Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  17 stycznia 2014

Wójcik: Kościół, który zmieni świat

Piotr Wójcik  17 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Wójcik: Kościół, który zmieni świat integratedcatholiclife.org

Kwestia, czy Kościół katolicki powinien podążać z „duchem czasów”, jest w zasadzie podstawą głównej osi sporu wewnątrz naszej wspólnoty wyznaniowej. Jest więc tym samym podstawą podziału Kościoła na dwa obozy, różnie nazywane, zależnie od miejsca i czasu. Można zadać pytanie, czy taki podział ma rzeczywiście miejsce i czy prowadzenie owego sporu jest w ogóle sensowne. W obu przypadkach należy odpowiedzieć, że tak.

Nie ma sensu zaklinanie rzeczywistości i twierdzenie, że podział na kościół łagiewnicki (otwarty, liberalny etc.) i kościół toruński (zamknięty, konserwatywny) jest tylko rozbuchaną i  w gruncie rzeczy nieprawdziwą koncepcją. Taka sytuacja to nic nowego lub złego – wystarczy przypomnieć np. podział Kościoła we Włoszech w okresie Risorgimento na „młodych” i „starych”. Nawet jeśli ta koncepcja opiera się na dosyć daleko idących uproszczeniach i zdecydowana większość katolików nie pasuje stuprocentowo do opisu żadnej z grup, to nie ulega wątpliwości, że jest ona prawdziwa i duża część wiernych po głębszym zastanowieniu mogłaby się zakwalifikować do którejś z nich. Pewne podziały wewnątrz różnych społeczności są rzeczą całkowicie naturalną i często nawet pożądaną – ważne jest to, by członkowie żadnej z nich nie tracili poczucia, że w ostatecznym rozrachunku stanowią jedną wspólnotę.

Możemy zadać kolejne pytanie, czy można stereotypować i upraszczać. Oczywiście, że można. Bez pewnych stereotypów i uproszczeń w zasadzie nie moglibyśmy dyskutować, a już na pewno nie o czymś tak mało konkretnym jak „duch czasów”. Stereotypy pomagają nam rozumieć rzeczywistość i wyrabiać sobie zdanie o niej. Piewcy walki ze stereotypami są często zwykłymi hipokrytami i sami szermują nimi na lewo i prawo. Tak więc gdy podczas dyskusji zostałbym zakwalifikowany przez kogoś do kościoła toruńskiego, to mimo że nigdy nie słuchałem żadnej audycji w Radiu Maryja, nie oglądałem żadnego programu w TV Trwam, a ojciec Rydzyk jest wg mnie postacią dosyć odpychającą, to ani bym się nie obraził, ani oponował.

„Duchem czasów”, czyli słynnym „zeitgeistem”, można – w uproszczeniu, a jakże – określić „intelektualny klimat epoki” lub kompleks ogólnych, światowych trendów w przeróżnych obszarach naszego życia, takich jak kultura, ekonomia, idee etc. „Duch czasów” to w istocie zestaw głównych cech charakteryzujących ludzkość w danym okresie historycznym. Stosując jeszcze dalej idące uproszczenie, można nazwać podążanie za „duchem czasów” podążaniem za światem. Pytanie można więc zadać inaczej – czy Kościół powinien podążać za światem? Wymienię trzy najważniejsze w moim odczuciu cechy Kościoła, z powodu których odpowiedź musi brzmieć: nie.

Przede wszystkim Kościół jest wspólnotą skierowaną ku sferze nadprzyrodzonej. Tymczasem „duch czasów” to wbrew nazwie produkt bardzo przyziemny. W Kościele dominujący jest pierwiastek boski, w „duchu czasów” pierwiastek ludzki. Oczywiście, że Kościół to wspólnota wiernych homo sapiens, a z drugiej strony w życiu doczesnym działanie Boga jest jak najbardziej obecne – to nie zmienia jednak faktu, że akcenty położone są zupełnie odwrotnie. Bardzo dobrze ilustruje to spostrzeżenie, że mówiąc o sferach kościelnej i codziennej, posługujemy się odrębnymi kategoriami: teologicznymi, mówiąc o wierze, filozoficznymi, mówiąc o świecie. Zdecydowana większość działań, które podejmujemy, wykonując rolę członka wspólnoty wyznaniowej  (modlitwa, uczestnictwo w eucharystii etc.), skierowuje nas ku sferze nadprzyrodzonej; przytłaczająca większość działań, których się podejmujemy w naszych zmaganiach ze światem, skierowuje nas ku sferze naturalnej. Gdy przyjmujemy hostię, oznacza to, że spożywamy ciało Chrystusa; gdy jemy kurczaka ze znajomymi na mieście, oznacza to, że jemy kurczaka ze znajomymi na mieście. Postulaty podążania Kościoła za „duchem czasów” oznaczałyby skłonienie się sfery nadprzyrodzonej przed naturalną. Tym bardziej, że duch obecnych czasów cechuje się wszechogarniającą laicyzacją i rugowaniem religii ze sfery publicznej, a więc strategia podążania za światem mogłaby dla Kościoła być drogą do samounicestwienia.

Po drugie, Kościół jest skierowany ku wieczności, świat jest skierowany ku doczesności. Wszystko na naszym świecie prędzej czy później kończy się, umiera. Zresztą cały w pewnym momencie przestanie istnieć. „Duch czasów” bezbłędnie to wyczuwa – pewnie właśnie dlatego obecnym trendem jest tworzenie produktów codziennego użytku tak, by po jakimś czasie na pewno się zepsuły. Za to Kościół ma za zadanie przygotować wiernych do życia wiecznego. Postulat podążania Kościoła za „duchem czasów” niechybnie spowoduje zmianę perspektywy z wiecznej na doczesną, co byłoby zaprzeczeniem jego istoty. Zapatrzony w doczesność Kościół nie mógłby nas przygotować do życia wiecznego, zamieniłby się w klub dyskusyjny lub zwykłą wspólnotę organizowania sobie czasu. Rychło okazałoby się, że inne grupy lepiej wykonują to zadanie, co byłoby początkiem jego końca.

I wreszcie po trzecie, Kościół jest zbudowany na fundamencie moralnym, tymczasem świat staje się coraz bardziej obojętny, spychając kolejne wymogi etyczne do sfery czysto osobistej. Jeśli już dominuje współcześnie jakiś paradygmat etyczny, to jest nim co najwyżej permisywizm. „Duch czasów” przejawia się tym, że coraz to inne grupy postulują oderwanie kolejnych obszarów życia od moralności. Przeróżne nurty „postępowe” chcą takiego oderwania dla sfery seksualnej, neoliberałowie twierdzą, że nie można rozpatrywać od strony moralnej ekonomii. Tymczasem katolicyzm zakłada, że w zasadzie każdy obszar życia człowieka jest z moralnością nierozerwalnie związany. Podążanie za „duchem czasów” coraz bardziej ograniczałoby nasz zbiór wymagań etycznych, co z biegiem czasu doprowadziłoby do sytuacji, w której katolicyzm zamieniłby się w jakąś łatwą i przyjemną formę zaspokajania potrzeb duchowych. A że na Dalekim Wschodzie takich metod zaspokajania duchowych potrzeb wymyślono całkiem sporo, dość szybko przerzucilibyśmy swoje zainteresowania w tamtym kierunku. Co byłoby nie tylko końcem Kościoła, ale całej cywilizacji europejskiej.

Powyższe argumenty w moim odczuciu jasno wskazują, że „duch czasów” nie powinien być drogowskazem Kościoła. Powinniśmy za to dążyć do sytuacji odwrotnej – to on musi być drogowskazem dla świata. Oczywiście, że Kościół nie może zamykać oczu na problemy i wyzwania, które stawia przed nim współczesność. Ale stawiając im czoła, winien skupić się na swej odwiecznej roli, a nie na adaptacji do zmieniających się warunków.  Nie chcemy Kościoła, który, jak to piszą gazety, zmienia się wraz ze światem. Chcemy Kościoła, który zmieni świat. To jedno z wielu zdań Chestertona, pod którym podpisuję się obiema rękami.