Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Kołodziejczyk: Uniwersytet nie może kształcić najemników

przeczytanie zajmie 7 min
Kołodziejczyk: Uniwersytet nie może kształcić najemników Flickr.com

pierwszej części naszej rozmowy nakreślił Pan niezbyt optymistyczny obraz polskiej Akademii. Czy w istniejących okolicznościach nie należałoby uniwersytetu po prostu porzucić? Wspomniał Pan, że część Pańskiej aktywności przeniesiona została poza mury uczelni.

Istotnie, część moich działań, w szerokim sensie akademickich, ma miejsce poza Uniwersytetem. Należy do nich między innymi prywatne seminarium, które prowadzę od lat dla najbardziej zainteresowanej grupy młodych ludzi. Natomiast nie do końca rozumiem, jak miałoby wyglądać porzucenie Akademii.

Na przykład na rzecz instytutów badawczych czy ośrodków, w których toczy się intensywne życie intelektualne; konkretne idee i pomysły dla usprawnienia funkcjonowania naszego państwa wykuwane są w środowiskach skupionych wokół kwartalników, w licznych think-tankach. 

Należy pamiętać, że tak instytuty badawcze, jak i think-tanki bez wykształconych i świetnie przygotowanych ekspertów będą albo kolejnymi przedsiębiorstwami, w których efektywność ekonomiczna górować będzie nad innymi wartościami, albo, jak w przypadku wspominanych ośrodków, intelektualnymi wydmuszkami. Wrzucenie młodego człowieka do takich instytucji to szaleństwo. Na tym przykładzie widać doskonale, że misja Akademii, głównie uniwersytetu, polega na tym, by w sposób formalny i merytoryczny wyposażyć w kompetencje osoby chcące realizować się czy to badawczo, czy jako uczestnicy debaty publicznej. To, co Pan proponuje, jest swoistym błędnym kołem.

Ale skoro poziom na samym uniwersytecie podupadł, być może nie ma innego wyjścia?

Pańska teza idzie zbyt daleko. Nie możemy mówić o drastycznym obniżeniu poziomu. Kryzys, który diagnozujemy, jest kryzysem duchowym – kryzysem ideałów, które powinny przyświecać Akademii, ale też kryzysem związanym z określeniem jej miejsca we wspólnocie. Jako akademicy mamy gigantyczną trudność ze zdefiniowaniem swojej roli. Codziennie musimy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądami; każde sprawozdanie musi zaświadczać o naszej przydatności.

Tym bardziej zobowiązani jesteśmy pamiętać, że Akademia otwiera przed nami perspektywę ciągłego ćwiczenia się w podstawowej sprawności, która powiązana jest z dążeniem do prawdy. Mimo że dzisiejsza technologia petryfikuje wiedzę powierzchowną, trudno zakwestionować fakt, że formowanie człowieka jest procesem nie mającym końca. Rzecz nie w ilości ukończonych kierunków, uzyskanych doktoratów czy habilitacji; po prostu cały czas jesteśmy w drodze. Do tego, by podróż nie była wielkim rozczarowaniem, potrzebujemy niezbędnego zaplecza wraz z najistotniejszym jego elementem – Akademią. W momencie wyprowadzenia z niej zadań, o których mowa, pojawiłaby się dziura i nie wiadomo, kto miałby przejąć te zadania. Odbyłoby się to ze stratą nie tylko dla uniwersytetu, lecz również dla całej wspólnoty.

Tyle, że uniwersytet już abdykował z tych formacyjnych zadań. A jego tradycyjną rolę przejęły właśnie środowiska skupione wokół kwartalników, które komponent badawczy łączą z etosem.

Uniwersytet zrodził się z trzech potrzeb: jednej duchowej i dwóch pragmatycznych. Wydział teologiczny miał odpowiadać na pytanie o racje istnienie świata i człowieka, kierując naszą uwagę w stronę tego, co transcendentne. Wydziały prawniczy oraz medyczny odnosiły się natomiast do doczesnej, zanurzonej w praktyce, kondycji człowieka, łącząc się z wymiarem duchowym. W ten sposób w punkcie wyjścia Akademia zorientowała się na prawdę: o człowieku, o świecie i o tym, co poza człowieka i świat wykracza.

Natomiast czym innym jest doraźne kształtowanie charakteru, które dokonuje się głównie poprzez osmozę; przez bycie we wspólnocie, głównie poprzez stowarzyszanie się. W tym wymiarze funkcjonują wymienione przez Pana środowiska intelektualne, każde zgodnie z własnymi celami zapisanymi w statutach.

Doskonale rozumieją to uniwersytety angloamerykańskie. Dla przykładu w ramach Uniwersytetu Oksfordzkiego działa ok. 300 stowarzyszeń, odpowiadających z jednej strony na fundamentalny wymiar naszego człowieczeństwa, czyli współbycie z drugim człowiekiem, z drugiej zaś na potrzebę realizowania się, rozwijania pasji, kształtowania charakteru i woli. Jesteśmy głęboko zanurzeni w świecie, który jest przede wszystkim światem innych ludzi – naszych bliskich: rodziców, rodzeństwa i szerzej rodziny, ale też przyjaciół i koleżeństwa. To są naturalne obszary, w których się kształtujemy. Zadziwiające byłoby, gdyby Akademia zrezygnowała z tych pól działania i wywierania wpływu na los młodych ludzi. Jak już mówiłem, musimy kształcić nonkonformistów, będących jednocześnie solą wspólnoty. Zarówno tej lokalnej, jak i tej uniwersalnej, m.in. o charakterze narodowym.

Czyli woli Pan, żeby te stowarzyszenia działały w ramach uczelni niż poza nią?

Oczywiście. W tym obszarze Akademia powinna działać jako przestrzeń, która udostępnia infrastrukturę, wspiera środkami i oferuje narzędzia niezbędne do działania. Nie da się bowiem wykształcić cnót w sposób teoretyczny, z wysokości uniwersyteckich katedr. Muszą być praktykowane. Z tego powodu, aby uniwersytet właściwie wypełniał rolę formacyjną, konieczne jest funkcjonowanie w jego ramach takich właśnie stowarzyszeń.

Czy możliwe jest oddolne tworzenie swoistych „wysp”, na poziomie katedry czy instytutu, które realizowałby dydaktyczno-formacyjny ideał Akademii?

Jest to możliwe, lecz ze względu na istniejące partykularne interesy oraz wewnętrzne napięcia niezwykle trudne. Instytuty oraz katedry nie są wolno krążącymi elektronami, pozostają zależne od jednostek stojących od nich wyżej w hierarchii administracyjnej. Nie wątpię jednak, że w ostatecznym rozrachunku wiele zależy od poszczególnych pracowników, od pracy organicznej, której jestem wielkim entuzjastą. Taką małą awangardą może być każdy z wykładowców. Jestem za tym, by zamiast wiecznie utyskiwać na istniejące instytucje, zabrać się do indywidualnego realizowania ideału – nawet na niewielką skalę i narażając się na mniejsze czy większe uszczypliwości.

Co sądzi Pan o obecnym modelu studiowania 3+2?

Poznałem go dobrze na uniwersytetach anglosaskich, nim został wprowadzony do Polski. Nie jest zły, o ile wiemy, co chcemy w ramach tego modelu osiągnąć. Jak się wydaje, na tym właśnie polega sedno sprawy.  

Gdy chodzi o mój własny pogląd, jestem orędownikiem przemodelowania obecnego kształcenia i to nie tylko na wydziałach humanistycznych. W moim przekonaniu początkowy okres studiów powinien przebiegać w ramach programu tzw. Liberal Arts (Artes Liberales) – podstawowych kursów z filozofii, historii, literatury, matematyki i nauk ścisłych, których zadaniem byłaby pomoc w określeniu naszego miejsca w świecie i dalszego kierunku edukacji. W praktyce byłoby to kształcenie na poziomie kolegium (college) w rozumieniu systemu amerykańskiego, jako instytucji wprowadzającej w przestrzeń akademicką, z minimalnym, lecz niezbędnym komponentem badawczym, prawie wyłącznie skupionym na dydaktyce i wychowaniu.

I uważa Pan, że można z takim pomysłem pójść do władz Uniwersytetu Jagiellońskiego i nie zostać wyśmianym?

Akurat w przypadku UJ pani prorektor prof. Mariola Flis wspomina o podobnym rozwiązaniu, które miałoby formułę studiów wydziałowych. Oczywiście od pomysłu do jego realizacji jeszcze długa droga. Problematyczna jest choćby kwestia prawna; potrzeba przecież jakiegoś prawnego osadzenia takiego kolegium w ramach Akademii. Od lat narzekamy na poziom absolwentów liceów, twierdząc, że z rocznika na rocznik coraz mniej z nich nadaje się na uniwersytet. Cześć uczelni, szczególnie technicznych, już teraz prowadzi w ramach zajęć na pierwszym roku kursy dokształcające nowych studentów, aby w ogóle mogli zacząć zapoznawać się z materiałem na poziomie akademickim. Tymczasem nowa preakademicka instytucja mogłaby być rozwiązaniem podobnych bolączek.

Oczywiście kolegium nie może być traktowane jako rodzaj instytucji udzielającej korepetycji, lecz musi mieć przede wszystkim charakter dydaktyczny i wychowawczy. W tej sytuacji podobne placówki mogłyby być zakładane przez różne podmioty. Dzięki temu otrzymalibyśmy różnorodne modele kształtowania człowieka, odpowiadające zróżnicowanym potrzebom.   

Czyli te instytucje nie byłyby tworzone jedynie przez same uczelnie, ale również przez prywatne  stowarzyszenia?

Jak najbardziej. W moim odczuciu fantastyczną okazją do rozpoczęcia tworzenia takich instytucji był początek lat 90-tych, a więc czas, gdy polski rynek prywatnych uczelni dopiero się tworzył. Zamiast inwestować tyle środków w różnego rodzaju „Wyższe Szkoły Marketingu i Zarządzania”, należało podjąć głębszą refleksję i skierować się w stronę kolegiów. Nie jestem przeciwnikiem wspomnianych szkół, lecz biorąc pod uwagę to, ile z nich przekształciło się w poważne ośrodki akademickie, uważam, że potencjał został zmarnowany. Pieniądze w większości zostały źle ulokowane, a wysiłki poszły na marne. Gdybyśmy zdecydowali się skierować w stronę kolegiów, znacznie poprawiłoby to efektywność studiowania, a sama Akademia wiele by na tym skorzystała.

Jak powinna wyglądać współpraca między uniwersytet a biznesem? Niedawno polski rząd zaproponował tzw. „doktoraty przemysłowe”, które byłyby pisane na zlecenie firm. Czy to dobry kierunek?

Jak już powiedzieliśmy, Akademia nie jest bezludną wyspą. Nie widzę powodu, dla którego współpraca z gospodarką nie miałaby występować. Znam osoby, które robiły doktoraty finansowane prawie całkowicie przez jedną z kompanii naftowych. Biznes ma prawo kierować pytania do akademików, ale oni nie mają obowiązku, lecz właśnie przywilej udzielania odpowiedzi. Również w postaci projektów badawczych, w tym realizowanych doktoratów.

A co w sytuacji, gdy to przedstawiciele świata nauki wychodzą do biznesu?

Powtórzę, uniwersytet nie jest wieżą z kości słoniowej, dlatego nie mam nic przeciwko komercjalizacji wyników badań. Jednocześnie należy być ostrożnym, bowiem stawką w tej grze mogą być również wartości, o których mówiliśmy wcześniej: niezależność i prawda. Istnieje przecież ryzyko, iż presja biznesowa i zorientowanie na szybki zysk mogą je szybko zdezawuować.

W tym celu dokonano podziału na badania podstawowe oraz aplikacyjne. W ramach tych pierwszych, w większości pozostających poza obszarem zainteresowania biznesu, mogą realizować się ci badacze, którzy nie skupiają się na kwestiach pragmatycznych, bezpośrednio przekładalnych na zastosowania i tym samym zyski finansowe. Zabrzmi to obrazoburczo, ale w ramach Akademii musi istnieć możliwość swobodnego prowadzenia badań, choćby po pięciu latach miały zakończyć się fiaskiem. Taka rzecz jest nie do pomyślenia w biznesie, ale jest przywilejem świata akademickiego. W Akademii nie chodzi bowiem o szeroko rozumiany zysk.  

Chciałbym jeszcze zapytać o kwestię finansowania studiów.

Osobiście jestem zwolennikiem urealistycznienia tej kwestii, większego powiązania studiowania z ekonomią. Pociągnęłoby to za sobą zwiększenie świadomości zarówno u rodziców, jak i samych licealistów. W sytuacji, gdy studia finansowane są z budżetu państwa, nie mamy poczucia, że coś za nie płacimy. Rozwiązaniem mógłby być czek. Mogłoby się oczywiście okazać, że jego wysokość nie wystarczyłaby do pokrycia całości kosztów studiów, ale wówczas młody człowiek mógłby zwrócić się do różnych fundacji, instytucji, które pomogłyby mu pokryć deficyt. Dzięki temu dwa razy zastanowiłby się, jaki kierunek wybrać.

Rozumiem, że jedną z konsekwencji byłoby to, o czym już mówiliśmy, to znaczy zmniejszenie liczby studentów i podniesienia prezentowanego przez nich poziomu oraz zwiększenie prestiżu.

Realny pieniądz wiele zmienia w życiu człowieka, otwierając przed nami perspektywę istotnego wyboru, który pociąga za sobą określone konsekwencje. To, co teraz widzimy, nie jest realnym wyborem. Ten moment przesuwa się wciąż dalej i dalej: na studia magisterskie, podjęcie pierwszej pracy etc.

Akademia powinna być tą przestrzenią, w której młodzi ludzie odbierają określoną formację, kształtują cnoty, głównie intelektualne, ale także etyczne. W konsekwencji jej absolwenci powinni móc kreować dla siebie miejsca pracy, a także dawać zatrudnienie innym, a nie być skazanym na pracę najemną. Akademia nie może być kuźnią najemników. Nie chodzi tu nawet o zarobki, lecz demoralizujący sposób pracy: rodzący frustrację, niszczący potencjał, także ten nabyty w trakcie studiów. 

Jestem zaskoczony, jak bezmyślne jest nasze państwo, promując idee wchłaniania przez rynek pracy absolwentów na zasadzie niewolnictwa. Przechodzenia do firm, w których ci ludzie będą jednymi z wielu. Na tym polega moc Akademii, że daje ona podmiotowość, poszerza nasze horyzonty, sprawia, że dzięki ciężkiej pracy możemy zrealizować nawet najśmielsze plany, nieważne, jak ambitne by były.