Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  12 stycznia 2014

Pod socjalnym niebem

Piotr Wójcik  12 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Pod socjalnym niebem Facebook/Most nad Sundem

Nawet najlepszy możliwy porządek społeczny prowadzi po jakimś czasie do wypaczeń. Również niepodzielna władza opisanego przez Kate Pickett i Richarda Wilkinsona „Ducha równości” puszczonego samopas niechybnie wykrzywi to, co wcześniej prostowała. Ludzie zapatrzeni w szwedzki porządek równych szans nie powinni tracić z oczu złośliwego demona, który czai się we wszystkim, co człowiek tworzy, czekając na okazję, by przerobić ludzkie dzieło w parodię samego siebie. By do tego nie dopuścić, przed skopiowaniem niektórych skandynawskich rozwiązań dobrze jest obejrzeć duńsko-szwedzki serial „Most nad Sundem”.

Tytułowy most to ogromna konstrukcja drogowa łącząca Szwecję z Danią, a dokładnie Malmo z Kopenhagą, co polskiego odbiorcę, świadomego tego, że nasi drogowcy miewają problemy z połączeniem jednego brzegu rzeki z drugim, musi z miejsca wpędzić w kompleksy. Granica między oboma krajami przebiega właśnie przez ten most, co posłużyło za doskonałą podstawę konceptu fabularnego. Wystarczyło tylko umiejscowić na moście ciało nieboszczyka tak, by granica przecinała go na pół, co równie dokładnie podzieli kompetencje organów ścigania. Obserwowanie zderzenia obywateli obu państw musi się zakończyć dla Polaka sporym zdziwieniem, gdyż dla nas Duńczyk czy Szwed to po prostu Skandynaw, tak jak każdy skośnooki to Chińczyk. Okazuje się jednak, że sprawa nie jest taka prosta.  

Od strony Kopenhagi nadjeżdża sporym rodzinnym kombi jeden z najlepszych duńskich aktorów, Kim Bodnia.To wprawnego kinomana musi doprowadzić do konfuzji, gdyż najbardziej charakterystyczna rola Kima to podrzędny diler z pierwszej części kultowej trylogii „Pusher” i za nic jego zakazanej twarzy nie da się dopasować do obrazu policjanta i głowy rodziny. Na szczęście Kim się zestarzał, mocno posiwiał, solidnie popracował w duńskich barach nad mięśniem brzucha, a przy tym nic nie stracił ze swych rewelacyjnych umiejętności aktorskich. Z minuty na minutę coraz lepiej pamiętamy, że to Martin Rohde z kopenhaskiej policji, a nie Frank sprzedający koks. Trzy korony reprezentuje Sofia Helin, nie mająca na koncie tak charakterystycznych ról jak Bodnia. To specjalnie nie dziwi, gdyż od śmierci Bergmana nie ma już w tym kraju wielkich filmowych twórców (nikt mi nie wmówi, że Mikael Hafstrom albo Roy Andersson takimi są). Za to na Półwyspie Jutlandzkim zdolni filmowcy wyrastają jak grzyby po deszczu – i nie mówię tu wcale o Larsie von Trierze, który na tle bezbłędnego Thomasa Vinterberga czy przenikliwej Susanne Bier staje się niestety tanim prowokatorem. Helin mimo to ma trudniejsze zadanie od Bodni, gdyż ma do odegrania rolę autystycznej policjantki – wywiązuje się z tego zadania wzorowo. Jowialny swojak Martin Rohde już w pierwszych scenach wchodzi w drobny konflikt ze skrajnie zasadniczą Sagą Noren, co zwiastuje ciekawą współpracę.

Uregulowana, aż do przesady Szwecja bije po oczach od pierwszych odcinków, co zdumiewa nie tylko widzów, ale też Martina. Gdy chce przesłuchać świadka, okazuje się, że od tego są specjaliści, a on zaangażowany w sprawę (bo ją prowadzi) nie uczyni tego prawidłowo. Gdy pomimo zamknięcia mostu otwiera na moment jeden z pasów ruchu, gdyż od tego zależy transplantacja serca, dowiaduje się, że wykazał się niesubordynacją. Także poza jego świadomością zdarzają się sytuacje nie do przyjęcia. Chyba najbardziej szokująca jest scena, w której pokłócona z matką kilkunastoletnia dziewczyna udaje się do ojca, jednak na progu jego domu zostaje odprawiona przez tatusia: właśnie w tym momencie spotyka się z nowymi krewnymi i zgromadzeni goście mogliby nie przyjąć dobrze faktu, że pozwolił na taki spontaniczny kontakt obu rodzin. Dla higieny stosunków społecznych dziewczyna musi więc wracać do domu na piechotę, w nocy, przez miasto.

Podczas pysznej przygody z tym skandynawskim serialem wielokrotnie obejrzymy sytuacje, w których okaże się, że zasady są ważniejsze niż człowiek – ten przecież zawsze może poczekać. I co zastanawiające, zdecydowanie więcej takich sytuacji jest po stronie szwedzkiej.

Takie uregulowanie stosunków społecznych musi się odbić na psychice człowieka. Chora na Aspergera Saga niespecjalnie wyróżnia się na tle pobratymców, wśród których co drugi wygląda na ciężki przypadek autyzmu. Tam, gdzie każde zachowanie człowieka jest dokładnie sprecyzowane przez przepisy, brakuje już miejsca na miłość, a dobro i zło przestają być rozróżniane, przez co jedno i drugie powoduje zwykłe wzruszenie ramion. Pozostaje tylko zgodność lub niezgodność z przepisami. Pomiędzy ludźmi wyrasta mur normatywny, w którym paragrafy pętają zwykłe ludzkie odruchy, takie jak poklepanie po plecach – by przypadkiem nie zostać oskarżonym o czynną napaść lub, co gorsza, o próbę okazania patriarchalnej dominacji. W tej sytuacji konformistyczne jednostki wolą zachować dystans nawet do własnych dzieci, niż potem użerać z systemem opieki społecznej. W takich warunkach otworzenie drzwi kobiecie staje się nie lada heroizmem, a szukanie po skończonym stosunku seksualnym bliskości z partnerką dziwnym zboczeniem.

Nie tylko z „Mostu nad Sundem” wyłania się obraz sporych różnic między Duńczykami, a Szwedami. W zasadzie cała kinematografia obu krajów opisuje ten fakt. O ile duńskie kino jest nafaszerowane wrzeszczącymi z ekranu, skrajnymi wręcz emocjami, to szwedzkie przypomina odgrywanie ustawień rodzinnych w trakcie psychoterapii. Wystarczy przypomnieć sobie słynne „Sceny z życia małżeńskiego” Bergmana, w których rozpad rodziny przypomina dyskusję nad partią szachów, i postawić naprzeciwko znakomite „Otwarte serca” Susanne Bier, w których każda scena niesie ze sobą kilkutonowy ładunek emocjonalny. W genialnym „Festen” Vinterberga zło chowane wiele lat w ukryciu wybucha nagle w twarz zarówno bohaterom, jak i widzom, tymczasem w „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” nawet zemstę pod postacią penetracji męskiego odbytu można oglądać, jedząc kanapkę. Bohaterowie duńskich filmów walczą z życiem i ze sobą, zagryzając wargi do krwi – dla szwedzkich widok plamy tejże krwi na podłodze nie różni się wiele od plamy ketchupu na koszuli. Wczucie się w postać nieudacznika Tonny’ego z drugiej części „Pushera” (granego przez bezsprzecznie najlepszego aktora świata Madsa Mikkelsena) zajmuje dziesięć minut, a główny bohater „Zła” Hafstroma, sztuczny niczym poseł Olszewski nazywający zamiany ciał spod Smoleńska „przykrym błędem”, poruszyć może co najwyżej instynkt macierzyński starzejących się pań.

Zwolennicy sprawiedliwości społecznej opartej na wielu północnych rozwiązaniach mogą z serialu „Most nad Sundem”, oprócz rzecz jasna kapitalnie spędzonego czasu, wynieść także bardzo ważną lekcję. Wzorując się na tamtejszych rozwiązaniach trzeba być bardzo ostrożnym, by nie powielić błędów, które Skandynawowie niewątpliwie popełnili. Tak, byśmy tworząc zręby sprawiedliwego porządku społecznego, nie zatracili przy tym samych siebie. Duńczykom to się udało – dlaczego nam ma się nie udać?