Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  20 stycznia 2014

M. Suskiewicz: Dać głos ubogim

Marcin Suskiewicz  20 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
M. Suskiewicz: Dać głos ubogim facebook.com

23 stycznia mija siódma rocznica śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Dla wielu to postać bardzo ważna. Dla mnie też, choć słabo znam jego twórczość. Mój Kapuściński to „Podróże z Herodotem”, przeczytane jednym tchem w trzeciej gimnazjum, gdy, pamiętam, leżałem w łóżku z grypą. Potem naiwne młodzieńcze wypisy z „Tego Innego”, zbioru wykładów inspirowanych Levinasem. Jego nagła śmierć, jedna z chwil, kiedy osuwa się grunt pod nogami, bo okazuje się, że nawet wielcy, znani, cenieni przez ludzi tak po prostu cierpią i umierają – i przeczytane wówczas wiersze, szczególnie „Na odejście poety”. I ostatnio, po latach, „Cesarz”, wspaniale czytany przez Zbigniewa Zapasiewicza, też już świętej pamięci – przypomnienie, jak świetnym, co by nie mówić, był Kapuściński stylistą.  

A gdzieś w międzyczasie doniesienia o nowych faktach z jego życia i towarzyszące im uczucie bycia zdradzonym. Znów osunięcie się gruntu spod nóg: a więc, jak w Psalmie, „omnis homo mendax”? Nawet ci kulturalni, wyważeni, wrażliwi intelektualiści, którzy budowali w pewnym sensie Polskę mojej młodości, którzy byli wzorem, autorytetem, nie są tacy, jakimi ich sobie wyobrażałem? Tak to odczuwałem. Jakkolwiek naiwnie to brzmi, było to dla mnie przeżycie bardzo ważne i przełomowe: bo jeśli nie oni, to kto? Jeśli rozsądek, dobry smak, a przede wszystkim umiar we wszystkim – łącznie, a może na czele, z religią – nie są uniwersalną receptą na święte życie, gdzie szukać takich recept? (Bo przecież młodość jest głównie poszukiwaniem ideału, a więc w chrześcijańskim słowniku – świętości). I na czym polega świętość, jeśli o pełną nieskazitelność tak trudno?

Z drugiej strony powstała jednak nawet większa, przy wszelkich zastrzeżeniach, sympatia do człowieka, którego życie wydawało się na zewnątrz niezmąconym triumfem odwagi i talentu, a które naznaczone było jednak także przez ciemność i bezradność. I w którym były, jak w przypadku każdego z nas, upadki. Biografia autorstwa Domosławskiego niekoniecznie kompromitowała Kapuścińskiego w świetle ludzkich kategorii (bo przecież upadać – normalna sprawa, ważne, żeby się podnosić), ale chyba kompromitowała go w świetle etosu elit III RP. A raczej, tak mi się wydaje, kompromitowała, falsyfikowała tenże etos, który mówił: możesz sam o własnych siłach, porzucając jedynie uprzedzenia i mocne identyfikacje, osiągnąć etyczną i estetyczną doskonałość, która postawi cię moralnie wyżej niż resztę narodu.

Jeśli punkt widzenia reprezentowany przez Kapuścińskiego – a może całą formację, której był on przedstawicielem – nie jest moim (nie twierdzę tu, że mój punkt widzenia ma jakieś większe znaczenie, ale może odnajdą się w nim inne osoby z mojego pokolenia), to głównie z powodu tych paragrafów z drugiego tomu „Lapidariów”:

Jeżeli ktoś jest grafomanem, jego grafomania (tj. brak smaku i umiaru) przejawia się nie tylko w pisaniu, ale we wszystkim, w całym zachowaniu, całym sposobie bycia tego człowieka.

O głupocie: głupota jest rodzajem zamroczenia, odurzenia, mózgowej zaćmy. Stan na pograniczu choroby psychicznej. Słuchając durnia mamy wrażenie, że słyszymy człowieka, który jest obłąkany.

Z pozoru nic wyjątkowego – krytyka grafomanii i głupoty, które przecież dla nikogo nie są wartością. Ale odrzucając tak kategorycznie wszystko to, co nie jest dobrym stylem, smakiem, umiarem i mądrością – inna rzecz, że nie jest jasne, kto miałby definiować te kryteria – Kapuściński odcina się de facto od znacznej części społeczeństwa, zwłaszcza od tak zwanego „prostego człowieka” zamieszkującego „busz po polsku”. Bo opowieści owego „prostego człowieka” zawsze są trochę grafomańskie (ale z drugiej strony przecież sam autor „Cesarza” przyznaje gdzie indziej, że w każdej książce musi być domieszka grafomanii. Najlepszym przykładem – Dostojewski), a jego poglądy zawsze są trochę głupie (bo czyje są całkiem mądre?).

A jednak to tenże „prosty człowiek”, który nagle odezwał się w Polakach, tych prostych i tych skomplikowanych, wygrał z komunizmem, bo miał w sobie wiarę, nadzieję, miłość. Tu może nie całkiem chybione będzie przywołanie eseju G. K. Chestertona w obronie powieści brukowych, „A defence of Penny Dreadfuls”, który kończy się następującym fragmentem:

[Powieści brukowe] są zawsze po stronie życia. Ubodzy – niewolnicy, którzy naprawdę uginają się pod ciężarem życia – często bywali szaleni, postrzeleni i okrutni, ale nigdy nie brakowało im nadziei. Jest to przywilej klasowy, niczym cygara [u wyższych klas]. Ich bzdurna literatura zawsze będzie literaturą „krwi i grzmotu”, tak prostą, jak grzmot nieba i krew człowieka.

(Pada w tym cytacie słowo „klasowy” i może – zasugeruję na marginesie – marksistowską kategorię „klasy” i „konfliktu klasowego” warto odkurzyć, gdy analizuje się kulturę i politykę Polski, w której dorastaliśmy).

Lęk przed grafomanią i głupotą może więc prowadzić do tego, co redakcja „Kontaktu” nazwała niedawno „chamofobią”, a co chyba było jednym z konstytutywnych elementów owego etosu III RP. Wszak jak pisał Kapuściński:

Jeden cham zburzy przyjemną zabawę, natomiast jeden kulturalny człowiek to zbyt mało, aby podnieść poziom zabawy chamów.

Lęk przed grafomanią każe „wylewać dziecko z kąpielą” – ze względu na nieidealny styl odrzucać wyartykułowaną przy jego użyciu opowieść. Lęk przed głupotą każe odbierać głos tym, którzy nie dostąpili pełni oświecenia. Pozostaje więc zamknąć się w wieży elit. W tym samym tomie „Lapidariów” Kapuściński pisze:

Ludzie kultury, twórcy – mogą porozumieć się na całym świecie. Tworzą instynktowną wspólnotę, są do siebie podobni. Są jakby zakonem uniwersalnym, oddanym tej samej istocie – sztuce.

Absurdem byłoby twierdzić, że Kapuściński, niestrudzony reporter, zamykał się we wspomnianej „wieży elit”. Ale może był pewien element takiego zamknięcia się w jego światopoglądzie (co można zresztą zrozumieć – kto się na nikogo nie zamyka, niech, jak to jest napisane, pierwszy rzuci kamieniem).

Jeśli w polityce, którą znamy z naszej młodości, panowała pewna, jak to nazwał Jan Maciejewski, „reglamentacja” – jeśli polityka była wówczas, a może nadal jest, tylko dla niektórych – to chyba zjawisko to miało odzwierciedlenie w kulturze, która była (jest?) głosem tylko niektórych. I może testamentem Kapuścińskiego dla nas jest właśnie dokończyć, rozszerzyć jego misję „dawania głosu ubogim”.