Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz, Karol Życzkowski  24 stycznia 2014

Życzkowski: Jak tworzy się ośrodek naukowy o znaczeniu światowym?

Marcin Suskiewicz, Karol Życzkowski  24 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 10 min
Życzkowski: Jak tworzy się ośrodek naukowy o znaczeniu światowym? Jorge Lascar, CC.

Niedługo – we wrześniu tego roku – minie dziesięć lat od momentu, gdy „Tygodnik Powszechny” opublikował głośny artykuł Aleksandra Wittlina oraz Pański pt. „Nim dostaniemy Nobla?”. Sytuacja w polskiej nauce przedstawiała się wówczas według Panów dość dramatycznie. Czy coś się od tego czasu zmieniło? Czy z perspektywy dzisiejszej zaprezentowane tam rozwiązania (zniesienie habilitacji, konkursy otwarte także na osoby z zagranicy, wymuszenie mobilności itd.) są właściwe?

Przeglądając niedawno ten artykuł stwierdziłem, że znaczna część jego tez jest nadal aktualna. Mówiąc krótko, nagrody Nobla dla naukowców z Polski jak nie było, tak nie ma, a obawiam się, że prędko jej nie będzie… Z drugiej strony mogę wymienić, co się zmieniło. Po pierwsze znaczna część środowiska naukowego jest teraz bardziej świadoma niedostatków organizacji nauki w Polsce i dostrzega konieczność zmian. Po drugie – sytuacja młodych badaczy zmieniła się niepomiernie: obecnie nawet doktorantowi stosunkowo łatwo jest wyjechać za granicę na konferencję, otrzymać stypednium, brać udział w badaniach opiekuna lub wręcz otrzymać własny grant.

Spotkałem się z opinią, że o ile zniesienie wymogu habilitacji wydaje się czymś pożądanym, sama habilitacja (być może w zmienionej formie) mogłaby zostać jako pewien „certyfikat” naukowej dojrzałości, który można by zdobyć niezależnie od „praw rynku”.

Habilitacja nie jest potrzebna w systemie amerykańskim, gdzie są rzeczywiste konkursy o etaty tenure tracktenure, podczas których kandydaci muszą udowodnić swoją naukową wartość. Tymczasem w Polsce jak nie było, tak (przeważnie) nadal nie ma prawdziwych otwartych konkursów o etaty, w których komisja wybierałaby jednego z wielu startujących. Z drugiej strony poprzeczka habilitacyjna ciągle się obniża (w nowej wersji procedury wystarczy jedynie złożyć kilka prac, opisać je i czekać…). Dlatego, moim zdaniem, mechanizmy wymuszające jakość przy powoływaniu na posadę profesora w Polsce słabo pracują.

To może zapytam nieco prowokacyjnie: rozwiązania, które Panowie proponują, polegają przede wszystkim na przeniesieniu na nasz grunt (dobrych) wzorców z zagranicy. Ale czy Polska nie powinna iść własną, inną drogą, jeśli chodzi o organizację i uprawianie nauki?

Nie zawsze bezpośrednie kopiowanie całych systemów funkcjonujących za granicą od razu da dobre efekty w kraju, gdyż znaczną rolę odgrywają tradycja i uwarunkowania historyczne. Podobnie jak skopiowanie na Ukrainie oryginalnego niemieckiego mieszanego systemu wyborczego, dobrze funkcjonującego w Niemczech od II wojny światowej, nie przyniosło uzdrowienia ukraińskiej demokracji. A stosowany od lat brytyjski system okręgów jednomandatowych niekoniecznie stanowi optymalny środek na bolączki polityki polskiej.

Z drugiej strony, wracając do organizacji nauki w kraju, nie należy próbować wyważać otwartych drzwi. Warto uważnie rozglądać się dookoła, by, uwzględniając warunki lokalne, skorzystać z dobrych wzorców z zewnątrz. Przykładowo struktura grantów NCN jest podobna do tych ERC [European Research Council, czyli Europejska Rada ds. Badań Naukowych, organizacja m.in. odpowiedzialna za prestiżowe granty badawcze – przyp. M. S.] i bardzo dobrze!

Natomiast warto też pokusić się o próbę stworzenia czegoś bardziej oryginalnego, wychodzącego poza zwykłe naśladownictwo. Pamiętamy słynną polską szkołę matematyczną, która powstała zaraz po I wojnie, głównie w Warszawie, Lwowie i w Krakowie, bez importu ludzi i pomysłów z zewnątrz. To właśnie Zygmunt Janiszewski, zmarły w roku 1920 na grypę hiszpankę w wieku zaledwie 31 lat, i inni przewidujący matematycy polscy zaproponowali, aby nie „ścigać się z Zachodem”, tylko wyspecjalizować w nowych, XX-wiecznych dziedzinach matematyki (teoria mnogości, topologia, logika matematyczna, podstawy matematyki, analiza funkcjonalna).

Pan Profesor mówi o specjalizacji jako dobrej decyzji przed wojną. Może dziś właśnie zbytnie rozdrobnienie dostępnych zasobów na różne dyscypliny powoduje, że nie starcza na pojedyncze, wyspecjalizowane inicjatywy, skupione wokół wybranych wybitnych jednostek. Może Polska powinna wyspecjalizować się w tych dziedzinach nauki, które są tańsze, a jednocześnie prestiżowe, np. dziedzinie Pana Profesora – fizyce teoretycznej.

To prawda, różnice w kosztach są znaczne, np. fizyka teoretyczna jest dużo tańsza od fizyki doświadczalnej, a fizyka cząstek elementarnych (czyli fizyka wysokich energii) jest najdroższa z dziedzin doświadczalnych. Oczywiście, można wspierać rozwój wybranych poddziedzin fizyki teoretycznej, ale nawet tu powstaje problem. Specjalizacja, o której Pan mówi, to dobry pomysł, ale w praktyce trudno byłoby uzyskać poparcie uczonych dla rozwijania tylko wąsko wyselekcjonowanych dziedzin, gdyż każdy spyta, czemu nie wybrano jego dziedziny. Jeśli chodzi o finansowanie prywatne, jak w niektórych krajach, problem jest mniejszy. Każdy sponsor opłaca to, na co ma ochotę. Na to szanse są jednak w Polsce jak na razie marne – bo nie ma u nas jeszcze na tyle (bardzo) bogatych firm ani tradycji łożenia na naukę i badania. Nie wiem, skąd by się wzięło aż tyle funduszy, by w jednej konkretnej (pod)dziedzine naprawdę przekroczyć „masę krytyczną” środowiska naukowego i stworzyć ośrodek przodujący na świecie.

A gdyby tak pójść naprawdę inną drogą – i, to tylko jeden możliwy przykład, postawić głównie na teorię i syntetyczną refleksję. Wyobrażam sobie ośrodki, np. biologiczne, w których – w odróżnieniu od dzisiejszych najlepszych instytutów, powiedzmy, w Ameryce – wszyscy pracownicy mają dużo czasu na lekturę publikacji (nie tylko z własnej dziedziny), na rozmowy i pisanie, gdzie wszyscy dysponują dobrym warsztatem matematycznym, filozoficznym i komputerowym, gdzie nadal wykonuje się w pewnym zakresie doświadczenia, ale akcent przeniesiony jest właśnie na refleksję, na formułowanie nowych paradygmatów itd.

Pomysł w zasadzie zachęcający, ale nie wiem, czy realny we współczesnym świecie, gdzie rządzi zasada publish or perish. Ponadto sugestia całkowitej rezygnacji z nauk doświadczalnych nie jest rozsądna. W końcu esencją fizyki jest harmonijna interakcja pomiędzy teorią i doświadczeniem. Także w naukach przyrodniczych i technicznych eksperyment odgrywa kluczowa rolę. Z powodu niedostatków finansowania od czasów realnego socjalizmu z konieczności skupiamy się od lat na dziedzinach teoretycznych, ale rezultatów na skalę światową jakoś nie widać.

To, co Pan Profesor pisze przypomina mi wypowiedź naszego wielkiego, również młodo zmarłego, fizyka, przez pewien czas rektora UJ, Mariana Smoluchowskiego. W liście do znajomego pisał: „Jeżeli zgodnie z rozpowszechnioną opinią w wąsko-ograniczonej jednostronnej specjalizacji widzi się cechy współczesnych metod badania, to muszę się w ogóle uważać za fizyka dawnej szkoły, albowiem moim osobistym skłonnościom odpowiada właśnie na przemian praca w najrozmaitszych dziedzinach fizyki, i to zarówno w oparciu o pojęcie granicy, różniczki i całki, jak też przy pomocy tokarki i dmuchawki… Mnie bardziej zależy na tym, by nie stracić spojrzenia na całość i brać udział w postępie na całej linii”. Ale może choć częściowa specjalizacja, jak w podanym przez Pana Profesora przykładzie przedwojennej matematyki. Jedną z konkretnych dziedzin, na które można by dziś postawić, jest informacja kwantowa. W Polsce w tej dziedzinie pracują m.in. Pan Profesor i rodzina Horodeckich, z Polski wywodzi się również jedna ze światowych gwiazd tej dziedziny – Artur Ekert, dyrektor Centre for Quantum Technologies w Singapurze. Dlaczego to centrum nie powstało w Polsce? Dlaczego w ogóle tego typu ośrodki nie powstają w Polsce? Czy jest to tylko kwestia funduszy, czy też może np. braku owej „masy krytycznej” środowiska naukowego? I może jeszcze jedno: czy nie powinniśmy postawić na ściąganie do kraju wybitnych Polaków pracujących za granicą, którzy mogą być zainteresowani powrotem do ojczyzny z przyczyn osobistych i przez to np. zgodzić się na obiektywnie mniej konkurencyjne warunki pracy?

Nie jestem przekonany, czy ściągniecie do Polski kilku znanych rodaków pracujących za granica istotnie odmieni rodzimą naukę. Z pewnością byłoby dobrze, aby ktoś z takich uczonych pracował znów w kraju, lecz obawiam się, że sprowadzenie jednego czy dwóch wybitnych badaczy  nie pozwoli na przekroczenie masy krytycznej. Taka masa wydaje się niezbędna, ale to można rozwiązać, mając nie tylko ciekawą ideę, lecz także dysponując wystarczającym budżetem  – vide Perimeter Institute w Waterloo albo wspomniane przez Pana nowe ośrodki powstałe przy Uniwersytecie w Singapurze. Jeśli chodzi o Artura – mojego kolegę ze studiów – proszę go zapytać.

Napisałem do prof. Ekerta, pytając, dlaczego podobne ośrodki nie powstają w Polsce. Może zacytuję szerzej jego odpowiedź:

Trudno mi odpowiedzieć […], bo nie śledzę na bieżąco wydarzeń w Polsce i […] to, co powiem, może być obarczone dużym błędem. Same pieniądze sukcesu nie przyniosą – trzeba dobrych ludzi, ludzi i jeszcze raz ludzi. Trzeba wybrać najlepszych na skalę światową, i nie tych z dużym dorobkiem i nagrodą Nobla (ci już swoje osiągnęli), ale tych młodych, którzy mają potencjał.

Tradycyjne ośrodki, takie jak Oxford, Harvard czy Caltech, przyciągają tradycją, renomą itd. Nowe ośrodki, takie jak Singapur, przyciągają możliwościami realizowania naukowych marzeń. Do tego trzeba pieniędzy, ale bez przesady (jeśli za dużo płacisz, to przyciągasz nie tych ludzi, których chcesz) i klimatu sprzyjającego nauce. Singapur nie ma bogactw naturalnych, więc musiał postawić na wiedzę i nowe technologie, jest to rzecz ważna, bo decyduje o przetrwaniu małego kraju. Tam więc jest zrozumienie i poszanowanie dla nauki. Singapur myśli globalnie i rekrutuje najlepszych, niezależnie od tego, gdzie są i z jakiego kraju pochodzą. Jest to kraj anglojęzyczny i kosmopolityczny, jakość życia jest wysoka i to pomaga.

Do Polski przyjeżdżają dobrzy naukowcy, bo chcą pracować z konkretnymi osobami, np. z Horodeckimi czy z Życzkowskim, czy z kimś innym, a nie ze względu na dobry klimat dla nauki. Polska nauka jest trochę zaściankowa, zapatrzona w siebie i nie myśli globalnie. Polska nie jest też anglojęzyczna i nie równa się pod względem jakości życia z Singapurem. Nie jest więc łatwo rozkręcić w Polsce coś na światową skalę, ale myślę, że to się z czasem zmieni. Polska ma mnóstwo świetnych młodych ludzi, to jest duży kapitał, który kiedyś przyniesie dochody.

Czyli przede wszystkim – dobry klimat dla nauki. I nasza nadzieja jest w młodych.

Nadzieja w młodych – o ile zniechęceni nie wyjadą w świat…

Czytając Pana Profesora wypowiedzi i artykuły, odnoszę wrażenie, że zmiana, która powinna się dokonać, to – mimo wszystko – nie tyle zmiana na poziomie regulacji, ustaw, formalności, co na poziomie mentalności, a więc w sferze, że tak powiem, psychologicznej, albo lepiej – symbolicznej.

Zgoda!

Jeśli tak, może warto odświeżyć te symbole, modele, które mamy. Przychodzi mi na myśl istniejący jeszcze w polskiej mentalności model przedwojennego naukowca – takiego, powiedzmy, Smoluchowskiego, łączącego naukową sprawność z rozmachem osobowości, szerokością horyzontów, ale też hartem ducha. Ten model idzie w parze ze specyficznym sposobem organizacji pracy: duży prestiż stanowiska i właściwie nieograniczona wolność, która niektórym pozwala robić wiele na polu nauki i dydaktyki, innym – marnować czas na sprawy towarzyskie. Inny model, jaki według mnie istnieje w naszym zbiorowym imaginarium, to młody, zdolny naukowiec z czasów PRL, we flanelowej koszuli w kratę, skromny, nie porywający się ze względu na ograniczone środki na projekty najbardziej ambitne, pogodzony innymi słowy, że Nobla nie dostanie, ale robiący dobrze to, co robi – przy tym nie dla pieniędzy, nie dla publikacji, nawet nie dla prestiżu, ale tak po prostu, bo nauka jest pewną ucieczką od szarości życia, tak jak góry, w które może jeździ w wolnych chwilach. Myślę, że te dwa modele, albo lepiej – etosy – są czymś wartościowym, czymś, co warto podtrzymać, nawet jeśli można się też wiele nauczyć od amerykańskiego modelu naukowca-managera, goniącego za publikacjami.

Oj, ma Pan rację – miło powspominać naukowca-idealistę we flanelowej koszuli z epoki PRL   zarabiającego grosze i pracującego dobrze w warunkach, jakie były, ale jednak ta epoka (na szczęście) minęła. A teraz warunki się zmieniły i każdy uczony może (i powinien!) pokusić się o więcej, czyli o próbę nawiązania kontaktu z czołówką światową w swej dyscyplinie. A do tego niestety potrzeba teraz nieco umiejętności i obycia amerykańskiego managera…

A może nie musimy koniecznie być w światowej czołówce? Austriacki naukowiec Gottfried (Jeff) Schatz porównuje naukę do muzyki i myślę, że to jest dobra metafora: muzyka, jako coś bez  zewnętrznego wobec siebie celu, pokazuje, że o nauce też nie trzeba myśleć jedynie w kategoriach utylitarystycznych (tzn. przez pryzmat odkryć i ich znaczenia dla ludzkości), ale jak o czymś wartościowym samym w sobie. A kiedy mówimy, że jakiś kraj ma dobrą muzykę, dobrą kulturę muzyczną? Gdy ma kilku wirtuozów koncertujących po świecie? Gdy w każdym, nawet małym, mieście jest niezła filharmonia? A może kiedy całe społeczeństwo w miarę radzi sobie ze śpiewem i każdy na czymś tam, lepiej lub gorzej, gra i czyta nuty? Pewnie każda z tych odpowiedzi składa się na odpowiedź pełną. Podobnie z nauką: może nie chodzi o tego Nobla, ale by nauka jak najlepiej przenikała całe społeczeństwo, by każdy w miarę rozumiał podstawowe odkrycia ostatniego stulecia, by był ciekawy świata i myślał o świecie, w jakiejś mierze, w naukowych kategoriach, by żywo dyskutowano odkrycia i modele itd.

To ładne i ciekawe porównanie nauki z muzyką, choć sam częściej korzystałem z porównań ze sportem. Oczywiscie najlepiej by było, jakby w naszym kraju z jednej strony było wielu artystów światowej klasy  i wiele zespołów filharmonii na wysokim poziomie, a z drugiej, aby kwitło nauczanie muzyki w szkołach (mam w tym temacie powiązania rodzinne – mój dziadek, Józef Życzkowski, był pedagogiem muzycznym, wykładowcą krakowskiego konserwatorium) i by przypadkowo zebrana grupa 15 Polaków umiała coś wspólnie zaśpiewać (a to nie zdarza się często). Oczywiście do takiego idealnego stanu się nie zbliżymy,  ale też Polska powinna (na ile nas stać) przeznaczać pieniądze zarówno na krzewienie ogólnej kultury muzycznej, jak i na kształcenie wirtuozów… Podobnie w nauce: należy w sposób zrównoważony wspierać oświatę i szkolnictwo oraz badania naukowe na najwyższym poziomie, płacąc (wybranym) ludziom więcej, ale też znacznie więcej od nich wymagając.

Chciałbym zapytać jeszcze o sławny wśród fizyków teoretyków kanadyjski Instytut Perimeter, z którym Pan Profesor współpracował, bo przypuszczam, że wiele moglibyśmy się od jego organizatorów nauczyć.

Miałem okazję po raz pierwszy odwiedzić Perimeter Institute już w roku 2003, wkrótce  po jego powstaniu. Wtedy siedziba instytutu mieściła się w budynku starej poczty przy głównej ulicy King Street w Waterloo, 100 km na południowy zachód od Toronto. W instytucie panowała miła, kameralna atmosfera, nieliczni pracujący tam fizycy znali się świetnie i brali udział we wspólnych seminariach.

Następnie przyjechałem do Waterloo jesienią roku 2004 i byłem świadkiem uroczystego otwarcia nowego budynku Perimeter przy Caroline Street. Imprezę zorganizowano z wielkim rozmachem, zapraszając przedstawicieli władz miasta, uniwersytetu, prowincji Ontario oraz rządu federalnego, nie mówiąc o naukowcach z różnych krajów. Cała uroczystość była filmowana, a wszyscy zaproszeni fizycy, także ci  unikający chodzenia w krawacie, mieli przyjść w smokingach. Sam pożyczałem taki strój na jeden wieczór za sto dolarów, lecz wcale tego nie żałuję. Z jednej strony Perimeter umiał świetnie reklamować swą działalność, prowadząc otwarte wykłady dla szerokiej publiczności oraz organizując wiele konferencji z fizyki teoretycznej. Pierwszy dyrektor Instytutu Howard Burton pisał często popularne artykuły do prasy lokalnej, a wiele wydarzeń i dyskusji było filmowanych i pokazywanych w telewizji. Z drugiej strony Howard dbał o dobre relacje z kanadyjskim biznesem i politykami lokalnymi, pozyskując z różnych stron fundusze na działalność.

W Perimeter pracowałem jako visiting researcher przez rok akademicki 2004/2005. Struktura Instytutu była mało sformalizowana i dosyć prosta: kierownicy grup badawczych opiekowali się młodymi uczonymi pracującymi w ich dziedzinach fizyki teoretycznej. Poza tym wszyscy inni pracownicy byli równi – i ci młodzi, zaraz po doktoracie, którzy otrzymali kontrakt na 2-3 lata, i ci starsi, jak ja, którzy pracowali przez rok, mieli swój budżet na wyjazdy i zapraszanie do Waterloo gości z innych krajów. Głównym obowiązkiem wszystkich pracowników Perimeter jest praca badawcza, a kierownicy grup tworzą komisje do spraw rekrutacji nowych postdoków [osób odbywających staż podoktorski – przyp. M. S.] i kolejnych pracowników Instytutu.

Podczas pewnego spotkania pracowników miałem raz okazję porozmawiać chwilę z milionerem Mike’iem Lazaridisem, załozycielem firmy Research in Motion, producenta znanych telefonów Blackberry, który jako pierwszy sponsorował działalność Instytutu i w znacznej części finansował budowę jego siedziby. Powiedzial mi ze śmiechem, że typowy milioner kanadyjski raczej kupiłby drużynę hokejową NHL, aby zainstalować ją w swym mieście, lecz on woli kupować najlepszych fizyków teoretyków z całego świata. Są znacznie tańsi niż zawodowi hokeiści, a z ich pracy może wynikąć coś pozytywnego dla ogółu. I takie podejście się sprawdza, gdyż okolice uniwersyteckiego miasta Waterloo stały sie centrum rozwoju kanadyjskich firm wysokiej technologii.

Aktualnie ta firma, nie kierowana już przez Lazaridisa, ma kłopoty na rynku i nie może finansować rozwoju fizyki, lecz przez dziesięć lat Perimeter znalazł wielu innych sponsorów, którzy nadal finansują jego działalność i pozwalają na dalszy dynamiczny rozwój. Nowoczesny budynek Perimeter szybko okazał się za mały i w roku 2011 powiększono go prawie dwukrotnie, zwiększajac liczbę grup badawczych oraz pracujących fizyków. Mimo stosunkowo krótkiej, zaledwie 15-letniej historii, Perimeter Institute for Theoretical Physicsw Waterloo znany jest powszechnie jako jeden z ważniejszych ośrodków badawczych fizyki teoretycznej na świecie.

Na razie trudno mi sobie wyobrazić, aby taki sam ośrodek fizyki teoretycznej mógł powstać i równie skutecznie działać w Polsce. Ale w przyszłości? Czemu nie! W każdym razie próbować trzeba.

Rozmawiał Marcin Suskiewicz.