Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  23 lutego 2014

Wójcik: Sojusz od morza do morza

Piotr Wójcik  23 lutego 2014
przeczytanie zajmie 5 min
Wójcik: Sojusz od morza do morza flickr.com PolandMFA

Wydarzenia z Ukrainy i okolic są, a raczej mogłyby być, wielce pouczające dla Polaków. Dwa główne wnioski płynące z obserwacji historii, po raz kolejny wdzierającej się wysoką falą na nasz peryferyjny zalew, jak zawsze w takich sytuacjach okazują się nieprzyjemne, ale chociaż otrzeźwiające. Otóż rzekomo piastowska polityka ostatnich lat, polegająca na płynięciu w głównym unijnym nurcie, nie przynosi pozytywnych rezultatów, a nasza pozycja w UE, wbrew zaklęciom szamanów z polskiego rządu, jest zerowa. Znów też widać dokładnie potrzebę budowy sojuszu państw naszego regionu – sojuszu, na który niestety zupełnie się nie zanosi.

Pewien polski satyryk, szerzej znany jako „profesor Roman Kuźniar”, obecnie terminujący na etacie w Kancelarii Prezydenta, w jednym z wywiadów radiowych bardzo się oburzył na tezy obarczające Unię Europejską winą za nieudaną dotychczasową integrację Ukrainy ze strukturami Zachodu. Ten błyskotliwy kabareciarz stwierdził, że dalsze zbliżenie zależy tylko i wyłącznie od Ukraińców, a sama UE nie może zmieniać zasad specjalnie dla jednego państwa. Dowcip rzeczywiście pierwszorzędny – przecież Unia robi to regularnie. Obecne problemy z Grecją wynikają między innymi właśnie z tego, że całkiem niedawno UE pozwoliła na złamanie przeróżnych, dopiero co wprowadzonych zasad, byle tylko potomkowie starożytnych Spartiatów i Ateńczyków zaczęli płacić wspólną walutą.

Zresztą cała strefa euro powstała i trwa dzięki temu, że na owe zasady patrzono spod przymrużonych powiek wobec większości państw ją tworzących. Powstanie unii walutowej jest jednym z wielu dowodów na to, że zbliżanie się państw ze strukturami europejskimi nie wynika wcale z tego, że państwa te „są na to gotowe”, lecz z politycznej woli europejskich liderów. Taka wola była np. wobec Słowacji, z którą negocjacje akcesyjne spokojnie toczyły się także w czasach rządów powszechnie uważanego za miękkiego autokratę Mecziara. Dla unijnych decydentów nie stanowiło też wielkiego problemu dojście do władzy postkomunistów w Polsce, która bardzo szybko otrzymała klarowną perspektywę członkostwa. Perspektywę, której dla Ukrainy zabrakło.

Ukraina w kontaktach z Unią mogła się czuć niczym problematyczny i namolny sąsiad, z którym trzeba jakoś żyć (jeździć wspólnie windą, mówić „dzień dobry” etc.), ale nie ma się ochoty za bardzo rozmawiać.

Na integrację wszystkich państw Partnerstwa Wschodniego UE w latach 2007-2013 przeznaczyła 3 miliardy euro. Na program Erasmus Plus na lata 2014-2020 19 miliardów. Innymi słowy, masowa studencka impreza, na której picie alkoholu na umór jest jedną z bardziej przyzwoitych czynności, dostała sześć razy więcej pieniędzy niż próba zbliżenia do Europy sześciu państw z obszaru postsowieckiego.

Mało tego, w latach 2010-2012 w ramach PW Ukraina otrzymała na mieszkańca… 21 euro, czyli ponad 10 razy mniej niż będąca w tym samym programie Mołdawia (135 euro). W sytuacji markowanego „zbliżania się” odmowa postawienia przed Ukraina klarownej perspektywy członkostwa wydaje się logiczną konsekwencja przyjętego sposobu działania (a raczej zwodzenia). Zresztą szeroko pojęty Zachód już wcześniej pokazał Ukrainie, że nie jest w jego „typie”, gdy w 2008 roku odmówiono jej zaproszenia do Planu Działania na Rzecz Członkostwa w NATO, czyli oficjalnego korytarza w procesie uzyskiwania członkostwa w Pakcie Północnoatlantyckim. Nic dziwnego; Ukraina jest niewątpliwie państwem problematycznym, a Zachód w ostatnich latach od problemów ostentacyjnie ucieka, ewentualnie zamyka oczy, gdy zbytnio się zbliżają. Kraj leżący nad Dnieprem, ze wszystkimi swoimi żywotnymi problemami, będący areną przecinających się interesów, jest jaskrawym dowodem na to, że obwieszczony światu przez innego satyryka Francisa Fukuyamę „koniec historii” jest co najwyżej kolejnym zabawnym dowcipem. A wybudzenie z pełnego beztroski snu na pewno nie będzie miłe.

Skoro już wiemy, że idące jak po grudzie przyciąganie Ukrainy do Europy jest hamowane przez brak politycznej woli wśród europejskich decydentów, możemy jasno zobaczyć, jakiej iluzji jesteśmy poddawani w ostatnich latach. Cała misternie tkana opowieść, że nasza pozycja w UE jest najlepsza w historii, jest warta tyle, co dolar Zimbabwe. Europejska Ukraina jest naszym żywotnym interesem, a skoro zupełnie nie potrafiliśmy przekonać do tego Europy, to znak, że w prawdziwie istotnych kwestiach nie mamy w UE nic do gadania.

Całe zachowanie Unii i Polski wobec kryzysu na Ukrainie jest pokazem nieporadności. Podczas gdy w normalnie prowadzonej dyplomacji sankcje powinny być ostatecznym krokiem, w tym przypadku były one krokiem pierwszym. A gdy do dyplomatycznej rozgrywki wchodzi się na poważnie na etapie, w którym jedynym rozwiązaniem pozostają tylko sankcje, można sobie pogratulować porażki.

Kolejne desperackie i w zasadzie paniczne ruchy były już tylko konsekwencją wcześniejszych zaniechań. Kulminacją kompromitacji było grożenie śmiercią przedstawicielom Majdanu przez naszego ministra spraw zagranicznych, co było chyba jednym takim przypadkiem w najnowszej historii stosunków międzynarodowych. Podpisanie porozumienia, które w zasadzie od początku nie było przez żadną ze stron respektowane, to spektakularna klapa, którą wzmacnia fakt, że obecnie na owo porozumienie powołuje się Rosja, domagająca się od Polski, Niemiec i Francji stania na jego straży. Tocząca się historia zakpiła bezlitośnie z Radka Sikorskiego, który łudził się, że zostaje oto architektem nowego pokojowego ładu, a tymczasem został strażnikiem rosyjskiego interesu.

Tymczasem samo angażowanie Francji w negocjacje pokojowe na Ukrainie było kolejnym błędem polskiej strony. Francuzów Ukraina obchodzi mniej niż zeszłoroczny śnieg w Alpach. Zapomną o niej jeszcze w drodze powrotnej do Paryża, tymczasem my wraz z sąsiadami z regionu zostaniemy z problemem na miejscu. I właśnie wespół z sąsiadami powinniśmy zmagać się ze wspólnymi problemami, gdyż niepodległa i demokratyczna Ukraina to nie tylko polski interes.

Zamiast udawać Europejczyków z salonów, powinniśmy rozmawiać na temat Ukrainy z Czechami czy Węgrami,  a nie z Francuzami. Innymi słowy, Trójkąt Weimarski powinniśmy jak najszybciej zamienić na Grupę Wyszechradzką.

Tyczy się to nie tylko Trójkąta i Ukrainy, ale generalnie całej polskiej polityki zagranicznejZamiast marzyć o sojuszu z USA, które nigdy nie będą traktować nas poważnie (co okazują regularnie), lepiej budować współpracę ze Słowacją czy Litwą. Prawdziwie trwały sojusz mogą zbudować tylko państwa chociaż mniej więcej równorzędne, dysponujące wspólnotą interesów.

Trudne położenie między Niemcami i Rosją jest problemem przecież nie tylko dla Polski. Wspomnienia II wojny światowej czy komunizmu są realne także dla innych. Ta wspólna historia i problemy mogą znakomicie scementować współpracę, co przyniesie nieporównanie większe korzyści niż szkoleniowe Patrioty czy będące rówieśnikami czasów gierkowskich samoloty F-16. Zamiast bujać z głową w chmurach oraz co rusz liczyć na wsparcie mocarstw, lepiej samemu wziąć sprawy w ręce regionu, który liczy przecież około 100 milionów dobrze wykształconych i zdolnych mieszkańców (Grupa Wyszechradzka + państwa bałtyckie + Rumunia i Bułgaria). Z taką siłą każdy musi się liczyć, ale jedynie wtedy, gdy będzie ona monolitem. Rozpoczęcie jej budowy musimy rozpocząć teraz – kryzys na Ukrainie może być znakomitym ku temu powodem. A perspektywy rysują się znakomite. Taki sojusz stałby się atrakcyjny w przyszłości nie tylko dla państw skandynawskich czy bałkańskich, ale też przede wszystkim Turcji. A współpraca naszego regionu z Turcją stworzyłaby zupełnie nową sytuację geopolityczną, w której Polska stałaby się jednym z dwóch liderów bardzo znaczącego sojuszu, z którym poważnie liczyć musiałby się każdy, nawet były kagiebista na Kremlu.

Sytuacja na Ukrainie nie będzie jasna jeszcze długo. Nigdzie nie jest powiedziane, że w przypadku zwycięstwa szeroko pojętego Majdanu kolejne wydarzenia pójdą w kierunku uzdrowienia sytuacji. Przykładowo jeśli to Tymoszenko stanie się motorem zmian, to zamiast z przemianami będziemy mieli do czynienia z „przemianami”. Tymoszenko i Jaceniuk gwarantują zgniły status quo na lata. Z drugiej strony Prawy Sektor jest zwiastunem zamordyzmu. Z obecnych liderów opozycji ukraińskiej najbardziej rozsądnym jawi się Kliczko, jednak jego umiejętności politycznych nie da się jeszcze porównać z kompetencjami pięściarskimi, choć nie ulega wątpliwości, że znając charakter ukraińskiej polityki doświadczenie zdobyte na ringu mu się przyda.. Mając do czynienia z taką ilością niewiadomych, musimy skupić się na tym, co zależy od nas. Czyli na budowie trwałego sojuszu, w którym będziemy jednym z rozgrywających. Sojuszu rozciągającego się od Helsinek aż do Antalyi. Sojuszu od morza do morza – ale nie od Bałtyckiego do Czarnego, lecz od Bałtyckiego aż do Śródziemnego.