Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Smoliński: Amerykańskie kino – różnorodność w bogactwie

przeczytanie zajmie 4 min
Smoliński: Amerykańskie kino - różnorodność w bogactwie reallan.com

Kolejna gala rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej za nami. Co Pana najbardziej zaskoczyło podczas tegorocznych Oscarów?

Myślę, że to pierwsza gala od kilku lat, kiedy naprawdę mało było zaskoczeń. Wystarczyło wejść na stronę bukmacherską przed rozdaniem Oscarów i można było zauważyć, jak bardzo typy pokryły się z rzeczywistością.

Dla europejskiego i polskiego widza pewnym zaskoczeniem jest statuetka za film dokumentalny dla „O krok od sławy” o czarnoskórych, piosenkarkach drugiego planu. Jest to film wpisujący się ciekawie w pewien triumf kina afroamerykańskiego na festiwalu. Faworytem była „Scena Zbrodni”. Niektórzy mówili, że drugiego takiego filmu nie będzie przez najbliższych dziesięć lat. Być może – ale wygrał właśnie „O krok od sławy”. To znakomity film stawiający pytanie o cenę sławy i o to, czy właściwie każdy może być gwiazdą. Przedstawia losy piosenkarek, które towarzyszą takim celebrytom jak Mick Jagger czy Bruce Springsteen i zastanawiają się, dlaczego zawsze śpiewały w chórze. Dlaczego zawsze były na drugim planie, a nie na pierwszym. I to jest tak naprawdę jedyne duże zaskoczenie z całej gali.

W takim razie, czego jeszcze widzowie nie mogli się spodziewać?

Pewnym zaskoczeniem, ale znacznie mniejszym, jest liczba statuetek dla „Grawitacji”. Wszyscy się spodziewaliśmy, że ten film zdobędzie dużo nagród w kategoriach audiowizualnych, za montaż czy za zdjęcia. Jednak siedem statuetek świadczy o tym, że zmiótł właściwe konkurencję w tym roku. Akademia uwierzyła w możliwość takiego niezwykłego doświadczenia, przygody kinowej, zanurzenia w filmie rozrywkowym, ale też eksperymentalnym. Jest to triumf przede wszystkim kina cyfrowego, które od wielu lat wydeptuje ścieżki w szerokim nurcie.

Czyli to pewien trend, który trwa od jakiegoś czasu?

Uważam, że „Grawitacja” jest ukoronowaniem tego, co zaczęło się powiedzmy dwadzieścia lat temu. Symbolicznie, od „Parku Jurajskiego”, potem mieliśmy „Matrixa”, „Władcę Pierścieni”, „Avatara” w 3D. W „Grawitacji” mamy połączone wszystkie zdobycze. To film w całości zrobiony w technologii cyfrowej, rzecz zupełnie niesamowita. Jest on zresztą zupełnie inny od wszystkich, o których wspomniałem, bo dzieje się w innej skali. To kameralna historia rozgrywająca się w kosmosie. Pewna próba, której Sandra Bullock jest główną bohaterką. To wszystko rzeczywiście robi duże wrażenie, ale dla mnie istotne jest to, że to film w jakiś sposób kameralny.

Pozwoli Pan, że wrócę jeszcze do oczekiwań sprzed Oscarów. Dużo się mówiło o tym, że „American Hustle” dostanie kilka statuetek, a nie wygrał żadnej. Czy Pan się tego spodziewał?

Bałem się tego. Nie jestem miłośnikiem tego filmu. Wydaje mi się, że „Zniewolony” i „American Hustle” to dwa obrazy, które polska publiczność odbiera zupełnie inaczej niż amerykańska. O ile bardzo lubię „Zniewolonego”, to zdaję sobie sprawę, że wielu polskich widzów uzna, że to jest amerykańska historia i zada sobie pytanie, co nas obchodzi problem niewolnictwa ukazany w filmie. „American Hustle” z kolei nam się wydaje zbyt powierzchowny, zbyt rozchełstany, zbyt wystylizowany. To, jak mi się wydaje, jest kwestia perspektywy widza polskiego. Z kolei w Stanach Zjednoczonych ten film został znakomicie przyjęty, dostał wspaniałe recenzje. Uznano go za film roku, za koronny dowód siły hollywoodzkiego kina z wielkimi gwiazdami, z kreacjami pełnymi wdzięku, pełnego filmowej energii. Dziesięć nominacji to duży sukces. Okazało się jednak, że liczba nominacji nie przełożyła się na nagrody, ponieważ we wszystkich kategoriach konkurenci byli zbyt silni. Naprawdę uważam, że w tym roku stawka była znakomita. Są to wspaniałe filmy i absolutnie nie żałuję, że „American Hustle” nie zdobył nagrody. Chyba, że za charakteryzację, ale nie był nominowany w tej kategorii.  

W tym roku zabrakło polskich filmów i polskich akcentów. Czy to świadczy o słabości polskiej kinematografii?

Jedyny akcent polski, o jakim wiem, to fakt, że producent Artur Liebhart współodpowiadał za postprodukcję filmu „Ona”.

W tym roku zdjęć nie robił Janusz Kamiński, bo nie było filmów Spielberga. To jeden z powodów, czemu wśród nominowanych nie było Polaków. Jeśli jeszcze go uważamy za polskiego operatora, oczywiście. Trudno powiedzieć, jakie są przyczyny, ale myślę też, że jeżeli w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny wystawiliśmy „Wałęsę”, to mała była szansa, żeby dostać nominację w tej kategorii. Myślę, że w Polsce w ostatnim roku mieliśmy dużo bardzo ciekawych filmów i może trzeba było troszkę odważniej podjąć decyzję, kogo wystawiamy. Jeżeli chodzi o obecność Polaków w innych kategoriach, to zawsze było tego mało. Zwracam jednak uwagę, że inne kraje też nie są szczególnie reprezentowane. Europa dość silnie, natomiast z Azji były tylko dwie nominacje dla filmu „Wielki Mistrz”, zresztą bardzo nieudanego. Azja również jest, więc raczej wykluczona z nominacji w tym roku. Oscary są zawsze bardzo nastawione na kino amerykańskie, dlatego ciężko wyrokować o kondycji polskiego kina na podstawie tych nominacji.

Czy w dobie mediów społecznościowych i specjalistycznych serwisów, takich jak IMDB, Oscary są wciąż takie ważne? Czy są takim wyznacznikiem dla widzów – co warto oglądać?

Myślę, że ich znaczenie jest na pewno mniejsze. Ludzie tracą albo już dawno stracili zaufanie do Oscarów. Stracili je także do krytyków filmowych. To wszystko teraz inaczej wygląda, informacja płynie innymi kanałami. Sam Pan wspomniał o mediach społecznościowych. Myślę, że ważniejsze jest to, czy kolega komuś poleci film, niż to, czy ktoś o nim napisze albo czy on dostanie Oscara. O ile sama nominacja może nie mieć dużego znaczenia, to myślę, że film, który zgarnie statuetkę, na pewno zanotuje duże dodatkowe wpływy. To znak dla ludzi, że warto go zobaczyć. Jest jeszcze jakiś taki element snobizmu, że warto zwycięski film obejrzeć. Oscary działają więc w sposób paradoksalny. Twierdzimy, że mało nas obchodzi, który film zdobędzie nagrodę, uznajemy, że Akademia jest już w słusznym wieku, niektórzy jej członkowie nie pracują w zawodzie, więc nie do końca wiedzą, co się dzieje w świecie filmu. Mimo tego śledzimy nominacje i oglądamy galę. Wydaje mi się, że akurat w tym roku dało to jakiś obraz amerykańskiego kina i jego różnorodności w bogactwie. Pokazało, że mamy takie filmy, jak trzygodzinny „Wilk z Wall Street” i kameralną, czarno-białą „Nebraskę”. Na pewno Oscary mają mniejszą rolę niż kiedyś, są mniej prestiżowe, ale wciąż śledzimy ich wyniki. Fakt, że o nich rozmawiamy, oznacza, że jednak wciąż nam na nich zależy.

Rozmawiał Rafał Gawlikowski