Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  9 marca 2014

Wójcik: Odejdź już, Tolkienie!

Piotr Wójcik  9 marca 2014
przeczytanie zajmie 6 min
Wójcik: Odejdź już, Tolkienie! lubimyczytac.pl

Tolkien to pryszcz na tyłku literatury fantastycznej, napisał pewnego razu China Miéville i ogłosił światu istnienie literackiego ruchu oporu wobec szkodliwego wpływu smoczo-elfiej sztampy. Przedstawiciele tego nurtu, zwanego powszechnie New Weird, obrali sobie za punkt honoru tworzenie fantasy z jednej strony maksymalnie zaskakującej, a z drugiej maksymalnie obnażającej esencję naszej jak najbardziej realnej codzienności. Nie ulega wątpliwości, że taka powinna właśnie być literatura fantastyczna.

Oczywiście słowa Mieville’a są mocno przesadzone. Po pierwsze trudno mieć pretensje do Tolkiena, że był tak genialny, że jego wpływ zniewolił na wiele lat niezliczone rzesze średnio utalentowanych twórców fantasy, którzy zwęszyli ujście dla przeciętnych umiejętności i braku wyobraźni oraz łatwy sposób zarobku. W ekonomii powszechnie funkcjonuje mit mówiący o tym, że bogactwo w surowce naturalne jest przekleństwem dla słabych państw, gdyż uzależniają się one od zarabiania na nich i rezygnują z innych, bardziej innowacyjnych dróg rozwoju. Dla literatury fantastycznej takim bogactwem (a zarazem przekleństwem) jest świat tolkienowskiej literatury.

Ale tak jak to nie wina ropy, że Wenezuela stała się współczesną satrapią, tak to nie wina Tolkiena, że duża część literatów i odbiorców fantastyki zawęziła swoje horyzonty i oczekiwania.

Zresztą twierdzenie, że smoczo-elfia zaraza to zasługa J.R.R., również jest wątpliwe, gdyż świat „Władcy Pierścieni” został tylko w części wymyślony przez Brytyjczyka, a w dużej mierze oparty na o wiele wcześniejszych mitach, głównie nordyckich, które tylko czekały, by zaadaptowała je popkultura. Poza tym także przed powstaniem nurtu New Weird powstawało wiele oryginalnej fantastyki (wystarczy przypomnieć najsłynniejszych Terry’ego Pratchetta czy Ursulę Le Guin). Zdając sobie sprawę z wyżej wymienionych wątpliwości, trzeba jednak przyznać, że problem jak najbardziej istnieje, a rozwiązanie, które wskazał Miéville, jest pierwszorzędne.

Na poziomie konceptu literatura New Weird różni się od zwykłej fantastyki przede wszystkim miejscem wkomponowania niezwykłości.

Świat standardowej fantastyki zazwyczaj opiera się na zasadach, prawach i konstruktach fizycznych, biologicznych i społecznych znanych nam z otaczającego świata lub jego historii, a elementy niesamowite (czasem wszechobecne) wprowadza magia, która te zasady łamie lub zawiesza.

W New Weird tymczasem magii w zasadzie nie ma, a nietypowe są same zasady konstytuujące świat. Niezwykłość mogą wprowadzać zarówno niespotykane struktury społeczne (jak to bywa u Miéville’ego), jak i prawa przyrody (vide „Inne pieśni” Dukaja). Oczywiście często spotykane są przypadki stosowania obu sposobów „neweirdyzacji” świata przedstawionego – tutaj znakomitym przykładem są „Wieki światła” MacLeoda, gdzie istnienie niezwykłego surowca naturalnego (nazwanego eterem) zmienia zupełnie ludzką strukturę społeczną, a co za tym idzie, sposoby gospodarowania i produkcji. W ruchu ważne jest jednak, by wymyślony świat nie był celem samym w sobie. Prawdziwym celem musi być pokazanie prawdy o otaczającym nas świecie – tym codziennym, który widzimy za oknem. Takiej, której nie da się obnażyć za pomocą standardowych literackich chwytów. Jak napisał Dukaj, recenzując wspomnianą powieść MacLeoda, fantastyka nie jest tutaj ucieczką od rzeczywistości; wręcz przeciwnie, jest formą nadrealizmu, która w bezwzględny sposób ukazuje ukrytą esencję.        

New Weird wykorzystuje w zasadzie wszystkie dostępne nurty fantastyki, przerabiając je na własną, unikalną modłę. „Miasto i miasto” Miéville’ego, najbardziej zaskakująca powieść fantastyczna, którą miałem okazję czytać, jest reprezentantką urban fantasy. Rzeczywistość położonego na Bałkanach miasta Beszel na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od naszej współczesności. Gdyby nie jeden mały szkopuł – dokładnie w tym samym miejscu położone jest jeszcze jedno miasto, Ul Qoma, a mieszkańcy obu się… nie zauważają. Nie jest to jednak wynik czynnika niesamowitego, lecz przepisów. Obywatele obu miast po prostu mają obowiązek się przeoczać, co po wielu latach indoktrynacji przychodzi im zupełnie naturalnie. A gdy mieszkaniec Beszel chce się udać do Ul Qomu, nawet jeśli fizycznie to miejsce znajduje się kilka metrów od jego mieszkania, musi najpierw formalnie przekroczyć granicę umiejscowioną w środku obu miast – tyle że wtedy nie może już zauważać swoich pobratymców (a także swojego mieszkania, rodziny etc.). A największym przestępstwem w Beszel/Ul Qomie jest tzw. „przekroczenie”, czyli złamanie omawianego przepisu, którym zajmuje się Przekroczeniówka. Jakby Miéville’owi było tego mało, wzbogacił ten poplątany konstrukt znakomitą fabułą kryminalną, która w sposób maksymalny wykorzystuje możliwości dawane przez świat wyobrażony. A wszystko napisane jest tak spójnie i naturalnie, że po pierwszych stu stronach jest się przekonanym, że na Bałkanach rzeczywiście leży miasto-państwo Beszel. Nie ma chyba powieści, która w bardziej dosadny sposób pokazywałaby to, w jaki sposób współcześnie zamykamy oczy na obecność drugiego człowieka, codziennie mijającego nas na ulicy. W jaki sposób dramaty innych są nam obojętne, gdyż nauczyliśmy się odwracać od nich wzrok i zapominać po kilku sekundach. Dla mających ochotę poznać New Weird „Miasto i miasto” to absolutny priorytet – magiczna powieść, chociaż bez występującej w niej magii.

Także steampunk doczekał się swej „neweirdowej” wersji. „Wieki światła” MacLeoda to kolejne wspaniałe dzieło nurtu – wiktoriańska Anglia i wariacja na temat rewolucji przemysłowej, w której występowanie tzw. eteru, mającego wspaniałe właściwości surowca wydobywanego z ziemi, dającego bardzo szerokie możliwości inżynierom, zupełnie zmienia porządek społeczny. Władza publiczna  przestaje istnieć; przejmują ją będące w prywatnym posiadaniu wielkie cechy, specjalizujące się w różnorakich sposobach przetwarzania i używania eteru. W tym przypadku oczom odbiorcy obnażana jest prawda na temat sposobów bezwzględnego wyzyskiwania ludności, utrzymywania niesprawiedliwego porządku, ale też z drugiej strony nieskuteczności rewolucyjnego sposobu zmiany rzeczywistości. Powieść wyraża wiele prawd i mitów ekonomicznych, np. ten wspomniany na początku artykułu – korzystanie z eteru i zaniedbanie innych możliwości technologicznych (takich jak elektryczność) doprowadza świat do granic rozwoju w dotychczasowej formie, co przy kończących się zasobach powoli prowadzi go do krawędzi upadku.

Tylko zupełne przekierowanie gospodarki i porządku społecznego na inne tory może dać dalszy impuls rozwojowy.

Ale czy zmiana jest możliwa, skoro nawet zryw rewolucyjny nie prowadzi do realnych przemian, a jedynie do zgniłego status quo pod płaszczykiem reformy? Dukaj napisał o tej książce: MacLeod wykazuje się tyleż wyobraźnią, co wrażliwością pisarską. W niektórych fragmentach – np. ukazujących ostatnie uroki magicznego świata arystokracji eteru, bawiącej się w obliczu nadchodzącej rewolucji, albo w nostalgicznych wspomnieniach bajkowego dzieciństwa bohatera – udało się autorowi dzięki użyciu środków fantastycznych wydobyć samą esencję prawdy życiowej, podnieść te wrażenia do poziomu prawie bolesnego dla czytelnika. Nie ma chyba lepszego komplementu dla powieści New Weird. I jest to opinia w pełni uzasadniona – przedstawiona bieda aż kole w oczy, smród chorujących ciał wdziera się w nozdrza, a niesprawiedliwość społeczna domaga się natychmiastowego zadośćuczynienia wcale nie w wymyślonym przez MacLeoda świecie, lecz tu i teraz, w tym najzupełniej rzeczywistym.

Ale czy zmiana jest możliwa, skoro nawet zryw rewolucyjny nie prowadzi do realnych przemian, a jedynie do zgniłego status quo pod płaszczykiem reformy?

Za New Weird musiał wziąć się także gigant współczesnej fantastyki, Neal Stephenson. Ten kolekcjoner najważniejszych nagród fantastycznych kolejnych Locusów czy Clarków już chyba ich nawet nie liczy, tylko niedbale wrzuca do szafy. O ile jego niesamowita wyobraźnia może wprawiać w kompleksy część jego kolegów po fachu, to stylistycznie odleciał o lata świetlne całej konkurencji. „Cryptonomicon” czy „Panathaema” są uznawane za wybitne dzieła literatury w ogóle, a „Zamieć” spowodowała prawdziwą zamieć w środowisku twórców science-fiction. Stephenson odświeżył w znakomitym stylu skostniały cyberpunk, który od czasów słynnego „Neuromancera” w zasadzie w ogóle się nie zmieniał, a jego twórca, William Gibson, był dla niego tym, czym Tolkien dla fantasy – zarazem bogactwem i przekleństwem.  Stephenson dodał do cyberpunku przygniatającą dawkę humoru, co w tym uniwersum jest bardzo rzadko spotykane (chyba, że w sposób niezamierzony – vide anime „Ghost in the Shell”) oraz wielość różnych perspektyw z sumeryjskimi mitami włącznie. Jednak najbardziej przeorał cyberpunk w swym chyba najgłośniejszym dziele „Diamentowy wiek”, którym zdobył za jednym zamachem obie najważniejsze nagrody fantastyki: Hugo i Nebulę. Nazywana „bildungsroman science-fiction” powieść łączy w sobie estetyki steampunku i cyberpunku. Stephenson dodał do tego jeszcze nanotechnologię i podlał właściwym sobie sosem pełnym zjadliwego i cynicznego humoru, przez co oszałamiająca wizja przyszłości staje się odbiorcy bliższa i łatwiejsza do strawienia. O ile jeszcze „Zamieć” jest po prostu oryginalną przedstawicielką science-fiction, to już „Diamentowy wiek” należy uznać za New Weird pełną gębą – choćby z powodu mozaiki autonomicznych wspólnot, w dowolny sposób kreujących swoją  tożsamość i entourage.

Przykłady New Weird w różnych konwencjach można mnożyć. „Miasto szaleńców i świętych” Jeffa VanderMeera bliskie jest konwencji klasycznej fantasy, a „Akwaforta” K. J. Bishop to New Weird w estetyce westernu. Wszystkie te powieści łączy jedna filozofia tworzenia literatury fantastycznej. Jednym z zarzutów Miéville’a wobec Tolkiena było to, że za bardzo istotną uznawał on podbudowującą na duchu funkcję fantastyki. W związku z tym jego światy przedstawione były nazbyt uproszczone, a linie podziału dobra i zła zbyt jasno wytyczone. Taka wizja mało ma wspólnego z rzeczywistością i niewiele nam powie o współczesnym świecie.

Literatura fantastyczna nie ma być jedynie komfortowym relaksem, chwilową ucieczką w baśniowe krainy. Wręcz przeciwnie: winna być bolesnym zdzieraniem zasłony pozorów z rzeczywistości – nie tej dalekiej i wyobrażonej, ale naszej, jak najbardziej namacalnej.  

Pomnikowi herosi typu Aragorna nawet wyposażeni w najwspanialsze cnoty nie stają się wzorem dla odbiorcy, gdyż są dla niego zupełnie nieosiągalnym ideałem, na którego wpływ każdy człowiek jest zaimpregnowany. Wzorem może stać się zwykły człowiek, pełny wad i słabości, ale w odpowiednim momencie zdolny do czynu w obronie fundamentalnych wartości. Czynu, który z boku może i wydaje się czymś niespecjalnym, ale dla niego samego będzie heroizmem. Właśnie tacy bohaterowie zaludniają strony powieści New Weird. Zwykli ludzie w niezwykłych okolicznościach.