Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Grzegorz Oleksy  25 marca 2014

Oleksy: Tablety z kartofli

Grzegorz Oleksy  25 marca 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Oleksy: Tablety z kartofli Dan Mason, flickr.com, CC.

Ukraińska rewolta, ogniskująca w ostatnich tygodniach uwagę całego kraju i pokaźnej części globu, stała się w polskich mediach okazją do odkurzenia i utrwalenia mitu skutecznej transformacji ustrojowej i efektywnych reform gospodarczych przeprowadzonych w III RP. Taka perspektywa daje jedynie fałszywe poczucie dobrze spełnionej misji, misji która w rzeczywistości dopiero się rozpoczyna.

W dziesiątkach analiz, wypowiedzi i prognoz różnej maści specjaliści, ze swadą komentatorów sportowych z toru do łyżwiarstwa szybkiego wypowiadali się na temat kierunków którymi musi iść Ukraina. Wśród nich usłyszeć można było niczym mantrę słowa o konieczności skorzystania przez naszego wschodniego sąsiada z drogi polskich, bolesnych reform początku lat dziewięćdziesiątych, dzięki którym z odrobiną szczęścia stanie się krajem płynącym mlekiem i miodem. Za dowód rozstrzygający wskazywane były statystyki dynamiki przyrostu PKB na Ukrainie i Polsce, które rozpoczynając w 1991 roku z tej samej pozycji, dziś oddziela finansowy rów mariański.

Siłą rzeczy na tle najbardziej bezwładnego i zeżartego przez korupcję państwa Europy (może z wyjątkiem Albanii) prezentujemy się niczym mercedes przy małym fiacie, jednak jest to perspektywa ze wszech miar złudna i myląca. Dość powiedzieć, że do powyższego porównania nie sposób wskazać żadnego nowego polskiego modelu seryjnie produkowanego auta, gdyż nad Wisłą aktualnie takowy nie istnieje. Brak marki polskiej o regionalnym chociaż zasięgu jest pierwszym z całej litanii niedomagań, z jakimi my, Polacy organizujący się od blisko 25 lat we własnym niepodległym państwie nie jesteśmy sobie w stanie poradzić.

Najbardziej miarodajnym i wymiernym probierzem „tekturowości” polskiego sukcesu jest spojrzenie na gospodarkę, w szczególności na jej innowacyjność i udział nowych technologii. Pomimo tego iż corocznie odnotowujemy wzrost krajowej produkcji, to budowany jest on głównie „po kosztach”, na taniej sile roboczej, nie zaś kreatywnym rozwiązaniach zapewniających strategiczną przewagę. Widać to dobitnie po wskaźniku przychodów z nowych produktów, którego udział w ogólnym obrocie nie przekracza zawartości alkoholu w winie stołowym.

Wypracowywane zyski przedsiębiorcy najczęściej planują wydać na renowację istniejących już zasobów, zdecydowanie rzadziej na nowe, kapitałochłonne technologie. Dobrą ilustracją tego stanu rzeczy jest dynamika polskiego eksportu, który rekordowe wyniki w ubiegłym roku osiągał głównie dzięki przyrostowi sprzedaży żywności i mebli. Dynamiczny rozwój tych branż cieszy niezmiernie, ale myśląc o sprostaniu wyzwaniom dnia jutrzejszego gospodarka polska musi inwestować również w inne, bardziej złożone gałęzie. Zwłaszcza, że w bieżącej polityce intensywnie działamy na rzecz stworzenia pod naszym nosem stabilnego państwa posiadającego jedną czwartą światowych zasobów czarnoziemów i zdecydowanie tańszej siły roboczej. Zakładając powodzenie projektu demokratycznej Ukrainy, za klika, kilkanaście lat stanie się ona konkurentem dla sektorów ciągnących dzisiaj nasz rozwój. Jeśli nie zwiększymy wysiłków na polu innowacyjności, możemy się zacząć pakować.

Tymczasem wskaźnik nakładów na badania i rozwój w Polsce wciąż nie przekracza 1 % PKB, co sytuuje nas za plecami większości państw Unii, i to nie tylko „starej”; zdecydowanie lepiej od nas radzą sobie na tym polu także Czesi, Węgrzy i Estończycy. Co prawda dynamika wzrostu nakładów na innowacyjne prace w ostatnich latach należy do najwyższych w Europie, ale jest wciąż zbyt niska by dać gospodarce realny impuls rozwojowy. Dla przykładu przez cały Boży rok 2012 na badania naukowe każdy z nas przeznaczył zawrotne 372 złote. Wobec średniej unijnej która wynosi grubo ponad 2 000 pln na osobę wypadamy blado; do najlepszych – Szwecji i Finlandii nie mamy się co przyrównywać.

Problemem podstawowym polskiej polityki adaptacji myśli innowacyjnej jest brak przełożenia akademickich badań na działania komercyjne i rynkowe. Mówi się o tym od lat, ale wciąż samodzielnych pracowników naukowych pracujących poza murami uniwersytetu jest ledwie kilkanaście procent, a komercyjne wykorzystywanie prac naukowców funkcjonuje głównie na papierze. Pomimo iż w 2012 roku do urzędu patentowego zgłoszono o ponad 20 % wynalazków i wzorów użytkowych więcej niż w roku 2010, przedsiębiorcy wciąż podchodzą do nich jak pies do jeża.

By perspektywy naszej gospodarki uległy zasadniczej zmianie konieczny jest nie tylko bardziej przemyślany udział państwa w obszarze finansowania badań, ale również, a może przede wszystkim, przekonanie do niego przedsiębiorców. Bo to właśnie w nich, tych dużych jak i małych leżą największe zasoby rozwojowe. Bez zmiany w obszarze wiedzy i możliwości działania sektora prywatnego na polu inwestycji, zostaniemy na  zawsze w buraczanym polu. Przykładowo w roku 2011 sektor prywatny wydał na badania jedynie 0,23% PKB, podczas gdy średnia unijna była ponad pięciokrotnie wyższa (1,23%). Tworzenie dobrego klimatu dla innowacji oraz zachęcanie przedsiębiorców do inwestycji w rozwój poprzez choćby politykę podatkową samo ciśnie się na usta.

Swoją rolę odgrywają tu także media i szeroko rozumiana czwarta władza. Okazjonalne wspominanie o tym, że w naukowym biegu jesteśmy cyklicznie dublowani a Polska i tak się rozwija, jest w istocie tragikomedią. Konieczne jest uświadamianie i presja. Gdyby jedną trzecią medialnego czasu zmarnotrawionego na „Trynkiewicz show” zagospodarowano na pokazanie potencjału sektora innowacyjnego, bylibyśmy o krok dalej, a kroków takich można było w ostatnich latach wykonać dziesiątki, jeśli nie setki. Niestety o korzyściach wynikających z inwestycji w badania naukowe generalnie wiemy wciąż tyle co Lewandowski o grze na mundialu.

Najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, iż ciągle możemy sami zmienić nasze perspektywy. Po Europie jeżdżą autobusy i pociągi pokazujące, że sukces międzynarodowy polskich firm jest realny. Warto pamiętać, że dzisiejsi liderzy światowej telekomunikacji rozkręcali swoje firmy sprzedając cukier i drewno. W Polsce takich tartaków i cukrowni, mających szansę na światową karierę, jest wbrew pozorom już całkiem sporo. Mamy wielki kapitał ludzki wykształconych i zdolnych, którzy jeszcze nie wyjechali na Zachód. Polscy pracownicy wyrabiają najwyższe w Europie normy za jedne z najniższych stawek. Przybywa patentów i osób zaangażowanych w innowacje. Płaszczyzna do rozwoju istnieje, trzeba ją jednak realnie określić i należycie ukierunkować. Potrzeba koordynacji działań i świadomej pracy na polu inwestycji w rozwój innowacyjny, który jest dla nas dziś bezalternatywną koniecznością. Bez niego pozostaniemy na długie lata światowym zaściankiem, którym jesteśmy już zdecydowanie zbyt długo.