Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  13 lutego 2014

M. Suskiewicz: Człowiek to więcej niż zbiór komórek

Marcin Suskiewicz  13 lutego 2014
przeczytanie zajmie 8 min
M. Suskiewicz: Człowiek to więcej niż zbiór komórek liknes, CC.

Już sam tytuł „Kościół, biologia, gender”, nawiązujący do głośnej książki Adama Michnika o dialogu na linii Kościół-lewica, sugeruje, że tekst Kingi Stańczuk jest przede wszystkim próbą dialogu. Trzeba przyznać, że autorka stara się (inna rzecz, czy skutecznie) zrozumieć podejście strony katolickiej i możliwie obiektywnie je przedstawić, nie ocenia też, czy zgadza się ono z jej własnym światopoglądem, lecz jedynie, czy jest wewnętrznie spójne. Dochodzi do wniosku, że nie: Kościół jednocześnie odcina się od kultu „biologicznie pojmowanego życia”, który identyfikuje z nihilizmem, i chroni życie ludzkie na etapach, gdy jest ono jedynie biologiczne. Sprowokowany tym, błędnym według mnie, rozpoznaniem Stańczuk, chciałbym zaproponować kilka myśli.

Jedną część swojej argumentacji Stańczuk opiera na tym, co nazywa za Maxem Blackiem „gilotyną Hume’a”: Z określonego biologicznego „jest” nie wynika, co być powinno. Biologia nie jest według niej nauką normatywną, tak więc używanie kryteriów biologicznych, np. przy określeniu początku życia ludzkiego, jest filozoficznym błędem. Powinniśmy porzucić więc proste przełożenie biologii na etykę i zrozumieć, że nasze normy są po prostu kwestią wyznawanych przez nas wartości.

Pytaniu, czy można wyprowadzić powinność z bytu, poświęcona jest znaczna część współczesnej etyki, zwłaszcza anglosaskiej, nie łudzę się więc, że w kilku akapitach zaprezentuję jakieś proste i przekonujące wszystkich rozwiązanie. Osobiście nie zgadzam się z Hume’em, ale trzeba uczciwie przyznać, że nawet wśród myślicieli katolickich nie jest to kwestia jednoznaczna. „Gilotyna Hume’a” jest na przykład jednym z aksjomatów tzw. nowej teorii prawa naturalnego Johna Finnisa i Germaine’a Griseza.

Wydaje się, że większość filozofów zgadza się, że nawet jeśli normy można jakoś wyczytać z tego, co jest, nie jest to proces równie „automatyczny”, co np. widzenie barw. Gołe zmysły – jak chciał Hume – nie widzą powinności, podobnie jak nie widzą związków przyczynowo-skutkowych. Błąd Hume’a – albo raczej pewnej interpretacji jego filozofii – polega jednak według mnie na braku konsekwencji.

Pytaniu, czy można wyprowadzić powinność z bytu, poświęcona jest znaczna część współczesnej etyki.

Weźmy kwestię związków przyczynowo-skutkowych. Nawet jeśli same zmysły nie potrafią dostrzec w naturze konieczności, nie widzą one także nie-konieczności (przygodności). Po prostu zmysły nie rozpoznają żadnych właściwości modalnych. Nie jest więc tak, że wszystko w naturze jest przygodne, a powiązania między przyczynami i skutkami dodaje dopiero nasza wyobraźnia. Dla samych zmysłów natura jest wielką niewiadomą – może wszystko musi być dokładnie tak, jak się dzieje, być może nic nie musi, być może mamy do czynienia zarówno z koniecznością, jak i przygodnością itp.

Podobnie jest, wydaje mi się, z kwestią powinności/normatywności. Jeśli gołe zmysły nie widzą, że coś jest normatywne, nie widzą też, że normatywne nie jest. Sama gilotyna Hume’a nie prowadzi do wniosku, że normy są jedynie kwestią wyznawanych wartości i że nie mają nic wspólnego ze światem biologii. Biologiczne życie jawi się gołym zmysłom jako moralnie tajemnicze, być może już pełne czekających na odkrycie norm, być może od nich wolne, czekające dopiero na „unormowanie” np. przy pomocy pewnych, arbitralnych w dużym stopniu, ustaleń kulturowych.

W powyższych rozważaniach nie chodzi mi o obronę jakiegoś konkretnego stanowiska. Chodzi o pokazanie, że problem nie daje się łatwo, tzn. w sposób możliwy do zaakceptowania dla wszystkich, rozwiązać za pomocą przeniesienia etyki w sferę swobodnego dyskursu o tym, co nam, jako społeczeństwu, najlepiej pasuje. Jest to możliwe rozwiązanie, ale tylko jedno z wielu. Nie jest bardziej obiektywne, mniej partykularne, niż podejście katolickie (które mówi: każdy człowiek może wyczytać normy ze świata przy pomocy odpowiednio uformowanego rozumu praktycznego i sumienia). Albo inaczej: jeśli nawet zgodzimy się, że wszystkie strony światopoglądowych sporów zgadzają się co do pewnego minimum – tego, co dostarczają same zmysły – nie znaczy to, że w pozostałych kwestiach jedynym możliwym rozwiązaniem jest pełen pluralizm, wszak pluralizmu nie da się wyprowadzić z „tego, co dostarczają same zmysły”. Wydaje się więc, że skazani jesteśmy na spór wielu partykularnych podejść (jednym z nich może być podejście pluralistyczne), roszczących sobie rację – według mnie w przypadku Kościoła słusznie – do obiektywnej prawdziwości.

Podejście katolickie mówi: każdy człowiek może wyczytać normy ze świata przy pomocy odpowiednio uformowanego rozumu praktycznego i sumienia.

Różnice między różnymi stanowiskami wydają się natomiast dość głębokie. Stańczuk pisze np. o brutalności świata biologicznego, zdaje się natomiast wierzyć w cudowną zdolność demokracji do moralnej samoregulacji (mam na myśli fragment tekstu poświęcony kwestii poronień) – na wzór, można by pokusić się o porównanie, samoregulacji rynku w teorii Adama Smitha. Katolik spojrzałby na te sprawy pewnie w inny sposób. Świat biologiczny, choć często brutalny i niewolny od braku, jest ostatecznie dobry i celowy. Demokracja z kolei – jak pokazuje zwłaszcza wiek poprzedni – może (choć oczywiście nie musi) sankcjonować zbrodnie. Zwłaszcza lewica, w kwestiach ekonomicznych sceptyczna wobec samoregulacyjnej zdolności społeczeństwa i nie przystająca na pełną dowolność, powinna według mnie docenić upór Kościoła w promowaniu norm moralnych dotyczących życia ludzkiego, co do których jest przekonany.

Argumentacja Stańczuk przeciwko wyprowadzaniu etyki z biologii – powinności z bytu – spleciona jest w jej tekście z zarzutem, że Kościół, wbrew swoim deklaracjom, czci życie czysto biologiczne – życie na poziomie komórkowym. Wydaje się, że znów do głosu dochodzą głębokie różnice w postrzeganiu świata. Dla katolika – który, choćby z racji wiary w zmartwychwstanie, jest dość materialistyczny – życie ludzkie jest zawsze życiem na poziomie komórkowym i zawsze jest, w jakimś sensie, życiem biologicznym. Nie jest ono jednak nigdy życiem wyłącznie biologicznym, nawet, gdy człowiek składa się z jednej komórki – jest zawsze życiem ludzkim. Katolik nie twierdzi, że zarodek jest taką samą komórką, jak każda inna, a mimo to posiadającą specjalną godność. Twierdzi, że jest komórką szczególną, nawet jeśli nie potrafimy łatwo „zmierzyć” tej jej wyjątkowości, a możemy do niej dojść jedynie ekstrapolując naszą wiedzę o tym, co to znaczy być człowiekiem (osiąganą głównie przez introspekcję, na etapie, gdy jest ona możliwa).

Świat biologiczny, choć często brutalny i niewolny od braku, jest ostatecznie dobry i celowy. Demokracja z kolei – jak pokazuje zwłaszcza wiek poprzedni – może (choć oczywiście nie musi) sankcjonować zbrodnie.

Katolik jest – może to jeden z problemów – większym antyrealistą odnośnie odkryć naukowych. Dla Stańczuk, jak i dla wielu innych ludzi nie pozbawionych przecież dobrej woli, brak statusu człowieka wydaje się w odniesieniu do zarodka w pewnym sensie pewnikiem właśnie naukowym: przecież zarodek to pojedyncza komórka, zbiór białek i innych cząsteczek, coś, co ani nie mówi, ani się nawet nie rusza.

Że nie mówi i się nie rusza – zgoda, ale tak jest i w przypadku śpiącego człowieka, i ciężko chorego, czy z jakąś wrodzoną chorobą, czy gdy jest w śpiączce. Ważniejsze wydają mi się określenia „tylko pojedynczą komórka”, „tylko zbiór białek”. Wypowiadając te słowa, może przychodzi nam na myśl encyklopedyczna definicja komórki albo białka, może ilustracja z licealnego podręcznika do biologii (kółko, w środku niego inne kształty), może inne, nie ludzkie, zarodki, które widzieliśmy na własne oczy (choćby czerwoną kulkę, którą można znaleźć w co którymś wiejskim jajku), może jakieś inne jeszcze rzeczy, i jakoś z tych wszystkich wyobrażeń i definicji tkamy w naszej wyobraźni coś, co ma być definicją zarodka jako „już życia, ale jeszcze nie człowieka”. Ale jak te wszystkie wyobrażenia mają się do tego, co istnieje rzeczywiście? Kto się czasem – może w przypływie krótkotrwałego „poetyckiego” natchnienia, może w obliczu jakiegoś nieodwracalnego dobrego lub tragicznego wydarzenia (Gombrowicz, którego Stańczuk lubi czytać, mówił – można to tu chyba jakoś wyzyskać – że strukturalizm upada, gdy zaczyna boleć nas ząb) – zamyśla nad tym, jak ogromna istnieje przepaść między tym, co rzeczywiście jest, albo się zdarza, a tym, co się dzieje w naszych myślach, ten sceptycznie podejdzie do tego, w jakim stopniu te nasze wyobrażenia oddają to, co jest – zwłaszcza to, czego nigdy nie widzieliśmy na oczy (a nawet, jeśli widzieliśmy, to jako małą kulkę w okularze mikroskopu), o czym nasza wiedza – jako ludzkości – jest dość niekompletna i do czego nasze intuicje, kształtowane przez kontakt z obiektami makroskopowymi, odnoszą się, powiedzmy, średnio dokładnie.

Dla Stańczuk, jak i dla wielu innych ludzi nie pozbawionych przecież dobrej woli, brak statusu człowieka wydaje się w odniesieniu do zarodka w pewnym sensie pewnikiem właśnie naukowym: przecież zarodek to pojedyncza komórka, zbiór białek i innych cząsteczek, coś, co ani nie mówi, ani się nawet nie rusza.

A przecież z początkiem ludzkiego życia mamy też kontakt na inne sposoby, nie tylko, gdy próbujemy sobie wyobrazić „typowy zarodek”. Możemy pomyśleć o początku naszego własnego życia, docierając do tej tajemniczej mgły, która osnuwa wszystko leżące gdzieś przed najdawniejszymi wspomnieniami. Można pomyśleć o życiu, które rodziło się na naszych oczach – życiu kogoś z rodzeństwa, pierwszego siostrzeńca, dziecka przyjaciela, może własnego pierwszego dziecka. Oczywiście w takim tworzeniu się nowego życia jest dużo prozy – trudy ciąży dla matki, potem nieprzespane noce rodziców, niepokorne dzieciństwo itd. – ale przecież jest i, jeśli w ogóle taka jest na świecie, choć trochę poezji. A już na pewno tajemnicy (i filozoficznego zadziwienia: że „z niczego” powstaje ktoś, kto jak ja wypowiada się w pierwszej osobie, kto jak ja buntuje się przeciwko głuchej obojętności nieożywionego świata). Nie chodzi o romantyczny irracjonalizm, doszukiwanie się tajemnicy tam, skąd „mędrca szkiełko i oko” ją już usunęło, ale o racjonalną refleksję filozoficzną przez pewne (zgoda, katolickie – ale jakieś wydają się konieczne) okulary. Obraz zarodka, który jest już życiem, a jeszcze nie człowiekiem, a potem w miarę wzrastania napięcia prądu płynącego przez tworzący się układ nerwowy w pewnym momencie staje się człowiekiem, to amalgamat z naszych wyobrażeń, filozoficznych koncepcji (a ręka do góry, kto nigdy w swoim życiu drastycznie nie zmieniał filozoficznych przekonań, z dualizmu na naturalizm i z powrotem), naukowych modeli (które nie po to są przez naukowców tworzone, żeby zredukować człowieka do prostego rysunku z podręcznika, tylko żeby ułatwić formułowanie hipotez), jednym słowem schemat, w który chcemy wtłoczyć rzeczywistość. A prawda – przynajmniej według katolików – jest taka, że człowiek w pierwszej chwili swojego życia jest tylko komórką i do końca życia pozostaje tylko komórkami, ale zawsze jest czymś o wiele więcej. Także gdy jeszcze, albo już, nie potrafi mówić czy chodzić – to są władze człowieka, a nie jego istota. A jeśli tak, to zamrażarki pełne zarodków są w jakiejś mierze skandalem – nie mówię, że skandalem, za który trzeba zacząć ludzi potępiać albo wsadzać masowo do więzienia, ale skandalem, któremu, myślę, powinniśmy się sprzeciwić, żeby uratować jeszcze trochę metafizyki w naszym świecie.

Obraz zarodka, który jest już życiem, a jeszcze nie człowiekiem, a potem w miarę wzrastania napięcia prądu płynącego przez tworzący się układ nerwowy w pewnym momencie staje się człowiekiem, to amalgamat z naszych wyobrażeń, filozoficznych koncepcji, naukowych modeli, jednym słowem schemat, w który chcemy wtłoczyć przeczywistość.

Z perspektywy lewicowej katolicka teoria „godności każdego życia ludzkiego”, godności niezależnej od niektórych empirycznie łatwo dostrzegalnych jego objawów lub ich braku, wydaje się wartościowa również dlatego, że stabilizuje psychikę człowieka, zagrożonego przez chorobę i śmierć. Od choroby zwykle straszniejszy jest lęk przed utratą godności (myślę np. o chorobach neurodegeneratywnych, coraz częstszych w naszym starzejącym się społeczeństwie). Perspektywa, zgodnie z którą godność ta nie zależy wprost od tego, co widzialne na zewnątrz (ponieważ prawda jest głębsza, bardziej tajemnicza) – wydaje się być najlepszą podstawą dla społeczeństwa jako takiego, chroniącą je przed egzystencjalnym lękiem.

Na koniec chciałbym odnieść się do dość długiego fragmentu tekstu Stańczuk poświęconego kwestii poronień, który jest rodzajem argumentu ad absurdum. Pozwolę sobie przytoczyć dłuższy fragment:

Wynikają z niego [katolickiego podejścia do ludzkiej biologii – przyp. M. S.] nieuniknione aporie; znane są zastrzeżenia, że jeśli przyjmiemy, że zygota jest człowiekiem, poronienie powinno być traktowane jak nieumyślne spowodowanie śmierci. Przy rygorystycznym zastosowaniu obecnej doktryny Kościoła, fakt, że poronienie jest procesem organicznym, na który świadomość przeważnie nie ma wpływu, nie powinien mieć żadnego znaczenia. Jeśli jedno ciało ludzkie jest nośnikiem uświęconego życia i duszy innego człowieka, śmierć tego drugiego powinna być opłakiwana i sankcjonowana prawnie na równi z innymi. Nie dzieje się tak, ponieważ w społeczeństwach demokratycznych, nawet konserwatywnych, trudno jest osiągnąć ten poziom wiary w abstrakcyjne, normatywnie opisane życie ludzkie na poziomie komórkowym. W praktyce więc radykalne sankcje prawne dotyczące ochrony życia biologicznego nie mają racji bytu w systemach demokratycznych: zbyt trudno uwierzyć mężom, aby ich żony (albo ich ciała) były nieświadomymi morderczyniami zasługującymi na lata więzienia.

Stańczuk wnioskuje z tego, że płód, ani tym bardziej zarodek, nie jest postrzegany przez „społeczeństwa demokratyczne” jako życie w pełni ludzkie. Można jednak chyba dość łatwo zaproponować odmienną interpretację: nie płaczemy po nienarodzonych dzieciach, ponieważ płaczemy przede wszystkim po tym, co zdążyliśmy poznać; nie karzemy kobiet za śmierć dziecka nienarodzonego z tego samego powodu, z którego nie karzemy ich za śmierć dziecka narodzonego, które zmarło w wyniku choroby, nawet takiej, którą zaraziło się, bez jej umyślnej winy, od matki (a więc „ciało matki” miało w tej śmierci pewien udział); punkt trzeci wreszcie – rzeczywiście w naszej kulturze do tej pory to raczej moment narodzin był uznawany za moment „uczłowieczenia”. Co do punktu ostatniego jednak: według mnie jest to jedno z kulturowo ukształtowanych przekonań, które powinno się stopniowo zmieniać – także z powodu odkryć biologicznych, oglądanych, oczywiście, przez pewne konkretne okulary.