Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  9 stycznia 2014

Brzyski: Szczyt sztuki

Bartosz Brzyski  9 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Brzyski: Szczyt sztuki facebook.com

Obawy przed schyłkiem cywilizacji i zbliżającym się końcem świata bez wątpienia wynikają z przekształcenia społeczeństw z industrialnych w postindustrialne i narodzenia się kultury masowej. Jak pisałem we wcześniejszym tekście, popkultura jest odzwierciedleniem ludzkich lęków i fascynacji, które znajdują ujście w twórczości artystów. Jednak obecna sztuka masowa, zamiast stanowić zawór bezpieczeństwa dla tych obaw, staje się ich katalizatorem.

W sztuce współczesnej dominuje przekonanie, że „wszystko już było”, co implikuje jakoby fakt, że osiągnęliśmy cywilizacyjny szczyt. Rodzi się jednak pytanie nie tylko o szczyt w sztuce, ale szerzej o szczyt cywilizacji w ogóle. Kryzysy ekonomiczne, postępująca automatyzacja, terroryzm, nie do końca kontrolowany rozwój medycyny skutkują przymusem zastanowienia się nad przyszłością. Czy pędzący postęp nie doprowadzi niedługo do punktu krytycznego, przesilenia, co skutkować będzie samozagładą?

Pięćdziesiąt lat temu próbowano przewidzieć, jak świat będzie się zmieniał. Były to wizje obfitujące w optymizm: rozwój technologiczny miał ułatwić życie, dzięki czemu poświęcalibyśmy mniej czasu na prozaiczne czynności, oddając się kształceniu czy przyjemnościom. Od medycyny oczekiwano, że zapewni zdrowsze i dłuższe życie, a ludzkość powinna wykonać zwrot ku ekologii i estetyce. Dzisiejsze projekcje przyszłości są skrajnie odmienne. O ile prace nad sztuczną nerką wydawały się użyteczne, tak chęć laboratoryjnego wytworzenia mózgu budzi nasz niepokój. Nie ma wątpliwości, że troska o środowisko jest jedynie pozorna i fragmentaryczna, a wojny z HIV, epidemią głodu i terroryzmem nie niosą perspektywy zwycięstwa.

W kinematografii znajdziemy wiele obrazów przyszłości ukazanej jako zbiór całej gamy problemów przypominających konanie w futurystycznej oprawie. Współczesne filmy w przeważającej części opierają się na wizji apokalipsy przedstawianej jako brutalna walkę o przetrwanie, pełną przemocy, zdrad, bólu i beznadziei. Przyciągają one do kin ogromne rzesze odbiorców. Jednak obok wysokobudżetowych i niewyrafinowanych produkcji istnieje drugi, optymistyczny nurt, pokazujący katastrofę w bardziej ufny sposób i skłaniającym do refleksji świetle. W tych obrazach rodzi się nowe zjawisko końca świata jako katalizatora człowieczeństwa.

Melancholii Larsa von Triera, Justine grana przez Kirsten Dunst cierpi na depresję. Bohaterka ma problem z funkcjonowaniem w rzeczywistości tworzonej przez jej rodzinę i znajomych. Jednocześnie jest przekonana, że zgoda na ślub będzie momentem, w którym przełamie uczucie melancholii, umieszczając samą siebie w jasnych ramach i definiując swoje miejsce w społeczności. Jednak w efekcie popada w jeszcze większy marazm, wskutek czego trafia pod opiekę siostry – Claire. Momentem dla niej przełomowym jest informacja, że planeta Melancholia znajduje się na kursie kolizyjnym z Ziemią. Justine odzyskuje wówczas stabilizację, wskakuje na właściwe tory. Nie musi się już alienować, uciekając od znienawidzonych ludzi i społeczeństwa, w którym nie chce partycypować. Perspektywa końca świata wyzwala ją i uszczęśliwia, odwrotnie niż przerażoną Claire. Justine przeżywa katharsis, odzyskując utracone przez depresję uczucia i zachowania.  

Myślę, że świetnym opisem strachu przed niepewnością przyszłości są słowa z serialu The Breaking Bad, które wypowiada chory na raka Walter White:

Przez całe życie byłem wystraszony. Bałem się rzeczy, które miałyby się stać, mogły lub nie mogły się wydarzyć. Przeżyłem tak pięćdziesiąt lat. Budząc się o trzeciej nad ranem. Ale wiesz co? Od czasu mojej diagnozy sypiam świetnie. 

Ostatniej miłości na ziemi Davida Mackenziego czy w komediowym Przyjacielu do końca świata Lorene’a Scafaria ludzie w obliczu śmierci mają do wyboru popaść w hedonizm, realizując wszystkie fantazje, łamać wszelkie nieobowiązujące już prawa oraz przyjęte normy społeczne – lub starać się tym bardziej zachować godność, dotrwać do krytycznego momentu śmierci. Przyjmowane przez bohaterów postawy są skrajne. Jedni, nie wiedząc, co czynić, czują się zagubieni i postępują niemal losowo; drudzy starają się wykorzystać każdą chwilę pozostałego życia na sprawy, na które dotychczas nie mieli czasu. Co ciekawe, w żadnym z tych filmów nie jest obecny ani Bóg, ani nawiązania do wiary czy życia religijnego. Z jednej strony twórcy słusznie odwołują się do przyrodzonych nam i głęboko zakodowanych wartości, które są niepodważalne, jak prawo do życia – z drugiej strony jednak pomijają fakt, że w obliczu tragedii ludzie wręcz masowo kierują się w stronę religii, szukając pociechy lub nadziei na życie po życiu. Dla bohaterów obu filmów miłość i troska zastępują życie duchowe; poświęcają ostatnie chwile życia na opiekę i przyjaźń, a godząc się z perspektywą śmierci, starają się naprawić popełnione dawniej błędy.

Mówiąc o katalizatorze człowieczeństwa w perspektywie końca świata myślę o zachowaniu ludzi w obliczu nieuchronnej zagłady, na podstawie wyobrażeń w kinematografii. Czy jesteśmy w stanie, niezależnie od różnic religijnych i kulturowych, wykazać się cywilizacyjną dojrzałością? Czy w ostatniej godzinie pozostaniemy żałośni i mali, biegając za gasnącymi uciechami życia? Czy ponad dwa millenia od narodzin Chrystusa uczyniły nas mądrzejszymi, czy może rozwój naukowy przegonił ten intelektualny i emocjonalny? I wreszcie może nie powinniśmy bać się końca świata, a raczej tego, jak przyjmiemy ten fakt – może sam strach przed końcem jest gorszy niż jego przyjście?

Kinematografia najsilniej kształtuje powszechne wyobrażenie o apokalipsie, ponieważ dysponuje najsilniejszym środkiem przekazu. Na ogół nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo kino oddziałuje na nas, wpływając na wyobraźnię i kreując nasz światopogląd. Poprzez pesymistyczną wizję zachowania ludzkości w obliczu zagłady prezentowaną w wielu filmach, wytwarza się w odbiorcach tym większa obawa o urzeczywistnienie takiej wizji przyszłości. Kinematografia zadaje słuszne pytania o kondycję człowieka, ale udzielane przez nią odpowiedzi są w większości co najmniej niepokojące. Tylko nieliczne tytuły perspektywę końca świata traktują jako okazję do wykazania, że apokalipsa może wyzwolić w człowieku pozytywne wartości, być bodźcem do zreflektowania się i uporządkowania życia. A jednak nie możemy wykluczyć tego, że wszelkie obawy, jakie odczuwamy w związku z przyszłością, są przesadzone i nie należy kreślić wizji w tak czarnych barwach. Dlatego mówienie o przyszłości jest ważne, lecz tylko na równi z mówieniem o niej w sposób mądry.