Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Juliusz Gałkowski  17 lutego 2014

Gałkowski: Lego von Stauffenberg patrzy na Europę

Juliusz Gałkowski  17 lutego 2014
przeczytanie zajmie 5 min
Gałkowski: Lego von Stauffenberg patrzy na Europę facebook.com

Nie sposób zrozumieć, czemuż tak przyzwoici obywatele, jak redaktorzy „Teologii Politycznej”, piszą we wstępie swojego najnowszego numeru rocznika o Arminiuszu. Każdy Polak wie, że należy pisać o tym zwycięzcy z Teutoborskiego Lasu, używając właściwego imienia: Herman. A to zasadniczo zmieni optykę podejścia do zagadnienia roli Niemiec we współczesnej Europie. Wszak wiadomo, że każdy Brunner to świnia.

Bo przecież jako obraz naszego sąsiada nie musiałby wcale służyć rzeźnik rzymskich legionów. Jakże inaczej wyglądałyby rozważania w tomie, którego wstęp zatytułowano by „Kant patrzy na Europę”. Myśliciel z Królewca – patron nowoczesności, ojciec kopernikańskiego przewrotu w filozofii, ideowe źródło romantyzmu – zupełnie inaczej ukazywałby nam relację między północnymi puszczami a Rzymem oraz pomiędzy niemiecką kulturą a anglosaską cywilizacją.

Ale przyjęcie meta-poziomu, jaki cechuje redakcję „Teologii Politycznej”, ratuje rocznik nie tylko przed złośliwostkami takimi jak powyższa, lecz także przed banalizacją problemu. Problemu ważnego i fundamentalnego. W którym punkcie mapy dziejowej należy szukać genezy obecnej pozycji Niemiec i jak ją ocenić? Bo zadecydowanie, czy mamy do czynienia z zagrożeniem, czy korzyścią, jest możliwe tylko poprzez odniesienie do dziejów oraz do pewnego poziomu namysłu nad polityką, który przekracza nauki społeczne. Chociaż wzniesienie się, nawet tak wysoko, nie gwarantuje uzyskania prawidłowej odpowiedzi.

Pisząc o tym numerze – raczej wyjątkowo – polecałbym rozpoczęcie lektury nie od wstępu (od Hermana Cheruska), lecz od rozmowy redakcyjnej, stałego i mocnego punktu każdego tomu TP. Tutaj znajdujemy pytanie, które jest ogniskową całej części poświęconej fajnym Niemcom. Chodzi bowiem nie tyle (nie tylko?) o Niemcy, lecz o Europę, jej przyszłość, oraz o pytanie, czy Teutoni po raz kolejny ją podpalą, czy też zajmą się jej budowaniem.

Niezależnie, czy zgadzamy się z tezami wygłoszonymi przez rozmówców, dotyczącymi nie tylko najnowszej historii naszego kontynentu, czy też uznamy je za bezzasadne i motywowane jedynie aktualną grą polityczną, to z całą pewnością musimy się zgodzić, że ważnym jest, czy Niemcy są państwem fajnym, czy może raczej groźnym.

Odchodząc od bieżących sporów o współczesne oblicze naszych zachodnich sąsiadów warto zastanowić się, jaką twarz ma fenomen zwany Niemcami. Odwołanie do wodza Cherusków nabiera szczególnego sensu, gdy przypomnimy, że u stóp jego pomnika urodził się i wychował Jurgen Stroop, kat getta warszawskiego i do końca życia (na szubienicy) wyznawca idei wielkoniemieckich i nazistowskich.  

Nie ukrywajmy, niezbyt przyjazny obraz jawi się w tomie z Lego von Stauffenbergiem na okładce. Ale analizy ukazujące, jaki naprawdę był stosunek wewnątrzniemieckiej opozycji do reszty Europy, a do Polaków i Żydów w szczególności, nie dają powodów do spokoju. Jeżeli to „sumienie Niemców”, jakim było środowisko z Krzyżowej, nie brało pod uwagę faktu, że skutkiem – doskonale rozpoznanych – zbrodni pozycja Niemiec nie będzie już taka jak przed wojną, a opisy innych narodów zawarte na przykład w listach von Stauffenberga tchną prawdziwą pogardą, to może naprawdę niepokoić brak intelektualnych odwołań do Niemiec, które nie są może fajne, ale sympatyczne.

Z drugiej strony jest też w „Teologii Politycznej” ton uspokajający, pozwalający na znalezienie odpowiedzi na niepokój budzony przez fajne Niemcy. Nawet jeżeli przyjmujemy, że narody się nie zmieniają, to zmienia się ich otoczenie i może (wręcz musi) wpływać na nie, by zmieniając jednostki, ostatecznie zmienić i zbiorowość. Nie mam wyjścia i muszę wskazać dwa konkretne artykuły: Marka Cichockiego „Zmaganie z formą” oraz Tomasza Stefanka „Polska gibelińska, gaelicka czy jagiellońska?”.To jest ten poziom namysłu nad rzeczywistością, który poprzez działanie nie wprost nadaje wnioskom szczególny sens i jest z całą pewnością inspirujący. Autorzy piszą – pozornie – na tematy zupełnie odległe, ale pozwalają na snucie daleko idących analogii.

Czy zmieniająca się Europa nie tylko ulega wpływom potężnego hegemona znad Renu, Menu i Odry, ale także siłą swej kultury, swego rozwoju i swych kryzysów nie wpływa na Niemcy? Kultura niemiecka jest z całą pewnością nieodłączną częścią kultury europejskiej. Ba, należy powiedzieć wyraźnie, jest jednym najbardziej ożywczych źródeł tej kultury. Ale też – całe szczęście, że wspominane wprost przez Cichockiego – napięcie pomiędzy północą a południem ma związek nie tylko z długami Grecji, Hiszpanii czy Portugalii. To jest napięcie między pomiędzy germańską puszczą a italskim Miastem. Je zaś należy pisać z wielkiej litery, boć przecież chodzi o Rzym – Miasto jedynie prawdziwe. Romantycy niemieccy bali się jechać do słonecznej Italii, wiedzieli, co zrobiła ona z Goethem.

Również w sensie politycznym, militarnym czy ekonomicznym, Niemcy – choć najpotężniejsze – nie są w stanie przeważyć reszty kontynentu. Zatem należy brać pod uwagę, że wpływ Europy na Teutonów będzie przemożny i staną się oni naprawdę fajni, przez to, że zeuropeizowani. Kwestia tylko, jak tę europejskość pojmować. I jak pojmują ją oni sami? Czy nie będą się bali, że zamiast zdominować ostatecznie kontynent (czego jak do tej pory nigdy im się nie udało), rozpuszczą się w tym tyglu, tak jak przydarzyło im się to około 1500 lat temu, gdy wydawało się, ze cały świat zachodni legł u ich stóp? A zresztą… samo słowo: „fajność” jest bardzo dwuznaczne.

Ale do beczki miodu muszę wlać także całkiem sporą chochlę dziegciu. Mocno zaniepokoił mnie tekst Heleny Jędrzejczak. Gdybym nie znał (i cenił) autorki, skwitowałbym go stwierdzeniem o jej ignorancji. Wiem, że tak nie jest – zatem warto nieco się z artykułem „Niemcy  Chrystusem narodów?” pozmagać.

Wydaje się, że niezrozumienie procesu zwanego w IX i X stuleciu mianem renovatio Imperii romani wynika z pewnych przedzałożeń, odziedziczonych być może po Bonhoefferze, a na pewno po Le Goeffie. Otóż – odmiennie od tego co pisze autorka –należy wskazać, że w dziewiątym wieku nie nastąpiła ani translacja ani uzurpacja Rzymu.Nie powstał Rzym, mówiąc współczesnym językiem, w wersji 2.1, co sugerowałaby sugestia translacji. Ani tym bardziej Rzym italski nie uzurpował sobie prawa do bycia centrum wbrew prawom Drugiego Rzymu – Konstantynopola. Miasto Rzym – nawet tak upadłe jak w czasach Karola, czy pornokracji wieku dziesiątego – zawsze miał prawo do miana najważniejszego miasta. Prawa – co istotne – nie kwestionowanego zasadniczo przez żadną z sił w Europie. Przyczyny były dwie: wspomnienie o stołeczności oraz fakt prymatu (co prawda rozmaicie rozumianego) biskupa Rzymskiego.

Zatem diagnoza, że jedynym logicznym rozwiązaniem problemów po upadku cesarstwa zachodniego byłoby widzenie centrum świata w Konstantynopolu, jest po prostu błędna. Bizancjum chociaż niechętnie – co oczywiste – uznawało cesarskość i wagę Rzymu, i nie robiło tego tylko na pozór. Sobór Nicejski II, ostatni niepodzielonego chrześcijaństwa, z całą powagą brał pod uwagę biskupa  Rzymu. Dalszy ciąg sporu o kult obrazów wciągnął także cesarza Karola i dał mu okazję do wtrącenia się nie tylko w polityczne, lecz także i teologiczne spory świata Bizancjum. Germańskość Rzymu nie była problemem, wszak Konstantynopol, drugi Rzym był grecki. Rzymskość mogła być ponadnarodowa, powszechna.

Skoro więc dla ówczesnych (nie tylko dla Germanów, jak twierdzi Helena Jędrzejczak) jedyność Konstantynopola nie była ani oczywista ani jedynie logiczna, to dlaczego miałaby być jedyna i oczywista dla współczesnych autorce?

Historia Świętego Cesarstwa Rzymskiego od Karola po Franciszka jest historią nie tyle uzurpacji germańskiej, co rozmywania się niemieckiej tożsamości oraz hegemonii. Symboliczne jest to, że kres tej instytucji położył korsykański uzurpator, który rozpoczął okres hegemonii państw narodowych. Napoleon , choć marzył o panowaniu nad światem, nie był monarchą powszechnym, lecz cesarzem Francuzów.

I chociaż idea narodu niemieckiego wzorowana na na koncepcji Izraela z Pisma Świętego może być szokująca dla czytelnika w początkach XXI wieku, to dla zarówno uczonych, jak i illiterati z czasów Ottonów była oczywistą analogią, ponieważ przewodzenie światu było sposobem jego naprawy. Choćby to przewodnictwo wymagało – jak od armii Jozuego – totalnej eliminacji wrogów Narodu Wybranego. Niemieckie naśladownictwo Chrystusa nigdy nie miało być naśladownictwem Pasji i uniżenia. Było wzorowane na Wybraństwie i Królowaniu. Możemy zatem mówić bardziej o kontynuacji Starego niż Nowego Testamentu. Zatem czy tytuł artykułu nie myli?

Ale i tak tekst ten należy przeczytać, podobnie jak wszystkie przeze mnie niewymienione. I fakt, że znajdziemy w nim wiele elementów, z którymi się nie zgadzamy – tak jak znalazł niżej podpisany – należy zaliczyć do plusów siódmego tomu „Teologii Politycznej”.