Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  3 lutego 2014

Wójcik: Niewolnictwo nie ma koloru skóry

Piotr Wójcik  3 lutego 2014
przeczytanie zajmie 5 min
Wójcik: Niewolnictwo nie ma koloru skóry facebook.com/12 years a Slave

Czy biczowanie człowieka do nieprzytomności jest czymś nieludzkim? Gdzie tam, to tylko realizacja prawa własności. „Świętego prawa własności”, jak lubią powtarzać niektórzy współcześni. Kupiłem Murzyna, więc mogę go zlać, jeśli nie będzie funkcjonował należycie. Ten chłop urodził się w mojej wsi, więc tutaj też ma dorosnąć, pracować i umrzeć. To moja firma, ja daję pracę, więc mogę płacić pracownikom, ile mi się podoba. Trzy różne i odległe rzeczywistości odbijają się w jednym filmie. Ale też nie byle, jakim – „Zniewolony” to w końcu nowe dzieło Steve’a McQueena.     

Steve McQueen jest czarny. Nie wiem, jak dla innych, ale dla mnie była to spora niespodzianka i dopiero, co odkryta.  Zakodowałem w wyobraźni, że na pewno jest ryżym i chudym Irlandczykiem z Belfastu, gdy więc okazało się wręcz przeciwnie, – że jest grubym Murzynem – poczułem się wyraźnie zbity z tropu. Bardzo lubię czarne kino (czarną muzykę jeszcze bardziej), ale „Głód” i „Wstyd” nijak nie kojarzyły mi się z dziełami Spike’a Lee, który jest dla mnie w tej kwestii wykładnią („Crooklyn” oraz „Clockers” ukształtowały mnie na lata). Poza tym umówmy się, – gdy ktoś o nazwisku McQueen robi film o głodującym w więzieniu bojowniku IRA, to musi być Irlandczykiem. A Irlandczyk musi być ryży i chudy.

W każdym razie okazało się zupełnie inaczej, a pewnych wątpliwości nabrałem, gdy poznałem zarys fabuły „Zniewolonego” – najnowszego filmu tego utalentowanego, niedoszłego Irlandczyka. No, bo po co mieszkaniec Belfastu miałby zabierać się za niewolnictwo w USA? Mało ma u siebie ważnych tematów do nakręcenia? Seksoholizm jeszcze rozumiem – to się zdarza pod każdą szerokością geograficzną, ale motywacja nakręcenia najnowszego filmu była dla mnie zagadką. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, o co chodzi, – dlatego też uznałem, że tym razem to zwykła produkcja dla szczelniejszego wypełnienia portfela. Nawet największy mistrz kinematografii musi się czasem schylić, by podnieść leżące banknoty, dzięki czemu w przyszłości bez strachu o byt będzie mógł oddać się artystycznym wizjom. Zrozumiałem, że to nie kwestia pieniędzy, zaraz po seansie. Tak uderzających filmów nie kręci się dla kasy.

Przechodząc do meritum i kończąc moje luźne i zupełnie drugorzędne myśli – nie będę się rozpisywał nad osią fabularną „Zniewolonego”, bo jest ona prosta jak psychika Trybsona. Ot, czarnoskórego faceta porywają na północy USA (gdzie jest wolnym człowiekiem) i trafia na południe (tam, jak nietrudno się domyślić, sytuacja jest odwrotna). Skalę jego zdziwienia można sobie łatwo wyobrazić – jeszcze kilka tysięcy kilometrów temu był człowiekiem, teraz jest nikim. Nie określa go już jego imię, (które zresztą pod przymusem zmienił), jaki zawód wykonuje, jakie ma przekonania – teraz określa go tylko to, czyją jest własnością. A przecież wiadomo, że w prawdziwie wolnościowym systemie własność to rzecz święta. Zamiast więc utrudniać działalność przedsiębiorcom z południa historyjkami o wcześniejszym życiu w Nowym Jorku, nieodpowiedzialnymi i utopijnymi bajaniami o byciu wolnym, nowy nabytek winien się skupić nad tym, żeby jego zakup możliwie szybko się zwrócił. Bez zbędnego afiszowania się i wymądrzania, (bo łatwo tym zrazić białego pana), efektywnie i bezawaryjnie wykonywać zadania – taki cel główny bohater powinien mieć przez najbliższych, tytułowych 12 lat (mocno spoilerujący podtytuł brzmi „12 Years a Slave”).

Wspomniane przeze mnie niedostatki scenariusza „Zniewolony” nadrabia pierwszorzędnymi kreacjami. Bardzo mnie cieszy, że w końcu wielką rolę w filmie pełnometrażowym otrzymał Chiwetel Ejiofor. Po pokazie sztuki aktorskiej, którą dał w genialnym serialu BBC „The Shadow Line”, zasługiwał na główną rolę w ważnym obrazie jak mało kto – czekał na nią kilka dobrych lat, zdecydowanie za długo. W przeciągu kilku miesięcy znów genialnie zaprezentował się prawdopodobnie najbrzydszy aktor świata, Paul Dano. Paul musiał zmierzyć się ze sporym mętlikiem w głowie, skoro w jednym roku najpierw grał zamkniętego w sobie, upośledzonego chłopaka w świetnym „Labiryncie” Denisa Villeneuve, a zaraz potem wszedł w buty sadysty w niestety tylko epizodycznej roli w „Zniewolonym”. Rok 2013 to niewątpliwie popis Dano. Aż się prosiłoby wykorzystać jego umiejętności bardziej – szkoda, że jego wątku nie pociągnięto, jak zresztą kilku innych w tym filmie. Szczerze mówiąc obfituje on w wiele niewykorzystanych szans, a największą z nich była postać Forda. To naprawdę spory wyczyn, by zatrudnić Benedicta Cumberbatcha i nie skorzystać nawet z jednej dziesiątej jego kosmicznych możliwości. Na szczęście kolejny aktorski gigant, Michael Fassbender (od dawna najlepszy dla mnie kandydat do odegrania roli rotmistrza Pileckiego), miał okazję pokazać dużo więcej, ale tak to już jest w kinie, że odtwórcy najbardziej przepełnionych złem postaci z reguły wypadają najciekawiej. Na tle tej plejady gwiazd prawdziwym objawieniem jest Lupita Nyono’o, grająca najmocniej dotkniętą tragedią bohaterkę w całym obrazie, czyli zagubioną Patsey.

Najbardziej udanym elementem „Zniewolonego” jest niewątpliwie duszny klimat, który udało się wytworzyć McQueenowi.  Żar bijący z nieba staje się bardziej realny niż obecna pseudo zima za oknem, a palące słońce, które aż czuć na skórze, wspaniale kontrastuje z mrokiem opowiadanej, jednak dosyć prostej, historii. Wizja gorącego południa USA, skąpanego w słońcu i krwi, jest niezwykle sugestywna, przez co kolejne perypetie Salomona Northupa przypominają schodzenie do coraz niższych kręgów piekła. A tam nie czeka na nas już nic więcej, jak tylko krew batożonych niewolników, pot wylewany podczas zbierania bawełny i łzy matki rozpaczającej nad odebranym jej synem, na którego niestety nie starczyło już drobnych nowemu panu.  W tym momencie scenariusz schodzi na dalszy plan. Zresztą McQueen już wcześniej udowodnił, że fabuła w jego filmach ma znaczenie drugorzędne. Ważne jest pokazanie samej istoty przedstawianego zjawiska – czy jest to demolujący ciało strajk głodowy, czy demolujący psychikę seksoholizm.

A przedstawianym zjawiskiem w „Zniewolonym” nie jest samo niewolnictwo. Problem jest dużo szerszy. Kluczową w mojej opinii sceną są słowa wypowiadane przez Edwina Eppsa (Fassbender), który zdziwiony wyrzutami prawionymi mu w reakcji na znęcanie się nad niewolnikiem stwierdza, że przecież tylko korzysta ze swojego prawa własności. Absolutyzowana własność, nawet sakryfikowana przez niektórych (tych, którzy używają bluźnierczego zwrotu „święte prawo własności”), prowadzi do tego, że prawo do własności staje nad prawem do godności. A gdy własność wygrywa z godnością, gdy cokolwiek wygrywa z godnością, czyli podstawą człowieczeństwa, nie ma już niczego, co chroniłoby nas przed upadkiem i upodleniem. Przykładów tego mieliśmy w historii wiele i nie musimy daleko szukać. Demokracja szlachecka, czyli nasza I RP, opierała się na tak źle pojmowanej własności, dzięki czemu szlachta mogła wykorzystywać do woli olbrzymią część polskiego społeczeństwa, jaką stanowili chłopi dożywotnio przywiązani do danej ziemi, których w pewnym momencie panowie mogli nawet bezkarnie zabijać. Niewolnictwo w USA to jeden z przykładów tej choroby, jak widać, wcale nam nie obcej. I również wcale nieminionej – płacenie głodowych pensji, wykorzystując dramatyczną sytuację na rynku pracy, to także odbicie, na szczęście coraz bledsze, odrażającego zjawiska absolutyzowania własności. Bo chyba we własnej firmie mam prawo dowolnie ustalać stawki? Przecież nie zmuszam pracowników do pracowania u mnie za takie pieniądze? Przecież umowę zawierają dwa wolne i równorzędne podmioty, prawda?

W ostatnim czasie amerykańscy niewolnicy doczekali się dwóch znakomitych filmów („Django” i „Zniewolony”) ukazujących, choć w różny sposób, ich dramat. Polscy chłopi z czasów hołubionej przez wielu demokracji szlacheckiej do dziś czekają na obraz, który pokaże, czym była naprawdę z ich perspektywy I RP. Należy im się film, w którym dosadnie ukazane zostanie, że demokracja szlachecka miała jeszcze mniej wspólnego z demokracją niż demokracja socjalistyczna. Także batożeni i również wyzyskiwani polscy chłopi, w niczym nie gorsi od wielokrotnie upamiętnianych czarnych niewolników z USA, domagają się z czeluści historii, by współcześni oddali im, co należne. Sztuka filmowa jest do tego celu najlepszym narzędziem. W mojej opinii temat jak znalazł, na nowy film Smarzowskiego.