Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Alicja Chwieduk  22 marca 2014

Chwieduk: (W)cielenie

Alicja Chwieduk  22 marca 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Chwieduk: (W)cielenie Flickr.com

Pytanie „o twój osobisty stosunek do mięsa” wydaje się naiwne i tendencyjne. Jednak Joy Sorman, która w swojej powieści pośrednio je stawia, zamiast z kpiącymi parsknięciami spotyka się z czytelniczym zaciekawieniem, a nawet wdzięcznością.

„Jak zwierzę” nie opowiada nam jednej historii. Choć może z początku tak to właśnie wygląda. Ot, poznajemy losy młodego Pima, który pragnie zostać rzeźnikiem, posłuchamy o jego perypetiach, będziemy mu towarzyszyć na drodze do celu. Im dalej jednak brniemy w przygodę (głównego) bohatera z rzeźnictwem, tym bardziej oddalamy się od „przykładnej” fabuły, a zaczynamy grzęznąć w onirycznych wizjach, krwawych fantazjach i erotycznej fascynacji mięsem. W wyjątkowo przyziemnej scenerii zimnych hal i metalowych blatów do oprawiania bydła wchodzimy, tuż za Pimem, na abstrakcyjny poziom rozważań snutych wokół relacji człowieka ze zwierzęciem. Jedzącego z jedzonym, polującego ze ściganym, a wreszcie – ciała z ciałem.

Właściwie już sam tytuł powieści otwiera szerokie pole dla interpretacji. „Jak zwierzę”… ale co? Być? Czuć? Myśleć? Zachowywać się? Jeśli być, to jakim? Dzikim, brutalnym, popędliwym, bez wyobraźni? Porównanie comme une bête przywodzi na myśl refleksje francuskiego filozofa Gille’a Deleuze. W „Mille plateaux” (ang. „Thousand Plateaus”) szczegółowo analizuje proces stawania się jak. Z gęstych rozważań wynika, między innymi, że stanie się kimś (kobietą, dzieckiem, zwierzęciem…) nie wymaga fizycznego przyobleczenia w jego skórę, realnej zmiany wyglądu zewnętrznego. Polega raczej na wykorzystaniu i zrealizowaniu pewnej dynamiki, potencjału wpisanego w dane bycie w świecie. Według Deleuze’a więc człowiek-zwierzę to nie przenośnia lub wyobrażenie. Człowiek-zwierzę może faktycznie istnieć. W tym kontekście nie dziwi wprowadzenie przez Sorman figury Pima-krowy.

To nie znaczy, że muczał i jadł trawę, i wcale nie wyrosły mu wymiona – zamieszkał we wnętrzu zwierzęcia, przestał się od niego różnić, połączył się z nim (…). Mięso przeobraziło go w czarownika, który tańczy na antrykocie jak inni na rozżarzonych węglach albo nad wulkanem, jak epileptyk w konwulsjach, jak szaman w ekstazie.

Postać zwierzęcia (cały czas jednak chodzi o te hodowlane, przeznaczone niejako z góry do spożycia) przyjmuje u Sorman jednocześnie kilka znaczeń. Jest fascynacją, przypomnieniem, dzięki komu żyjemy, urzeczywistnieniem szacunku, który należy się naszym „żywicielom”, symbolem mistycznej więzi z człowiekiem. Wspomnianą wyżej relację ciała z ciałem autorka eksploatuje najpełniej. Mamy do czynienia nie tylko z mięsem, które karmi, ale z mięsem, które „rozpala mózg”. Z którym chce się tańczyć, w które chce się wniknąć, by osiągnąć obłędną komunię ciał. Najchętniej wsunąłby się zupełnie nago w jeszcze ciepławe zwierzę, wszedłby w skórę innego – „żyj moim życiem” – wtuliłby się w jego wnętrzności, a potem zamknąłby zwierzę – zaszyłby je grubą igłą i żyłką wędkarską. Wnętrzności zdają się nawet bardziej intrygujące i ważniejsze od zewnętrznego wyglądu. Bo też to one stanowią o wartości hodowanego bydła. Gorące flaki, serce, żołądek, mocne mięśnie, ciemna krew… Pim pragnie ogrzać się w ich cieple i nurtuje go pytanie, jak my, ludzie, wyglądamy „od środka”? Jak wyglądam, kiedy się śmieję albo płaczę?

Kontakt dwóch ciał skrywających dwa światy ma w sobie coś erotycznego. Respekt do „żywiciela” miesza się z miłością i pożądaniem. Pim dotykał ciała zwierzęcia jak ciała leżącej dziewczyny (…) i jego ręka kończyła wędrówkę na krowim zadzie, na udźcu i polędwicy. Zetknięcie tych dwóch skór przyprawiało go o dreszcze, o mrowienie w podbrzuszu (…) kręciło mu się w głowie, zmysły się mąciły. Tak doniosła rola mięsa w powieści sprawia, że właściwie to ono, a nie Pim, jest głównym bohaterem. Działania młodego rzeźnika skupiają się wyłącznie na bydle, na jego niedocenionym byciu w świecie. Wątki poboczne fabuły są więc ograniczone do minimum. Cel Pima to stoczenie ostatecznej walki w imię przywrócenia zwierzęciu właściwego miejsca w naszej rzeczywistości. Zastanawia się: Co jeszcze mógłbym zrobić dla mięsa? Dla wielkości rzeźnictwa?. Odpowiedź przychodzi w zakończeniu książki.

Sorman formułuje zaskakującą diagnozę. Choć właściwie nie wiadomo, czy bardziej zadziwia sama teza, czy w ogóle motyw jej wysnuwania. Otóż odwieczna relacja człowieka ze zwierzęciem, jedzącego z jedzonym, polującego ze ściganym skarłowaciała. Jej esencja uległa zatarciu, bo oto przeciętnego konsumenta ze spożywanym mięsem nie łączy nic, oprócz mechanicznego aktu zakupu w supermarkecie i higienicznego przyrządzenia. Dawniej, zanim zwierzę dało się zabić, trwała skrupulatna gra, przemyślane podchody, polowanie mające w sobie coś z niebezpiecznej kokieterii. Człowiek i zwierzę mieli czas, żeby się w siebie wsłuchać, poznać, w pewnym sensie może nawet wziąć odpowiedzialność za własne istnienie. To z kolei nadawało dużo większe znaczenie samemu spożyciu ujarzmionego zwierzęcia. Dziś, przechodząc obojętnie nad nowym porządkiem w relacjach jedzący-jedzony, dość niepokojąco wybrzmiewają słowa Pima: mięso jest pełne życia, a życie się przekazuje. Trudno przyjąć, że jedzenie równa się przejmowaniu mocy, dlatego najwyższym szacunkiem obdarzamy tego, kogo zjadamy. Jak wśród ludu kanibalów, Tupinambów.

Wszystko, co przełykamy, powinno czynić nas lepszymi, dodawać nam sił. (…) Kiedy żyłeś ojcze, kochałem twoją twarz, byłeś twarzą (…). Kiedy zmarłeś, kocham twoje ciało, ojcze, jesteś ciałem, które jem i wchłaniam, i to właśnie teraz nas łączy.

Baśń dokumentalna, bo tak można by nazwać powieść Sorman, chociaż balansuje na granicy literackiego reportażu i surrealistycznej wizji zespolenia dwóch ciał, w ciekawy sposób przypomina o całkiem realnym problemie współistnienia człowieka i zwierzęcia. Zdaje się pytać: czy jesteś świadomy tego, co jesz? Czy potrafisz dostrzec, z kim dzielisz poddaną ci ziemię?

Trzeba kochać zwierzęta, które uczą nas umierać, bo wszyscy skończymy tak samo, nie będzie żadnych wyjątków, a one mówią nam, że nie ma ucieczki (…). Uczą nas też jak żyć, bo zwierzę to pierwotne namiętności człowieka – cierpimy jak zwierzęta, jesteśmy jak krwiste befsztyki wołowe, nasze ciało nam się wymyka, wyślizguje z rąk, z palców i sumienia.

Po wydaniu książki autorka doczekała się we Francji uznania zarówno ze strony mięsożernych czytelników, jak i zagorzałych wegetarian. Otrzymała także od francuskich rzeźników specjalne odznaczenie za wydobycie ich zawodu z cienia i pokazanie od lepszej strony. Sorman udało się literacko przetworzyć temat tabu. W dobrym stylu pisze o tej stronie naszego życia, którą zachodnioeuropejskie standardy zepchnęły gdzieś na obrzeża: miast, pamięci, świadomości. Mięso, rzeźnie, cały proces zjadania zwierząt powraca do nas na kartach powieści, (od)zyskując pierwotne, naturalne piękno.