Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Adam Folek  18 lutego 2014

Folek: Na randce z procesorem

Adam Folek  18 lutego 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Folek: Na randce z procesorem facebook.com

Miłość to zaiste skomplikowany fenomen: ciągłe zmaganie nie tylko z drugim człowiekiem, ale przede wszystkim ze sobą. Obiecująca relacja może ucierpieć wskutek nieskończonej ilości potencjalnych problemów, kłótni o najbardziej absurdalne błahostki, wynikające z tego, iż codzienność nie przystaje do naszych oczekiwań. W ten sposób krzywdzimy innych, próbując dopasować ich do ideału pielęgnowanego w głowie. A gdyby tak istniał program komputerowy wyposażony w sztuczną inteligencję, dopasowujący się do użytkownika?

Główny bohater „Onej”, Theodor Twombly (grany przez fantastycznego Joaquina Phoenixa), od roku pogrążony w melancholii, próbuje wykaraskać się z nieudanego małżeństwa, którego losy przesądziły się rok wcześniej. Mimo iż papiery rozwodowe wciąż nie trafiły do sądu, bohater nie potrafi pogodzić się losem, nie wie, jak zacząć od nowa. Powracające wspomnienia i depresyjny nastrój to skutek konfliktu, jaki miał miejsce w małżeństwie. Po upłynięciu miesiąca miodowego okazało się, iż żona nie jest dokładnie taka, jak w jego marzeniach. Cechy jej charakteru i styl bycia zderzyły się z tym, co Theodor początkowo sobie wyobrażał. Narastające napięcie i konflikty krzywdzące tę prawdziwą, a nie wyidealizowaną, żonę doprowadziły do definitywnego rozstania. Próba dopasowania rzeczywistej osoby do ideału, nawet w imię miłości, okazuje się rzeczą karkołomną – i jak się wydaje niemożliwą do wykonania, doprowadzając jedynie do wzajemnych krzywd i nieszczęść.

Bo przecież miłość to autentyczna relacja dwóch osób, mówiąc ogólnikowo. Cóż by się stało, gdyby co najmniej jedną z nich był program komputerowy, bezcielesny byt posiadający wszelkie intelektualne predyspozycje człowieka: intuicję, rozum, poczucie humoru? Wszystko, co potrzebne, by przeprowadzić szczerą rozmowę, wyczuć czyjś nastrój i wesprzeć w trudnych chwilach. Wokół tej opowieści skupia się główny wątek filmu osadzonego w bliskiej przyszłości, w której programiści zdolni już są dokonywać niemal cudów, a mianowicie stwarzać osoby ex nihilo (kto wie, być może jest to kwestia autentycznej potrzeby poradzenia sobie z bardzo niską feminizacją tego środowiska).

Samotny Theodor wchodzi więc w posiadanie systemu operacyjnego nowej generacji. Jego istotą jest innowacyjna możliwość prowadzenia za pomocą kilku gadżetów prawdziwej rozmowy i poznawania wnętrza (duszy) programu, kryjącego w sobie czarująca mieszaninę wiedzy, emocji, pragnień i pasji. Abstrahując od wymiaru cielesnego, z konieczności ograniczonego do komputera i zestawu słuchawkowego, okazuje się, iż jest to niemal żywa osoba. Dzięki kombinacji walorów intelektualnych i braku cielesności posiada jedną zdecydowaną zaletę, z którą nie może mierzyć się żaden człowiek – nie kłóci się z ideałem tkwiącym w głowie bohatera. Taki jednocześnie realny i idealny byt w miarę rozwoju relacji okazuje się dla Theodora niezwykle pociągający. Technika daje możliwość urzeczywistnienia miłości platonicznej, niczym z rasowej powieści romantycznej.

W tle przewijają się jednak wątpliwości wobec realizującego się w ten sposób postępu technicznego. Reżyser stawia pytania o to, na ile sztuczne wytwory przystają do nas, w jakim stopniu dają możliwość zanurzenia się w technice do tego stopnia, by stała się immanentną częścią naszego życia, także tego intymnego. Spike Jonze zdaje się przejawiać tutaj daleko posunięty sceptycyzm. W miarę odkrywania Samanthy, Theodor jest coraz bardziej przytłoczony prawdą o niej. Znów wpada w pułapkę konfliktu ideał-rzeczywistość. Bohater zaczyna coraz bardziej dolegliwie odczuwać nieuchwytność kobiety. Nieuchronnie ogarnia go poczucie samotności i zagubienia, w przykry sposób pokazujące, iż pełne opuszczenie cielesnego sensu miłości prowadzi do jej wypaczenia. Próby nawiązania więzi erotycznej okazują się co najwyżej tragikomiczne. Triumf nad trywialną, wydawałoby się, fizycznością jest niemożliwy. Technika próbująca wiernie naśladować człowieczeństwo pozostaje niedoskonała i wyczyszczona z drobnych, prawie nieuchwytnych aspektów, potrzebnych nam w codziennym życiu. Mimo, iż ludzie popełniają błędy w relacjach damsko-męskich, komputerowy erzac nie zastąpi prawdziwej bliskości drugiej osoby, przejawiającej się chociażby w trzymaniu za rękę.

Pod powłoką przedstawionego w filmie pastelowego i sterylnego świata przyszłości kryje się wszechogarniające poczucie osamotnienia. Ludzie sprawiają wrażenie wyalienowanych,  pochłoniętych szeptaniem do zestawów słuchawkowych lub powierzających kontakty międzyludzkie informatykom lub korporacjom (pracuje w takiej sam bohater), zajmującym się pisaniem poruszających, intymnych listów. Przecież profesjonaliści z pewnością zrobią to lepiej, zatroszczą się o związek, podtrzymają chemię. Wszystko w imię komfortu, dla naszego interesu.

Nauczką z tej historii (daleką jednak od taniego moralizatorstwa w wykonaniu reżysera), przygody stojącej na pograniczu świata realnego i wirtualnego, jest zrozumienie przez Theodora, że należy kochać tych, których spotykamy, właśnie takimi, jacy są. Akceptować ich prawdziwy charakter i nie wypierać cech, które trudno zmieścić w ramach wymarzonego ideału. A przede wszystkim – zdystansować się od galopującego w nieodgadnionym kierunku świata, zapewniającego na każdym kroku o swej skuteczności i słuszności. Pozostaje wszak tylko narzędziem, środkiem do celu, jakim jest szczęśliwe, pełne miłości życie.