje to w sposób indywidualny. Dane pytanie zadał Stasiu i tylko z nim jest ono opracowywane, w dniu, w którym sobie tego życzy. Pytanie może również zadać cała grupa i wtedy grupowo opracowujemy dane zagadnienie.

Jedyne, co muszą zrobić nasi uczniowie, to raz w roku zdać egzamin z podstawy programowej. W tym celu każda szkoła demokratyczna podpisuje kontrakt ze szkołą publiczną, w której przeprowadzane są owe egzaminy. Czasami przez ten wymóg młody człowiek musi opuścić szkołę demokratyczną, aby nadrobić podstawę programową w szkole publicznej. Oczywiście zawsze może wrócić. I to jest tak naprawę jedyny element, który łączy szkołę demokratyczną ze szkołą systemową. Z tego powodu nie możemy sobie pozwolić na całkowitą dobrowolność w doborze tematów; zajęcia, które prowadzi mentor, muszą opierać się o podstawę programową.

Nie obawia się Pani sytuacji, że taki młody człowiek, dobierając sobie indywidualnie tematy, zostanie pozbawiony podstawowego kodu kulturowego, wiedzy, bez której nie będzie mógł się później odnaleźć?

Jest to z pewnością jedno z wielu zagrożeń, z którymi zetknie się szkoła demokratyczna. Z tego powodu bardzo dużą wagę przywiązujemy do doboru kadry. Wbrew pozorom nie muszą to być nauczyciele zawodowi, lecz wolontariusze. Zależy nam przede wszystkim na ich pasji, entuzjazmie, umiejętności przekazania niecodziennej, lecz wartościowej wiedzy. Także tej dotyczącej funkcjonowania na rynku pracy. W tym celu będziemy zapraszali np. ludzi prowadzących własny sklep, aby opowiedzieli dzieciakom, jak to wygląda „od kuchni”. Takie zorganizowanie szkoły, aby przekazywała uczniom maksymalnie różnorodną wiedzę, będzie wielkim wyzwaniem, na które jednak się cieszymy.

Rozumiem, że dzięki tej różnorodności szkoła demokratyczna będzie w stanie przekazywać wiedzę i umiejętności na wyższym poziomie niż szkoła państwowa?

Jestem o tym absolutnie przekonana. Zrozumiałam to już dziesięć lat temu, kiedy po raz pierwszy wpadłam na pomysł stworzenia szkoły demokratycznej. Teraz spotkałam grupę ludzi, z którą mogę wreszcie wcielić swój projekt w życie.

Edukacja demokratyczna liczy sobie blisko sto lat. Pierwsza taka szkoła, Summerhill, powstała w Wielkiej Brytanii już w roku 1921.

Ludzie wychodzący z placówek demokratycznych to ludzie szczęśliwsi, świadomi, czego chcą od życia, nie mający żadnych problemów z dostaniem się na studia. Co istotniejsze, lepiej radzą sobie w relacjach interpersonalnych niż absolwenci szkół państwowych. A kiedy popatrzymy na wymagania dzisiejszego rynku pracy, to przekonamy się, że pracodawcy większą wagę przykładają do osobowości i komunikatywności niż papierów, certyfikatów etc.

I tego właśnie uczy szkoła demokratyczna. Nie robimy testów, nie oceniamy – to jest zdecydowanie lepsze od klasycznego dziennika z piątkami i trójami.

W Polsce tego rodzaju placówki dopiero raczkują. Na ostateczne oceny przyjdzie czas po upływie jednego pokolenia. Mam nadzieję, że wówczas mój entuzjazm i wysiłki przyniosą dobre owoce.

Czy ten brak ocen nie spowoduje braku systematyczności w pracy dziecka? Braku pewnej hierarchii budowanej w relacji nauczyciel-uczeń? Hierarchii, która cały czas będzie obecna w naszym dorosłym życiu, także w świecie pracy. Czy jej brak nie odbije się negatywnie na zdolności przystosowania się ucznia do życia w tak skonstruowanym społeczeństwie?

Mówi pan o strukturach, w których trzeba funkcjonować?

Tak. Ciężko być wolnym elektronem. Jedną z funkcji szkoły powinno być przecież przygotowanie do życia w społeczeństwie, które ma swoją budowę.

Na pewno obowiązkowy egzamin jest elementem, który przygotowuje do życia w tej strukturze, jak to Pan nazwał. Jest to więc pewien rodzaj systematyczności.

A co w sytuacji, w której dziecko przez kolejne dni mówi, że nie będzie się uczyło?

Nie mamy z tym problemu. Jeśli uczeń zapiera się, płacze, to pozwalamy mu w ten sposób okazywać swoje emocje. W moim przekonaniu niezdolność do okazywania emocji jest problemem całego naszego społeczeństwa. Szkoła demokratyczna w jakiś sposób z nim walczy.

Czy w szkole demokratycznej panuje pewien paradygmat neutralności światopoglądowej? Przykładowo mamy grupę dzieci i rodziców, którzy podejmują decyzję, że chcieliby mieć dużo zajęć religii. Czy to byłoby możliwe?

Mówi pan o katechezie, prowadzonej obecnie w szkołach państwowych?

Tak.

Nie jest to możliwe, ponieważ jedną z cech głównych szkoły demokratycznej jest bezwyznaniowość. Możemy oczywiście przekazywać uczniom wiedze o poszczególnych religiach, lecz bez narzucania wybranej z nich jako tej najważniejszej. Młody człowiek sam ma prawo wyboru drogi duchowej, nie można mu tego narzucać. Ale oczywiście możemy dyskutować o katolicyzmie, zaprosić jakiegoś buddystę, który z pasją opowie o swojej ścieżce duchowej itp.

A ksiądz katolicki może przyjść?

Jak najbardziej.

Chciałbym pociągnąć ten wątek aksjologiczny. Czy zakładanie bezwyznaniowości też jest przyjmowaniem określonej aksjologii? Co jeszcze na tym gruncie wyróżnia szkołę demokratyczną? Jeżeli Pani mówi o bezwyznaniowości, która jest fundament szkoły demokratycznej, czyli nie ma możliwości nauczania katechezy…

Takiej, która by narzucała coś uczniowi! Możliwe byłoby nauczanie religioznawstwa, dostarczanie uczniom wiedzy „technicznej” na temat poszczególnych wyznań, tak aby w przyszłości dziecko samo zdecydowało, jak ułożyć swoje życie duchowe.

Na koniec chciałbym zapytać o rzecz ważną dla rodziców, czyli koszty. Wszyscy wiemy, że szkoła prywatna to szkoła droga, na którą stać przede wszystkim klasę wyższą.

Bardzo zależy nam na uniknięciu swoistego snobizmu, tworzenia enklaw dla bogatych.

Czyli bardziej egalitarnie, nie elitarnie?

Tak. Żadna ze szkół demokratycznych, która istnieje w Polsce, nie ma charakteru elitarnego, ale istnieją oczywiście koszty uczęszczania do nich. Przykładowo w Łodzi jest to ok. 500 zł/m-c.

Są dwie możliwości dla tych, którzy nie mają na to pieniędzy. Pierwsza to kredyt, którego szkoła może udzielić. Druga opcja to barter. „Walutą” mogą okazać się przedmioty potrzebne szkole, czas rodziców, którzy opłatę odpracują jako opiekunowie. W ten sposób realizujemy kolejną ważną cechę szkoły demokratycznej, czyli budowę społeczności; przekonanie, że wszyscy tworzymy tę szkołę, że nie należy ona tylko do dyrektora czy nauczycieli. Ponadto grupa zajmująca się finansami w naszej szkole poszukuje różnych alternatywnych źródeł finansowania: sponsorzy, 1% podatku etc. Oczywiście zawsze będą pojawiać się kłopoty finansowe. Michał Jankowski, założyciel szkoły „Trampolina”, opłacił kilkumiesięczną naukę jednego z uczniów z własnych, prywatnych pieniędzy. Finanse nie są więc problemem nie do przeskoczenia.

Rozmawiał Rafał Gawlikowski