Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  7 marca 2014

M. Suskiewicz: Bogactwo św. Tomasza

Marcin Suskiewicz  7 marca 2014
przeczytanie zajmie 7 min
M. Suskiewicz: Bogactwo św. Tomasza dziennikparafialny.pl

Mimo słabych sił postanowił odpowiedzieć na papieskie zaproszenie i po raz kolejny wyruszył w drogę. Właściwie całe dorosłe życie spędził „na walizkach”, między Neapolem, Kolonią, Paryżem, Rzymem i miastami północnych Włoch. Był ponoć nawet w Londynie, na kapitule generalnej dominikanów. Podróż, w którą wyruszał teraz miała być jednak ostatnią. 

Nie mogę zawyrokować na temat Summy nic ponad to: czytam ją każdej nocy przed pójściem spać. Gdyby moja mama weszła w tym czasie i powiedziała: „Zgaś światło. Jest późno”, ja z uniesionym palcem i łagodnym, błogosławionym wyrazem twarzy odpowiedziałabym: „Przeciwnie, odpowiadam, że światło, będąc wiecznym i nie posiadając kresu, nie może zostać wyłączone. Zamknij oczy”, lub coś w tym stylu. W każdym razie mogę osobiście zaświadczyć, że św. Tomasz kochał Boga, bo za nic w świecie nie mogłabym przestać kochać św. Tomasza”.  

Flannery O’Connor

Będzie to krótka opowieść osnuta wokół śmierci św. Tomasza z Akwinu, która miała miejsce 740 lat temu. Mógłbym zacząć od wyświechtanego zdania, że św. Tomasz odszedł do Pana, ale pozostało jego dzieło, które miało na zawsze odcisnąć piętno na teologii i filozofii katolickiej. Mógłbym, ale to, po pierwsze perspektywa nieco zbyt horacjańska a za mało chrześcijańska – Tomasz oddziałuje na nasz ziemski padół przecież nie tylko przez swoje teksty, lecz także przez pozostawiony w pamięci świadków przykład świętego życia i wciąż trwające orędownictwo u Boga – a po drugie takie podejście przekształciłoby opowieść o Tomaszu w opowieść o tomizmie. Tomizm to temat niewątpliwie ważny i mnie osobiście bardzo bliski, ale powiedziano o nim już chyba wszystko, a wybitność wielu postaci zabierających w tej debacie głos – tak zwolenników, jak i przeciwników postrzegania tomizmu jako, do pewnego stopnia, oficjalnej teologii i/lub filozofii Kościoła – każe ostrożnie podchodzić do wszelkich radykalnych w tej kwestii odpowiedzi.

Faktem jest jednak, że myśl św. Tomasza – nawet w czasach, gdy pozostawała na bocznym torze katolickiego życia intelektualnego (tak naprawdę popularna jest dopiero od encykliki „Aeterni Patris”) – była przez wieki, aż po „Fides et Ratio” w naszych czasach, rekomendowana przez papieży z trudną do racjonalnego wytłumaczenia konsekwencją. I że rekomendacja ta zaowocowała wieloma ciekawymi konfrontacjami, gdy – jak to było na przykład w przypadku Edyty Stein czy Elisabeth Anscombe – osoby pod względem wrażliwości i intelektualnego warsztatu bardzo dalekie od tomizmu sięgały po Tomasza z początku właściwie tylko dlatego, że tak katolickiemu myślicielowi wypadało, odkrywając w nim następnie nieoczekiwany rezonans z własną myślą. Najbardziej wyjątkowe jest jednak według mnie spotkanie między Akwinatą a fascynującą i dziwną pisarką z amerykańskiego Południa, Flannery O’Connor. Niech postać ta będzie jakoś w tle tej opowieści, zwłaszcza, że w tym roku obchodzić będziemy pięćdziesiątą rocznicę jej śmierci.

Wróćmy jednak do ostatniej podróży św. Tomasza. Niezwykła mobilność średniowiecznych mendykantów – Tomasza, Dominika, Franciszka, Jacka – zasługuje chyba na uwagę. W pierwszych wiekach po upadku Rzymu, gdy Europa pogrążona była w chaosie, największy wkład w szerzenie chrześcijańskiej kultury wnieśli mnisi św. Benedykta, przywiązani do jednego miejsca, oddani pracy i modlitwie. Teraz jednak pałeczkę przejęli członkowie zakonów żebrzących gotowi w każdej chwili ruszać w drogę – jak gdyby na dowód, że zakorzenienie i naturalna harmonia są dobre, ale Chrystus wzywa nas do czegoś więcej.

Zresztą harmonia średniowiecza była, jak każda po tej stronie nieba, naznaczona chaosem. Średniowiecze to nie tylko skrupulatni budowniczowie katedr i małomówni mnisi. To także niesamowite przesilenia duchowe i psychiczne, radykalne herezje i wybuchy masowej histerii, a do tego wszystkiego epidemie chorób. Średniowiecze to niesamowity wachlarz osobowości, których jakiś obraz dają nam choćby „Opowieści kanterberyjskie” Chaucera.

Pod tym względem może nieco średniowieczne jest Południe z powieści i listów O’Connor- to dziwne, histeryczne miejsce, które, jak pisała, „co prawda prawie w ogóle nie jest skupione na Chrystusie [Christ-centred], ale z całą pewnością jest nawiedzone przez Chrystusa [Christ-haunted]”. Nieco średniowieczne było też jej życie, upływające pod znakiem nieuleczalnej choroby, w dodatku w groteskowej scenerii hodowli ptaków ozdobnych (zwłaszcza ukochanych pawi) i miasteczka, w którym jest co prawda „college dla dziewcząt, ale koronkową atmosferę na całe szczęście burzą poprawczak, dom wariatów i szkoła wojskowa”. Stałym punktem w tym dziwnym świecie były dla amerykańskiej pisarki modlitwa brewiarzowa i lektura Akwinaty. Podobnie średniowieczni mendykanci wchodzili w ówczesny chaos, starając się zakorzenić niepewnych jutra ludzi w wierze. Św. Tomasz, akcentując w wyraźniejszy sposób rolę rozumu w życiu religijnym, przyczynił się do tego w trudnym do przecenienia stopniu.

Na sobór powszechny w Lyonie wezwany został także inny wielki scholastyk, św. Bonawentura, który stawił się na czas, lecz zmarł w trakcie obrad. Św. Tomaszowi nie dane było nawet dotrzeć na miejsce. Jego potężne ciało, które w młodości, do spółki z małomównością, zyskało mu nietypowy przydomek Milczącego Wołu, zawiodło go zaledwie kilka dni drogi od Neapolu, w miejscowości Terracina.

Były to właściwie jego strony ojczyste. Z Terraciny niedaleko jest do opactwa Monte Cassino, gdzie przebywał od piątego roku życia, aby zgodnie z życzeniem rodziców zdobywać podstawowe wykształcenie i przygotowywać się, pod okiem stryja, opata, do przyszłej kariery kościelnej. Dał się tam zapamiętać jako brzdąc powtarzający wciąż: „co to jest Bóg?”. Podjętej wiele lat później próby odpowiedzi na to pytanie, jaką była Summa Theologiae – wykład „nauki świętej” czyli takiej, która „wszystko, o czym rozprawia, ujmuje pod kątem Boga: albo więc rozprawia o samym Bogu, albo o tym, co zależy od Boga jako od swojego początku i celu” – nigdy nie ukończył. Zresztą po mistycznych przeżyciach, których doświadczył na rok przed śmiercią, wszystko, co w życiu napisał, wydało mu się niczym „słoma” w porównaniu z rzeczywistością Boga.

Z Terraciny niedaleko również do zamku Roccasecca koło Akwinu, gdzie przyszedł na świat i gdzie później, po wstąpieniu do traktowanego wówczas jak niebezpieczna nowinka żebrzącego Zakonu Kaznodziejskiego, był przez pewien czas więziony przez swoją arystokratyczną rodzinę. Do końca pozostał oddany ideałom św. Dominika i św. Franciszka. Już jako nauczyciel w Paryżu napisał w obronie mendykantów pracę Contra impugnantes religionem.

Teraz wędrował w swoim dominikańskim habicie starą drogą z Neapolu na północ. Po zasłabnięciu w Terracinie, spędził kilka dni w pobliskim zamku, należącym do jego siostrzenicy (gdy nasze siostrzenice mają własne zamki, to znak, że jesteśmy już starzy). Wiedział jednak, że umiera i wolał umrzeć w cysterskim opactwie Fossanowa. „To jest miejsce mego odpoczynku na wieki, tu będę mieszkał, bo tego pragnąłem dla siebie” (Ps 131, 14) – miał wówczas powiedzieć, szczęśliwy, że ostatnie dni życia spędzi w klasztorze, wśród osób konsekrowanych. Św. Tomasz lubił cytować Pismo Święte, a szczególnie Psalmy i listy św. Pawła, których wartość, jak pisał w komentarzu do listu do Rzymian, polega na tym, że tak w jednym, jak i w drugim zbiorze zawiera się „prawie cała teologia” oraz że ich autorami byli w obydwu przypadkach skruszeni grzesznicy, którzy doświadczyli Bożego miłosierdzia, potencjalni adresaci Jezusowej nauki par excellence.

W ogóle św. Tomasz znał Pismo Święte na wyrywki i tak w codziennym życiu, jak i w kazaniach oraz pracy naukowej nieustannie się do niego odwoływał. W tym dość swobodnym i czasem zabawnym żonglowaniu wersetami, przywodzącym na myśl Ojców Kościoła, kryje się chyba ważna lekcja – że Słowo Boże ma nam do powiedzenia bardzo wiele, zawsze więcej niż wynikałoby zarówno z odczytania całkowicie literalnego i ograniczonego do konkretnego kontekstu, jak i z odczytania demitologizującego. W pewnym sensie zawsze stoimy przed dylematem: albo czytamy Słowo Boże przez ramy naszego zastanego światopoglądu, albo to Słowo Boże w swoim dziwnym bogactwie nieustannie reorganizuje nasz światopogląd: stwarza ramy, przez które czytamy świat i uczy nas, jak to robić. W tym sensie Tomasz jest dla nas mistrzem myślenia religijnego, gdzie religia rozumiana jest tak, jak u Cycerona, wywodzącego etymologię tego słowa z „re-legere” – a więc rozumiana jako „relekcja”, ponowne odczytanie całego świata w inny sposób. W chrześcijaństwie tak odczytany świat okazuje się bardziej tajemniczy i dziwny, niż się śniło filozofom. Jak pisała Flannery O’Connor, „Poznacie prawdę, a prawda was udziwni” (“You shall know the truth and the truth shall make you odd”).

Takie też jest chyba główne znaczenie Tomaszowej „filozofii bytu”. Wprowadzając Boga w samą wewnętrzną strukturę wszystkiego, co istnieje, Tomasz nie powołał do życia jakiegoś nowego Obiektu, co do istnienia którego spierają się wierzący i niewierzący. Twierdził raczej, że wierzący i niewiąrzący spierają się na temat wszystkiego, co istnieje – czy to wszystko może istnieć ot tak, czy raczej nieustannie czerpie z i wskazuje na Boga. Uwolniło to religię od pokusy koncentracji wyłącznie na tym, co niezwykłe. Wszystko, także to co zwykłe, także to, co świeckie, odsyła do Boga – a więc jest niezwykłe.

Dla Flannery O’Connor wiara była – jak sama pisała w jednym z listów – sprawą życia i śmierci, nie musiała jednak opierać się na cudownościach. Gdy pod koniec życia bardzo już chora pisarka pojechała do Lourdes, nie chciała wykąpać się w tamtejszej sadzawce. „Należę do ludzi, którzy raczej umarliby za wiarę, niż wzięli za nią kąpiel”. Podobnie podchodziła do swojej twórczości literackiej. W eseju „Noveliest and Believer” pisała:

„Studenci często przypuszczają, że proces, z którym mamy tu do czynienia [tzn. w przypadku pisarstwa religijnego], tłumi szczerość. Myślą, że pisarz [religijny] nieuchronnie, zamiast pisać o tym, co jest, będzie pisał o tym, w co wierzy. Jest oczywiście całkowicie możliwe, że tak się zdarzy. Odkąd tylko istnieje coś takiego, jak powieść, świat był zalewany przez złą literaturę, do której impuls dawała religia. Takie przykre powieści religijne powstają wtedy, gdy pisarz przypuszcza, że z powodu swojej wiary, jest jakby dyspensowany od obowiązku badania rzeczywistości w jej konkretnym kształcie. (…) Jego poczucie w tym temacie może być wzmocnione przez jedną z tych manichejskich teologii, które postrzegają świat naturalny jako niewart badania. Niemniej prawdziwy pisarz, taki, który instynktownie wie jakie jest jego zadanie, zdaje sobie sprawę, że nie może dotknąć tego, co nieskończone bezpośrednio, że musi badać świat naturalny takim, jaki jest. I im bardziej sakramentalna jego teologia, tym większą będzie miał motywacje, by czynić właśnie to i nic więcej”.

Fakt, że on, dominikanin, odchodził z tego świata w cysterskim opactwie, ma znaczenie symboliczne. Jeśli w momencie powstania Zakonu Kaznodziejskiego – było to w czasie panowania na południu Francji herezji Albigensów, z którą cystersi nie mogli dać sobie rady – istniało pewne napięcie między tymi dwoma zakonami, to śmierć św. Tomasza w Fossanowie je w jakimś stopniu usuwa. „Skąd ten zaszczyt, że słudzy Boży przynoszą dla mnie drewno opałowe?” – miał pytać umierający troszczących się o niego mnichów, akcentując właśnie ich status „sług Bożych”, oddanych liturgii i modlitwie. Według podania, odwdzięczył im się za opiekę podyktowanym na łożu śmierci krótkim komentarzem do Pieśni nad Pieśniami.

U duchowych synów św. Benedykta spędził miesiąc. Dzień przed śmierci przyjął po raz ostatni komunię. Patrząc na hostię, miał wykrzyknąć kilka razy wśród łez: „Jesteś Panem Chwały, o Chryste! Jesteś wiecznym Synem Ojca!”. Zmarł 7 marca 1264 roku.