Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Tomasz Romanowski  23 stycznia 2014

Romanowski: Geopolityka według Maxa

Tomasz Romanowski  23 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 5 min
Romanowski: Geopolityka według Maxa maxTVnews.com

Wiele osób zna serial „Dr. House”. Tytułowy doktor, diagnozując pacjentów, wypisuje symptomy choroby na białej tablicy, dokonuje rozpoznania i następnie zaleca lekarstwo. Mariusz Max Kolonko w dwóch ostatnich filmikach również przedstawia (mniej lub bardziej prawidłowo) symptomy choroby w Polsce i okolicach, lecz w rozpoznaniu i przy zalecaniu lekarstwa popełnił straszną pomyłkę. Mowa oczywiście o przepisach na rewizję polskich granic.

Ciężko przejść obojętnie obok absurdalnych tez przedstawianych przez Kolonko. Ten szanowany przeze mnie dziennikarz, który zasłynął z bezkompromisowego opisywania przypadków skrajnej poprawności politycznej i ujawniania absurdów zachodniego świata, chwycił się nagle za problemy polityki zagranicznej. Filmy o niej nie umywają się jednak do chociażby reportażu o ataku na brytyjskiego żołnierza w Londynie. Doskonałe rozeznanie medialne i profesjonalna interpretacja wydarzeń, do tej pory charakteryzujące jego wystąpienia, zostały zamienione na polityczną agitację i przekrzykiwanie co rozsądniejszych komentatorów. Lecz co najważniejsze – chłodna analiza sytuacji i dogłębne zbadanie tematu zostały zastąpione przez wyrwane z kontekstu argumenty. Ale po kolei.

W pierwszym filmie, „Czy możliwa jest rewizja polskich granic”, Kolonko wysuwa następujące cztery argumenty za zmianą granicy z Ukrainą.

1. Na terenie Ukrainy znajduje się polska mniejszość narodowa, która będzie chciała przyłączyć się do ojczyzny.

2. Następuje odrodzenie ruchów narodowych i wzrost nacjonalizmów.

3. Ukraińcy chcą dołączyć do cywilizacji zachodniej i należy im to umożliwić.

4. Należy stworzyć ekonomiczną zachętę dla Ukraińców, która sprawi, że będą oni stawać się Polakami.

Następnie odbywają się plebiscyty i Ukraina wraca do Polski.

To tak niestety nie działa. Odpowiadając na przedstawione w filmie argumenty:

1. Mniejszość jest, to prawda. Dane, na które powołuje się Max Kolonko (144 tysiące), pochodzą z 2001 roku. Liczba ta i tak zmalała w stosunku do 219 tysięcy w 1989 roku, niewykluczone, że dziś jest jeszcze mniejsza. Zanim Polonia ukraińska stanie się zapleczem jakiejkolwiek wielkiej geopolitycznej transformacji, musiałaby sama zostać wzmocniona. Polacy w krajach wschodnich potrzebują w pierwszej kolejności wsparcia ekonomicznego, pomocy z utrzymaniem polskich instytucji kulturalnych, polskich szkół. Należy wesprzeć nauczanie języka polskiego – na to jest duże zapotrzebowanie na Ukrainie, nie tylko wśród Polaków. Wreszcie usprawnić działalność konsulatów lub może nawet zwiększyć ich siatkę na terenie zachodniej Ukrainy. Nadal nie jest to jednak materiał na szybkie zmiany, raczej pracę u podstaw.

2. Nacjonalizm. Tego słowa-klucza Kolonko używa w złym kontekście. Abstrahując od niezbyt dużego poparcia dla Ruchu Autonomii Śląska, którym Kolonko straszy w filmie (4,35% w województwie śląskim – do Katalonii czy Szkocji trochę brakuje

3. Tak, Ukraińcy dążą do osiągnięcia statusu, jaki posiadają mieszkańcy Zachodniej Europy. Ale tak jak Polacy aspirujący do Zachodniej Europy nie zostali Niemcami, tylko realizują to zadanie w granicach Polski, tak samo Ukraińcy nie będą stawać się Polakami, dlatego, że u nas jest demokracja, wyższa pensja minimalna i autostrada A4. Oni chcą to samo zbudować u siebie, własnymi rękami.

4. Tak jak wyżej – w obliczu polskich problemów demograficznych warto zachęcać obywateli Ukrainy do przyjeżdżania i osiedlania się w Polsce (może się nawet będą chcieli asymilować?), ale masowe sprowadzanie Ukraińców wymyśloną Zieloną Kartą Polaka nie przyczyni się do nagłej zmiany narodowości – to tak po prostu nie działa. Właśnie z racji nacjonalizmu, a raczej najprostszej przynależności narodowej. To już nie są niepiśmienni chłopi z Rusi Czerwonej, ale świadomi obywatele. Średniowiecze się skończyło, ekonomicznym wsparciem można sobie tymczasowo kupić lojalność, ale garścią srebrników tożsamości się nie zmieni. Kto, jak kto, ale patriota powinien to wiedzieć.

I kwestia nieszczęsnych plebiscytów. Niezrażony Kolonko nie zwraca uwagi na zupełnie różne okoliczności polityczne – niepokój wewnętrzny na Ukrainie to nie schyłek największej wojny w dotychczasowej historii kontynentu, gdzie granica między państwami wciąż jest płynna i nie ustabilizowana traktatami jak na Górnym Śląsku.

Sytuacja zmienia się diametralnie w drugim filmie „Putin, Man of the Year – Max Kolonko Tells It Like It Is” (patriotyzm patriotyzmem, ale najwyraźniej trzeba obce języki promować). Film jest właściwie hołdem wobec Władimira Putina i jego polityki, w którym nagle wszystko nabiera sensu. Wyśpiewując peany na cześć odradzającej się mocarstwowej polityki Federacji Rosyjskiej w wykonaniu Putina, Kolonko myli interes państwa z interesem narodu. Widzi olimpiadę w Soczi, nie dostrzega jednak biedy rosyjskiej wsi. Pochwala gigantyczne kwoty wydawane na zachodnie Kresy, nie spostrzegając, że na Syberii Rosjanie stają się mniejszością. Popełnia wreszcie błąd, który popełnili realizatorzy polityki polonizacyjnej na Ukrainie w latach 30. – wydaje mu się, że wpompowując w Ukrainę 17,5 miliarda dolarów, Putin ją sobie kupił razem z Ukraińcami, którzy w przypływie wdzięczności zamienią paszporty na rosyjskie. Narodu się tak po prostu nie kupuje. Jedyne, co Putin kupił, to lojalność władz oraz czas dla Janukowycza na przygotowanie się do wyborów w tym roku. Wykup obligacji ma zabezpieczyć gospodarkę Ukrainy przed drastycznymi spadkami, co zaowocować ma lepszym wynikiem wyborczym Janukowycza i dłuższym pobytem Ukrainy w rosyjskiej strefie wpływów. Tak, był to sukces Putina, ale sukces konieczny. Alternatywą była utrata najważniejszego kraju dawnego ZSRR, a na to Rosja sobie pozwolić nie mogła. Ale interes Polski i dostępne jej narzędzia skrajnie różnią się od interesu rosyjskiego i jego narzędzi. Nie w neoimperializmie rozwiązanie problemu.

Fantasmagoria zaczyna się jednak we fragmencie dotyczącym mediów i Unii Europejskiej. Na tej części nie można zostawić suchej nitki. Zaczynając od pomyłek takich jak przynależność „Dziennika Gazety Prawnej”, który już nie stanowi części koncernu Axel Springer, przez populizm jak brak polskiej armii (słaba, ale jest, i się modernizuje – tarcza Polski, Biała Księga Bezpieczeństwa, kupione nowe leopardy), aż po retoryczne manipulacje (próba stworzenia wrażenia, że wszystkie media są kontrolowane z zagranicy). Nieuwzględnione są przykłady Wielkiej Brytanii Davida Camerona i Węgier Viktora Orbàna, które chcą budować wewnątrz UE silne państwa narodowe. Poprowadzona narracja filmu ma sugerować jedno: media są dowodzone z Niemiec i innych krajów, Polska zmierza w stronę zniewolenia, a jedynym wyjściem jest mocarstwowa polityka Rzeczpospolitej.

A wystarczy sięgnąć po klasykę, choćby geniusza myśli politycznej, Adolfa Bocheńskiego. Bocheński pisze w „Między Niemcami a Rosją”, że jednym z kluczowych celów polskiej polityki zagranicznej powinno być stworzenie jak największej ilości państw pomiędzy Polską i Rosją oraz utrzymywanie ich siły, aby były w stanie przeciwstawiać się imperializmowi ówczesnego ZSRR. W tym kontekście wezwania do rozbioru Ukrainy między Rosję i Polskę to nic innego, jak działanie na szkodę Rzeczpospolitej – bo otoczona z jednej strony przez Rosję, a z drugiej przez Niemcy, znajdzie się w układzie z 1939 roku, a jak się on skończył, każdy wie. Z kolei do mocarstwowości nie trzeba już plebiscytów, aneksji, przejęć terytorium. Wystarczy przeczytać, jak swoje wpływy rozwijają Niemcy w raporcie Ośrodka Studiów Wschodnich z 2010 roku. Jak sprawnie używając silnej gospodarki, (o której Kolonko nie wspomina) oraz soft-power poszerzają potencjał w polityce zagranicznej. I to bez specjalnego użycia niemieckich koncernów medialnych, które bynajmniej nie są na garnuszku Bundestagu i robią to, co robi każda firma – przede wszystkim dążą do zysków.

Konkludując, Mariusz Max Kolonko chwycił się za materię, w której się zdecydowanie nie odnajduje, a wręcz szkodzi polskiej racji stanu. Dostrzegając pewne rzeczywiste symptomy, w  diagnozie powołuje się na wyrwane z historycznego kontekstu argumenty, nie rozumie w pełni mechanizmów polityki międzynarodowej, a w ostatecznej konkluzji odwołuje się do retoryki tak populistycznej jak ta, która do tej pory występowała co najwyżej w komentarzach w Internecie. Chciałbym ufać, że wróci jeszcze Kolonko reporter, którego wszyscy cenimy, a skończy się Kolonko polityczny agitator.