Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  2 marca 2014

Wójcik: Krymskie kukułcze jajo

Piotr Wójcik  2 marca 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Wójcik: Krymskie kukułcze jajo twitter.com

Symboliczne podarowanie Krymu Ukraińskiej SSR w 1954 roku było wówczas czymś na kształt przełożenia telefonu komórkowego z jednej kieszeni do drugiej. Obecnie jednak Krym jawi się przede wszystkim jako rosyjskie kukułcze jajo podrzucone Ukrainie. A kukułcze jajo należy albo szybko zneutralizować przed wykluciem się wrednego pisklaka, albo zwyczajnie odrzucić. W żadnym przypadku nie można pozwolić na to, by coś się z niego wykluło. Inaczej mówiąc, za wszelka cenę nie wolno dopuścić, by na Krymie miał miejsce casus Naddniestrza.

Absolutną podstawą działań w kierunku zachowania Krymu przez Ukrainę jest aktywne włączenie w sprawę również zainteresowanej tymTurcji, która ma na względzie muzułmańską mniejszość tatarów krymskich, posługującą się językiem należącym do grupy języków tureckich. A ci opowiadają się za pozostaniem półwyspu w granicach Ukrainy. Turcja nie tylko dysponuje solidną armią, która niewątpliwie wzmocniłaby siłę dosyć wątłych argumentów strony ukraińskiej. Jest także członkiem NATO, co musiałoby zaangażować w sprawę cały Pakt Północnoatlantycki. I wreszcie, kontroluje ona Cieśninę Bosforską, a w sytuacji jej ewentualnego zablokowania,  Morze Czarne, mające być także oknem rosyjskim na Morze Śródziemne, traci swoje strategiczne znaczenie.  A w wypadku sukcesu całej operacji, jej wsparcie mogłoby być także znakomitym początkiem szerszej współpracy całego naszego regionu ze Stambułem. Aktywny sojusz regionu Międzymorza z Turcją to wcale nie mrzonka (wystarczy wspomnieć o świetnych relacjach Orbana z Erdoganem), ale realny cel, do którego należy dążyć.

Jednak utrzymanie Krymu w granicach Ukrainy nie może być celem samym w sobie. By miało to sens muszą być spełnione dwa podstawowe warunki. Po pierwsze po zakończeniu konfliktu Ukraina musi mieć realna kontrolę nad tym obszarem, nawet jeśli jego autonomia zostanie zachowana. Niedopuszczalne jest, by Krym stał się czymś na kształt Naddniestrza lub Abchazji, czyli separatystycznych,  prorosyjskich regionów, za pomocą których Rosja próbuje destabilizować odpowiednio Mołdawię i Gruzję. Po drugie, należy uzyskać zapewnienie, że obecni na Krymie żołnierze Floty Czarnomorskiej grzecznie będą trzymać się terenu koszarów, a nie swobodnie panoszyć się po całym półwyspie tak, jak czynią to obecnie.

Niestety taki scenariusz nie jest zbyt prawdopodobny i w takim układzie Ukraina oraz szerzej Zachód muszą brać realnie pod uwagę możliwość utraty Krymu. I to utraty najlepiej kontrolowanej. Odkładając na bok standardowe zaklęcia, mówiące o „zachowaniu integralności terytorialnej”, ponieważ formułki takie w stosunkach międzynarodowych rzadko kiedy się sprawdzają, dobrze jest mieć świadomość takiej ewentualności. Dobrze jest mieć też świadomość, że taki scenariusz wcale nie musi być dla Ukrainy najgorszy. Tak więc gdy zawiśnie groźba przemiany Krymu w kolejną Abchazję, lepiej wspólnie z sojusznikami podjąć kroki zmierzające do świadomego odłączenia półwyspu od Ukrainy.

Obecnie jedną z największych barier dla akcesji Ukrainy do NATO stanowi obecność wojsk rosyjskich na jej terytorium. Mowa oczywiście o Flocie Czarnomorskiej stacjonującej na Krymie, która będzie tam obecna jeszcze co najmniej przez ponad 20 lat. Gdy Ukraina i NATO dojdą do wniosku, że warto jest dopuścić Kijów do Paktu, to w sytuacji niemożności pozbycia się Floty Czarnomorskiej z Krymu, można realnie rozpatrzyć możliwość pozbycia się Krymu. Oczywiście kontrolowane opuszczenie przez państwo ukraińskie półwyspu (sam sposób to inna sprawa) musi się wiązać z innymi profitami dla tego kraju. A takim profitem powinno być momentalne dopuszczenie Kijowa do Planu na Rzecz Członkostwa w NATO, czyli oficjalnego korytarza w drodze do Paktu. Korytarza, w którym  Ukraina była już prawie jedną nogą w 2008 roku. Należy też pamiętać, że utrata Krymu wcale nie oznacza utraty dostępu do Morza Czarnego. Pozostanie wciąż jeszcze wcale nie mała linia brzegowa, z obwodem odeskim włącznie. Tak więc zalety tego scenariusza (możliwa szybka akcesja do NATO) mogłyby przeważyć jego wady.

Krym nie jest ziemią rdzennie ukraińską, jeśli już to tatarską. Obecnie żyje tam 60-procentowa większość rosyjska, bardzo podatna na wpływy Moskwy. A te wpływy, w sytuacji nawet najlepszego scenariusza (czyli odzyskania pełnej kontroli Kijowa nad półwyspem) nie tylko się nie zmniejszą, ale wręcz zwiększą. To wiąże się z ogromnymi problemami w przyszłości. Nie należy także zapominać o okolicznościach „podarowania” Krymu Ukrainie. Miało to miejsce w trzysetną rocznicę ugody perejasławskiej, mocą której Ukraina oddała się pod zależność rosyjską, w miejsce zależności od Polski. Tak więc Krym jest wręcz symbolem dominacji rosyjskiej na Ukrainie. Wyrzeczenie się Krymu mogłoby być także symbolicznym odrzuceniem dominacji rosyjskiej na ukraińskich ziemiach. Mogłoby także być symbolem nowego otwarcia. Nie ulega wątpliwości, że Ukraina rozpatrując różne scenariusze musi brać pod uwagę wszystkie za i przeciw. Najbardziej oczywiste rozwiązania wcale nie muszą być niej najlepsze.