Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  17 marca 2014

Brzyski: Witaj(cie) w Klubie

Bartosz Brzyski  17 marca 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Brzyski: Witaj(cie) w Klubie filmweb.pl

Piątek obfitował w ciekawe kinowe premiery. Na ekrany weszły między innymi „Pozycja dziecka” Calina Netzera i „Obietnica” Anny Kazejak. Rumuński film zachęca do obejrzenia dobrymi recenzjami i swoistą egzotyką. Rodzima „Obietnica”, poruszająca problemy współczesnej młodzieży, wymaga poważnego rozważenia. Pozostaje jeszcze „Witaj w klubie”, które oprócz sześciu nominacji do Oscara, ma w obsadzie pogromcę oscarowych szans Leonarda DiCaprio – Matthew McConaugheya.

Rozdanie Oscarów wzbudza wiele emocji na długo przed ceremonią. Chętni mogą wręcz obstawiać zakłady we wszystkich kategoriach. Tegoroczne relacje z wydarzenia zdominowały trzy tematy: słynne zdjęcie celebrytów, które okazało się lokowaniem produktu Samsunga; jedzenie pizzy przez Brada Pitta; brak statuetki po raz kolejny dla Leonarda DiCaprio. Ciężko obliczyć ilość wiadomości, memów, tweetów, które zostały poświęcone odtwórcy tytułowej roli „Wilka z Wall Street”, zarówno przed, jak i po ceremonii. Być może pewien wpływ na decyzję Akademii miał fakt, że nie była to najlepsza ani kluczowa rola, jaką przyszło mu wykreować. Tylko osoby, które wcześniej nie widziały „Witaj w klubie”, mogły się łudzić, że na nagrodę ma szansę Leo. Warto wspomnieć, że obaj panowie spotkali się na planie „Wilka z Wall Street” w scenie jeden na jeden, w której McConaughey zagrał barwny epizod.

Kariera tegorocznego zwycięzcy to powolne wspinanie się po kolejnych szczeblach: granie w komediach romantycznych, w filmach przeciętnych, lub zaledwie epizody w ciekawszych produkcjach. W ostatnim czasie trafił zdecydowanie na wznoszącą falę, a rzeszę fanów zdobył, grając detektywa Rusta Cohla w ośmioodcinkowym serialu „Detektyw”. W nim nareszcie ma rolę pierwszoplanową, a przez kilka odcinków pokazuje całą paletę możliwości w kreowaniu postaci, udowadniając, jak duży potencjał posiada jako aktor. W „Witaj w klubie” dostaje jeszcze kartę, której w „Detektywie” nie posiada – rewelacyjnego partnera.

Jared Leto znany jest głównie z zespołu 30 Seconds To Mars. Niektórzy mogą kojarzyć go z którejś roli drugoplanowej czy epizodu, lub przede wszystkim z „Requiem dla snu” Aronofsky’ego. Niezależnie od zapatrywań na wcześniejsze jego dokonania, nie sposób odmówić mu waloru, jaki wniósł w „Witajcie w klubie”. Wydawało się, że trudno będzie opowiedzieć historię dwóch zarażonych wirusem HIV z Teksasu w latach osiemdziesiątych. Jednak chemia, jaką czuć między Leto a McConaugheyem, obecna jest od pierwszej minuty wspólnej sceny, w której poznają się w szpitalu. Zastanawiam się, czy obaj dostaliby Oscara, gdyby nie grali razem – jako tandem tworzą niesamowite wrażenie. Odnosi się wrażenie, że są to bracia wychowani w dwóch kodach kulturowych i w oparciu o różne wartości. Grającego transseksualistę Leto oraz niemal archetypicznego kowboja McConaughey’a z początku wydaje się dzielić wszystko, jednak z biegiem opowiadanej historii odnajdują w sobie coraz więcej zrozumienia. Samo poznanie nie przebiega jednak ani tak szybko, ani z pobudek tak szlachetnych, jak mogłoby się zdawać. W grze obu widać genialne wręcz zrozumienie scenariusza i postaci, jakie przyszło im stworzyć, za co, jak sądzę, wielkie gratulacje należą się reżyserowi Jean-Marcowi Vallée’emu.

Fenomen tego filmu polega na tym, że nie kończy się oczywistą i jednoznaczną puentą. Mimo że porusza tematy homoseksualizmu, korupcji, biurokracji czy po prostu nakreśla realia panujące w tamtej części Ameryki w czasach rozprzestrzeniającego się i jeszcze nie rozpoznanego wirusa HIV, to żaden z nich nie jest tym najważniejszym. Opowieść snuje się wokół historii Rona (McConaughey) i Rayona (Leto), a ich walka o zdobycie zakazanych w USA leków na HIV i zmaganie się z agencjami rządowymi tworzą kolejne sploty sieci, która w środku ma właśnie te dwie postaci. Leto pojawia się na ekranie zdecydowanie rzadziej, ale mimo to w świadomości widza obecny jest cały czas w związku ze sposobem grania McConaugheya.

Na ogół zwracam uwagę na techniczne aspekty filmu, skupiam się na dialogach lub rozgrywam logikę reżysera. Tym razem film całkowicie mnie pochłonął, a główna postać porwała i wprowadziła w zupełnie nowy wymiar opowieści. Nie zdążyłem zauważyć, kiedy zapomniałem o bardzo przyziemnych aspektach obrazu, takich jak montaż, muzyka czy kostiumy. Dzięki temu zrozumiałem, dlaczego w tym roku nikt inny nie mógł zdobyć najcenniejszych nagród za role męskie. Wchodząc do kina, byłem sceptyczny, a wyszedłem całkowicie oszołomiony. To piękna opowieść, która przypomina, że za każdą maską, normą prawną czy odmiennym kodem kulturowym kryje się historia człowieka, a ogromna ilość podziałów jest sztuczna. Ten film nie ocenia, ale stawia frapujące pytania, którym warto poświęcić czas.

Producenci „Witaj w klubie” nie mogli sobie chyba wyobrazić lepszej promocji filmu niż tak liczne Oscary lub przekornie – brak Oscara dla DiCaprio. Pamiętajmy, że szacowany budżet wyniósł tylko 5 mln dolarów, co nie pozwoliło reżyserowi na zrealizowanie wszystkich pomysłów; możemy jedynie zastanawiać się, czy większy budżet skutkowałby jeszcze lepszym filmem. Niemniej jednak witajcie w klubie miłośników Matthew McConaughey’a, a nikt, kto go zobaczy w oscarowej roli, nie będzie miał prawa jego talentu zakwestionować.