Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  14 stycznia 2014

Wójcik: Śmieciowa robota

Piotr Wójcik  14 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Wójcik: Śmieciowa robota perspektywy.pl

Nie od dziś wiemy, że polska debata publiczna stoi na głowie. Od czasu do czasu przekonujemy się dodatkowo o tym, że ta głowa jest niemal całkowicie pusta. Jeśli akurat nie rozmawiamy o rzeczach zupełnie nieistotnych (związki partnerskie), to ochoczo wylewamy dziecko z kąpielą (lekkomyślne postulaty odebrania subwencji budżetowych partiom). A gdy w końcu pojawi się jakimś cudem na tapecie prawdziwie ważki problem (umowy śmieciowe), wtedy zabieramy się za niego od kompletnie nieistotnej strony.

Prym w kierowaniu wzroku Polaków tam, gdzie nie trzeba (ale za to niektórym wygodnie), wiedzie od kilku lat premier Donald Tusk. Jeśli akurat nie odgrywa roli szeryfa tropiącego sprzedających dopalacze pedofilii wśród kiboli, wtedy jest dobrym wujkiem obiecującym kilometry obwodnic, na których wjedziemy do dwudziestu największych gospodarek świata, przywożąc im koniec kryzysu. Tym razem wujek Donald obiecał Polakom jeszcze w tym roku załatwienie problemu umów śmieciowych, a uczyni to za pomocą… oskładkowania umów cywilnoprawnych. To tak, jakby chciał odpalić samochód, w którym padł akumulator, dolewając więcej benzyny do baku.

Jakby absurdów było mało, a w Polsce ich nigdy za wiele, zapowiedź tej w gruncie rzeczy marginalnej zmiany spotkała się z oburzeniem ze strony zapalonych wolnorynkowców. Nie jest tajemnicą, że gospodarczym liberałom każde „oskładkowanie” kojarzy się co najmniej z odcięciem ręki. W zasadzie gdyby premier zapowiedział oskładkowanie nawet jakiejś nieistniejącej umowy, dajmy na to kontraktowo-osobistej, to również usłyszelibyśmy z ich strony standardowe okrzyki o zamachu na „święte prawo własności” i zarzynaniu mikroprzedsiębiorców. Szybko okazałoby się, że oskładkowanie umów kontraktowo-osobistych doprowadzi do wzrostu bezrobocia oraz rozrostu szarej strefy, a że takie umowy nie istnieją, jest drugorzędne, bo przecież wszystkie nowe obciążenia, nawet takie nieistniejące, niechybnie do tego prowadzą. A to, że Polska z wpływami podatkowymi (wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne) na poziomie trochę ponad 30% PKB sytuuje się w tym względzie sporo poniżej średniej UE? Nieważne. W końcu każdy podatek, obojętnie jakiej wysokości, to kradzież w biały dzień.

Problem leży zupełnie gdzie indziej. W Polsce w 2012 roku na ok. 16 mln pracujących, na umowach cywilnoprawnych pracowało zaledwie ok. 700 tys. osób. Szacuje się, że około połowa z nich dobrowolnie wybrała taka formę zatrudnienia (czyli nie została do tego zmuszona złą sytuacją na rynku pracy), co daje statystycznie ok. 350 tys. osób ze śmieciowymi umowami cywilnoprawnymi. Tymczasem problem umów śmieciowych dotyczy co najmniej kilku milionów Polaków.

Tym, co charakteryzuje umowę śmieciową, wcale nie jest taka, a nie inna forma, lecz przede wszystkim wysokość zarobków oraz stabilność zatrudnienia. A dokładnie słaby poziom obydwu. Na umowach o pracę na czas określony pracowało w 2012 roku grubo ponad 3 miliony Polaków, którzy nie tylko byli zagrożeni nieprzedłużeniem ich umowy, ale też krótszym okresem wypowiedzenia (z reguły dwa tygodnie). Pochylając się nad tą grupą (przecież już oskładkowaną), zbliżamy się do problemu. Ale wciąż nie jesteśmy u jego sedna.

Brak stabilności zatrudnienia jest istotny, ale nie najważniejszy w tej sprawie. Prawdziwa umowa śmieciowa to taka, która wiąże się ze śmieciowymi zarobkami, za które pracujący nie mógłby się sam utrzymać. A w tej grupie są także osoby mające umowę o pracę na stałe (ok. 9 mln osób w 2012 r.), chociażby pielęgniarki. Człowiek nieodpowiedniowynagradzany za często ostrą, ośmiogodzinną harówkę traci szacunek nie tylko do własnej pracy, ale też do własnych możliwości. Prawdziwa choroba trawiąca polski rynek pracy to żenujące zarobki wielu ciężko pracujących Polaków. Wystarczy rzut oka na statystyki, by dostrzec, że w tym obszarze – eufemistycznie mówiąc – coś jest nie tak. Udział płac w PKB Polski to jedynie 46%, co przy średniej unijnej 58% wygląda cokolwiek żałośnie (dane Komisji Europejskiej). Za nami są jedynie Słowacja, Łotwa i Litwa. Nawet w słaniającej się na nogach Grecji udział płac w PKB wynosi 50,5%. Jesteśmy tanią siłą roboczą Europy, a tania siła robocza pracuje na umowach śmieciowych.

Zarabiający mało pracownik jest zdany na łaskę pracodawcy. Gdy ledwo wystarcza mu na przeżycie miesiąca, to o odłożeniu środków na wypadek zwolnienia może zapomnieć. To sprawia, że zrobi wszystko, by utrzymać pracę, a jego poczucie stabilności w zasadzie nie istnieje. Dobrze zarabiający pracownik nawet na umowie czasowej jest spokojny o swój byt, bo w razie utraty zatrudnienia nie będzie musiał natychmiast znaleźć nowego. Słynna duńska koncepcja flexicurity polega właśnie na połączeniu elastyczności ze stabilnością. Dobrze zarabiający pracownicy mają dodatkową pewność bardzo silnego wsparcia w razie utraty pracy (wysokie zasiłki i bardzo skuteczne pośrednictwo pracy). Pracodawcy mają możliwość w miarę łatwego zwalniania pracowników, lecz za to godzą się na partycypację w tworzeniu szczodrego systemu zabezpieczeń społecznych. Coś za coś. System działa, bezrobocie w Danii jest niskie, zarobki wysokie, a jej rynek pracy służy jako wzór dla wielu krajów.

W Polsce tymczasem jakikolwiek wzrost obciążeń po stronie pracodawców spotyka się ze świętym oburzeniem i zapowiedziami zagłady legendarnego już „sektora MSP”. Przedsiębiorcy w Polsce, wykorzystując zahukanie pracowników, przyzwyczaili się do konkurowania przede wszystkim niskimi kosztami pracy. Niepewni jutra i własnych możliwości pracownicy uległą postawą tylko ten stan utrwalają. Ten bardzo niekorzystny dla Polski stan odwrócić może tylko państwo, jednak nie poprzez zmienianie zasad zatrudnienia na umowach cywilnoprawnych, lecz na umowach o pracę. Bo to one w większości są śmieciowe.