Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Grzegorz Piechuła  2 marca 2014

Piechuła: Europa na bagnecie Putina

Grzegorz Piechuła  2 marca 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Piechuła: Europa na bagnecie Putina twitter.com/BBC

Gdy piszę te słowa, światowe agencje podają, że obce siły zbrojne opanowały ukraiński dywizjon rakietowy sił powietrznych w Sewastopolu. Władimir Putin otrzymał od rosyjskiej izby wyższej, Rady Federacji, zgodę na użycie armii na terenie Ukrainy. Na to formalne wypowiedzenie wojny na starym kontynencie świat zareagował… zaciekawieniem.

Tak, zaciekawienie to termin najtrafniej opisujący odpowiedź organizacji międzynarodowych i najbliższych sąsiadów na sytuację Ukrainy. W obliczu czołgów, śmigłowców i oddziałów piechoty nadciągających na Krym, ONZ zaproponowała wysłanie mediatora. Stany Zjednoczone zagroziły „zawieszeniem swoich przygotowań” do szczytu G8 w Soczi. Prezydent Bronisław Komorowski zwołał zaś posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego na… poniedziałek, 3 marca.

Wśród bardziej zdecydowanych reakcji należy wspomnieć o oświadczeniu tureckiego ministra spraw zagranicznych Ahmeta Davutoğlu, w którym jednoznacznie potwierdzona została przynależność Krymu do Ukrainy. Litwa i Łotwa zdecydowały o wykorzystaniu artykułu 4 Traktatu Waszyngtońskiego, co oznacza czwarte w historii sojusznicze konsultacje w obliczu bezpośredniego zagrożenia. Ponadto, na niedzielę wyznaczono pilne spotkanie Rady Północnoatlantyckiej i OBWE.

Żadne z tych działań nie jest jednak w stanie zatrzymać, czy nawet w najmniejszym stopniu wpłynąć na Rosję. Władimir Putin realizuje na Ukrainie starannie przygotowany scenariusz, płynnie przechodząc z jednej fazy do drugiej. Działania szeroko pojętego Zachodu mają zaś charakter reaktywny. Są jedynie niepewną odpowiedzią, na niespodziewaną eskalację konfliktu.

Błyszczące lufy kałasznikowów

Historia się nie skończyła. Czołgów i żołnierzy nie powstrzymają apele i wyrażane z troską w głosie zaniepokojenie. Wojenną machinę mogą zatrzymać jedynie realne działania. USA nie zdecydowały się nawet na symboliczne przesunięcie wojsk, czy jakiekolwiek, chociażby pozorne działania potwierdzające gwarancje bezpieczeństwa, jakie Ukraina otrzymała od Waszyngtonu w 1994 roku, a które Barack Obama potwierdził nieco ponad  4 lata temu.

Inwazji na Ukrainę nie zatrzyma spotkanie Donalda Tuska z liderami polskich partii politycznych, nawet jeśli przyjdzie na nie Jarosław Kaczyński. Konferencja Angeli Merkel nie zrobi na rosyjskich władzach najmniejszego wrażenia, zwłaszcza że nie padło na niej ani jedno konkretne, mocne zdanie. Ukraina, nawet po ogłoszeniu pełnej mobilizacji wojskowej, nie poradzi sobie sama z rosyjską armią.

Gdy w obliczu agresji na swojego bezpośredniego sąsiada, Polska nie zrywa nawet umowy o małym ruchu granicznym z Rosją, gdy Catherine Ashton potrzebuje pięciu dni, by udać się do Kijowa (wizyta planowana na 5 marca), gdy Barack Obama ogłasza, że Europa nie jest już priorytetem amerykańskiej polityki, Putin zaciera ręce, a jego żołnierze czyszczą lufy kałasznikowów. Ukraina została sama.

Zachód nie umrze za Krym

Wyłącznie na siebie liczyć muszą jednak nie tylko nasi sąsiedzi. Cały region Europy Środkowo-Wschodniej jest właściwie bezsilny wobec rosyjskiego neoimperializmu. Podczas debaty nad wyrażeniem zgody na interwencję zbrojną na Ukrainie, Jurij Worobiow, wiceprzewodniczący Rady Federacji, wyraźnie zaznaczył że „bojownicy z kijowskiego Majdanu byli szkoleni na Litwie i w Polsce, a teraz chcą wedrzeć się na wschodnie rejony Ukrainy i na Krym”. Oficjalny powód inwazji – zagrożenie życia rosyjskich obywateli na Ukrainie – według tej interpretacji mają stanowić szkoleni także w Polsce rewolucjoniści. Trudno o bardziej bezpośrednią groźbę pod naszym adresem.

Europa środkowo-wschodnia, zniszczona przez dekady czerwonej zarazy i radzieckiego wyzysku, jest najsłabszą częścią Starego Kontynentu. Rosja jest wystarczająco potężna, by podporządkowywać sobie kolejne państwa, jedno po drugim. Wspomniane przez Worobiowa Litwa i Polska, a także pozostałe kraje byłego Bloku Wschodniego, nie stawią żadnego oporu, jeśli będą działać w pojedynkę. W tym świetle stałe pogłębianie się lokalnych waśni w naszym regionie, od czasu wspólnej interwencji z 2008 roku podczas wojny w Osetii Południowej, nabiera szczególnego znaczenia.

Prezydenci Polski, Litwy, Estonii, Ukrainy i premier Łotwy na drodze dyplomatycznej powstrzymali w Tbilisi eskalację działań zbrojnych w głąb Gruzji. Bez względu na ocenę prezydentury Lecha Kaczyńskiego, wspólna interwencja przywódców sąsiednich i zaprzyjaźnionych państw jest jedynym znanym nam, skutecznym i sprawdzonym sposobem powstrzymania rosyjskiej agresji. Scenariusz odbudowy rosyjskiego mocarstwa realizowany jest bowiem etapowo. Każdy kolejny etap, to jedno państwo. Dziś ponownie przekonujemy się, że międzynarodowe gwarancje i sojusze, nie znaczą wiele w obliczu prawdziwego zagrożenia. Skoro nikt na Zachodzie nie ma zamiaru umierać za Krym, to dlaczego inaczej miałoby być w przypadku Kijowa, Wilna, a nawet Warszawy? 

Nie znaczymy nic

Europa Środkowo-Wschodnia potrzebuje dziś elementarnej zgody i jedności. Możemy liczyć tylko na siebie. Zagrożenie dla Ukrainy, to w dłuższej perspektywie zagrożenie dla Polski. Tak samo, jak zapowiedzią zagrożenia dla Kijowa, była rosyjska agresja w Gruzji. Dynastia Jagiellonów na drodze pokojowej stworzyła jedno z najpotężniejszych mocarstw ówczesnej Europy, którego zasięg wyznaczały baseny Bałtyku, Adriatyku i Morza Czarnego. Dziś sens tej koncepcji jest wyraźny jak nigdy dotąd.

Potrzebujemy współczesnego wariantu jagiellońskiego. Integracji naszego regionu wokół najbardziej elementarnych wartości i interesów. Tylko razem jesteśmy w stanie stawić czoło rosyjskiemu niebezpieczeństwu. Tylko wspólnie będziemy wystarczająco znaczący, by zainteresować naszym losem zachodnie potęgi i zmusić Niemcy, Francję, Wielką Brytanię, USA czy NATO do zdecydowanych reakcji. Do działań, a nie deklaracji.

Ukraina to ostatni sygnał alarmowy dla Polski. To także test jedności dla całego regionu. Od naszej reakcji zależą następne kroki Rosji. W pojedynkę nie znaczymy nic. Zarówno dla Putina, jak dla Merkel, Hollande’a, Camerona czy Obamy. Najwyższa pora, by nasi politycy wreszcie to zrozumieli. Polska zabiegająca o względy w Berlinie, skłócona z Litwą i innymi sąsiadami, to w perspektywie kilku lat kraj w rękach Władimira Putina.