Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Wojciech Przybylski  2 lutego 2014

Przybylski: Halo, a kto za to płaci?

Wojciech Przybylski  2 lutego 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Przybylski: Halo, a kto za to płaci? Maciej Kasprzyk, CC.

Halo, a kto za to płaci? Pytanie, które powinno być oczywiste i jest oczywiste w każdym innym obszarze oddziaływania polityk publicznych, w nauce i szkolnictwie wyższym jest odbierane jako obrazoburcze. Przecież nauka jest celem samym w sobie! − zakrzykną zgodnie rektorzy i działacze uczelnianych związków zawodowych. Co bardziej światli dorzucą coś o gospodarce i innowacyjności. Problem w tym, że poważnej debaty o roli nauki udało się na razie uniknąć, a każda próba podjęcia dyskusji na ten temat kończy się w najlepszym wypadku tak, jak ostatnia reforma, czyli zgniłym kompromisem.

Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia leśnicy odmawiają politykom – a za ich pośrednictwem społeczeństwu – prawa do decydowania, jakie jest przeznaczenie lasów w Polsce. Decydować o tym będą jedynie osoby, które skończyły leśnictwo i zdały specjalne egzaminy, organizowane przez samych leśników. Leśnicy mogą oczywiście wypowiadać się na temat lasu, ale innym amatorom i laikom – spacerowiczom, drwalom, właścicielom tartaków i fabryk mebli – wara! Do samego wstępu do lasu uprawniać ma na szczęście już trzyletni licencjat. Inny szalony, ale bliższy przykład: lekarze zamykają szpitale kliniczne w całej Polsce. Od tej chwili mają służyć jedynie doskonaleniu wiedzy medycznej. O przyjęciach i zasadach funkcjonowania decydują jedynie lekarze, żądający równocześnie stałego wzrostu funduszy na finansowanie swoich instytucji. Skoro oba te przykłady budzą uśmiech politowania lub złości, dlaczego z nauką jest inaczej?

To, co się dzieje za tę górę pieniędzy, jest wewnętrzną sprawą środowiska naukowego. Ministerstwo próbowało trochę ponegocjować, ale jak wiemy z wywiadów i względnego spokoju, z jakim przyjęta została ostatnia reforma szkolnictwa wyższego, wiele nie utargowało. Czy to znaczy, że polska nauka jest skazana na bytowanie w szklanej wieży, którą z mozołem i pieczołowicie buduje od wielu dziesięcioleci?

B + R = €

Na rozwiązania systemowe nie ma, jak widać, co liczyć, ale na szczęście pojawia się ferment oddolny. W coraz większej liczbie przypadków naukowcy – częściej młodzi, ale nie tylko – biorą sprawy w swoje ręce i prowadzą działania B+R niezależnie od systemowych ograniczeń. Dzieje się tak oczywiście w informatyce, naukach technicznych, farmacji czy biotechnologii, w których odkrycie naukowe mogą być w stosunkowo łatwy sposób przekształcone w produkt, który następnie da się sprzedać. Najczęściej są to transfery indywidualne, realizowane poza uczelnią, choć pojawiają się pierwsze próby realizacji projektów przez rozmaite akademickie centra transferu technologii. Czy można sobie jednak wyobrazić transfer innego rodzaju know-how: nie technologicznego, a związanego z humanistyką i naukami społecznymi?

Zadanie identyfikacji i opisu tego rodzaju historii miał realizowany przez Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera projekt B+R=€, czyli nauki społeczne dla gospodarki. Udało się stworzyć sporą bazę tego rodzaju prób w skali całego kraju, a następnie przebadać dwadzieścia z nich. Wybranych dziesięć posłużyło z kolei za podstawę opracowania studiów przypadków, wydanych następnie w formie publikacji.

Ważnym odkryciem części badawczej projektu był fakt, że skala otwarcia i współpracy z szeroko rozumianą gospodarką jest dużo większa, niż wynika to z powszechnego przekonania. Co prawda na chcących aplikować swoją wiedzę socjologów, psychologów czy filozofów czyha wiele pułapek – dotyczy to w szczególny sposób osób pracujących na uczelniach publicznych – ale równocześnie są oni niezwykle kreatywni w ich przezwyciężaniu. Bywa, że obie potencjalnie współpracujące strony zachowują się jak luhmannowskie systemy autopojetyczne i skuteczna komunikacja zewnętrzna okazuje się niemożliwa. Może dlatego największe szanse na sukces mają projekty osób, które same mają doświadczenie zarówno w nauce, jak i biznesie lub administracji. Udało się zidentyfikować kilkanaście modeli działania, od nieformalnych projektów, przez wyspecjalizowane uczelniane centra wiedzy, po organizacje pozarządowe i w pełni komercyjne firmy. Case book, podobnie jak raport z badań i cztery specjalnie przygotowane kursy e-learningowe, są dostępne na stronie www.bepluser.pl jako zasób otwarty dla każdego, kto chce samodzielnie pogłębić wiedzę na temat współpracy nauki z biznesem, możliwych form prawnych, jak również bardzo praktycznych umiejętności związanych z marketingiem, ochroną własności intelektualnej, zarządzaniem projektami naukowymi czy dostępnymi źródłami finansowania takiej działalności.

Z powrotem do rzeczywistości!

Część opisanych historii jest znana, jak na przykład Lego-Logos, czyli autorski system nauczania filozofii i prowadzenia warsztatów kreatywnych stworzony przez dr. Jarosława Spychałę. Wiele z nich ma już teraz spektakularne efekty, jak choćby sondaż deliberatywny, przeprowadzony w Poznaniu na temat stadionu budowanego na Euro 2012. W istotny sposób wpłynął on na sposób funkcjonowania tego drogiego w utrzymaniu obiektu w przyszłości. Działające na Uniwersytecie Jagiellońskim Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych w pośredni, lecz niebagatelny sposób wpływa na logikę wydatkowania w Polsce funduszy unijnych liczonych w miliardach euro. Przeważają oczywiście przypadki mniej spektakularne, ale wszystkie łączy jedno: nauki społeczne mają bardzo wiele do zaoferowania gospodarce i praktyce społecznej.

Niezależnie od tego, czy potraktujemy aplikacje nauk społecznych jako dług spłacany społeczeństwu w zamian za finansowanie z podatków, czy też sposób na dodatkowe źródło dochodów dla uczelni, skala zjawiska powinna rosnąć. Nie doczekaliśmy się jeszcze tak spektakularnych przypadków aplikacji wiedzy społecznej jak choćby stworzony przez Marka Zuckerberga Facebook, ale pojawił się zdrowy ferment. Niestety, opisane inicjatywy w dalszym ciągu bywają traktowane jako zdrada ideałów nauki, a komercjalizujący swoje prace badacze jako odszczepieńcy – zupełnie jakby profesorska pensja nie miała charakteru komercyjnego i była wypłacana w książkach, a nie złotówkach. Część tego oporu można zrozumieć – ma on swe źródła w odrzuceniu ośmieszonej Comte’owskiej inżynierii społecznej i w wielu dziesiątkach lat upolitycznienia nauk społecznych przez jedyną słuszną partię. Jednak takie analogie są w oczywisty sposób fałszywe: suwerenem nie jest w tym wypadku ideologia czy autorytarna władza, lecz wolna i podmiotowa wspólnota obywateli-podatników. Na szczególnie wrażliwym styku nauki z administracją publiczną obiektywność badań – o charakterze ewaluacyjnym lub innym – powinna być gwarantowana przez wielość podmiotów oferujących swoje usługi oraz przejrzyste, konkursowe sposoby ich wyłaniania.

Tak to działa w całym cywilizowanym świecie i nie ma powodu, żeby polskie nauki społeczne i humanistyczne były tu wyjątkiem. Pomijanie rzeczywistości społecznej przez nauki społeczne brzmi jak ponury żart i powinno skończyć na śmietniku historii. A jeśli kogoś to nie przekonuje, to ma jeszcze miliardy okrągłych, brzęczących powodów, żeby zacząć myśleć inaczej.

Artykuł pierwotnie ukazał się w numerze Posteuropa kwartalnika Pressje.